Wierzyła w to, że wyglądała
kiepsko. Pewnie ten stan nieszczególnie się zmienił na przestrzeni zaledwie dwóch, trzech godzin, które spędziła śpiąc, ale nawet ta rozbudowana drzemka była wystarczająca by poczuła się odrobinę
lepiej.
Może nie dobrze, ale l e p i e j.
Chciała być częścią tego wszystkiego - robienia zakupów, szukania miejsca, w którym mogliby się zatrzymać, a może upartego parcia naprzód by może jeszcze dziś dotrzeć do domu Rydera, dlatego świadomość tego, że zrobił to wszystko za nią, z początku obudziła w niej sprzeciw. Gdzieś pod nim za to chowała się ulga - ulga, że to wszystko było
zrobione,
załatwione.
Ulga, która uświadomiła jej, że jedyny powód, dla którego chciała to wszystko robić sama leżał w tym, że ten plan był jej - a ona przywykła do tego, że ludzie zwykle wraz z kontrolą oddawali też odpowiedzialność. Nie dziwiłoby jej, gdyby Visser uznał, że skoro robili to, co chciała ona, to ona powinna się tymi rzeczami zająć.
Tymczasem zrobił coś zupełnie odwrotnego. Coś, od czego wraz z poczuciem ulgi w jej wnętrzu rozlało się coś ciepłego i przyjemnego, choć palce w kontraście wpiły się w koc, którym się owinęła.
-
Pamiętałeś, która to była droga? - upewniła się, zerkając na zegarek. Niezbyt długi czas mężczyzna spędził na zimnie, w kurtce, wilki chyba bardziej grasowały nocą w lasach, choć nieszczególnie się na tym znała. Mimo tego, jej umysł szukał dziur, czegoś, o czym mogła zapomnieć, nie pomyśleć, coś, co może musieli jakoś naprawić. -
Myślisz, że go znajdą zanim zajdzie słońce?
W tym wszystkim nawet nie zwróciła uwagi na jego przytyk o
zazdrości. Wrócił do niej dopiero gdy wskazywał torbę i tłumaczył się z ostatnich godzin, spędzonych na kupowaniu rzeczy - w tym kupowaniu
jej ubrań.
Z jakiegoś powodu znów zrobiło jej się gorąco i była przekonana, że odbiło się to na jej bladej skórze rumieńcem, którego zdecydowanie nie powinna prezentować gdy mówił o rzeczach tak praktycznych - nawet jeśli robił to w tak złośliwy sposób.
-
Mój przyjaciel nie będzie oceniał ubrań, które mi kupiłeś, ale dziękuję za troskę - warknęła w odpowiedzi, czując głęboką potrzebę umknięcia przed jego spojrzeniem i doprowadzenia się do prysznica.
Wyminęła go i chwyciła za torbę. Łazienka była jedna, prawdopodobnie powinna mu ją oddać biorąc pod uwagę to, że ona miała wcześniej inne okazje na doświadczenie prysznica, ale w tej chwili szybciej było po prostu zniknąć za drzwiami i uciąć ten niepokojący temat konwersacji.
Z torbą w dłoni i kocem wciąż owiniętym wokół siebie, zatrzymała się w przejściu i odwróciła w jego stronę, świadoma tego, że, złośliwy czy nie, zasługiwał na okazanie mu wdzięczności - wdzięczności, którą czułą całą sobą, choć niekoniecznie chciała ją okazywać.
-
Jesteś bardzo uczynny jak na taką wredotę - rzuciła więc, w sposób całkowicie upośledzony ją okazując. Wrzuciła torbę do łazienki i skrzyżowała ręce na klatce piersiowej, mocniej owijając się kocem. -
Dziękuję - dodała, chyba już po raz kolejny tego dnia. Musiała przestać, bo jeszcze utwierdzi go w przekonaniu, że robił wszystko za nią. -
Nigdy więcej nie używaj słowa gacie.
Odpoczynek był dobry, całkiem przyjemny, nawet jeśli przecięty niezbyt przyjemnymi snami.
Był jednak nieporównywalnie gorszy od prysznica, choć ten również posiadał swoje mankamenty. Zdjęcie z siebie ubrań z pominięciem możliwie jak największej liczby otarć i drobnych ran na jej skórze stanowiło wyzwanie zarówno dla odporności, jak i jej cierpliwości, gdy zaś uderzyła w nią gorąca woda, z początku musiała zdusić własny syk dyskomfortu.
Później musiała powstrzymać łzy szczęścia, pchające się pod jej powieki gdy wystawiała twarz na działanie kojącej, ciepłej wody. Powieki, które przymknęła, dostrzegając ożywający pod wpływem wilgoci szkarłat spływający z jej ciała po białych kafelkach, którego nie chciała widzieć. Miała dość widoku krwi zarówno na sobie, jak i na wszystkich innych.
Przywodził na myśl wbity w klatkę piersiową odłamek szkła i to nieznośne rzężenie wydobywające się z przebitych przez niego płuc.
Spędziła w łazience nieprzyzwoitą ilość czasu, biorąc pod uwagę to, że nie była jedyną osobą chętną do skorzystania z jej uroków, była jednak skłonna znieść złośliwości z jego strony - gorąca woda, m y d ł o i s z a m p o n nieśmierdzące najtańszymi kosmetykami z moteli były tego wszystkiego warte.
Gdy wreszcie wyszła na zewnątrz, pomieszczenie wypełniała para. Sięgnęła do torby, którą jej wręczył i wsunęła na siebie bieliznę, gdy jednak napotkała wzrokiem dżinsy i koszulkę zdecydowanie zbyt obcisłą jak na jej obecny poziom dyskomfortu i otarć po spotkaniu z betonem, zamiast nich wsunęła na siebie zbyt dużą, męską koszulkę, z której zdarła metkę.
Zakładała, że kupił sobie więcej niż jedną. Przecież, zresztą, nie zamierzała spać w dżinsach.
-
Jest cała twoja - mruknęła wychodząc na zewnątrz, do chłodu panującego w domku uderzającego w kontraście w jej wilgotną skórę i wciąż ociekające wodą,
czyste włosy. Wyniosła z łazienki własne ubrania - a raczej to, co z nich zostało - i bezceremonialnie wsadziła je prosto do kuchennego śmietnika.
Dopiero gdy zniknął za drzwiami, spędziła więcej czasu rozglądając się po miejscu, w którym utknęli na najbliższe parę godzin. Tak naprawdę powinni skorzystać z chwilowej wolności od ogona i pruć nadal na północ, by znaleźć się jak najszybciej w docelowym miejscu, ale jej ciało nie kwapiło się do wychodzenia na zewnątrz.
Kwapiło się za to do rozpalenia w kominku na widok ciężkich kropli deszczu znów uderzających o szybę. Do przejrzenia szafek i znalezienia antycznej butelki alkoholu, który wyglądał na pędzony własnoręcznie i musiał być paskudny jak noc. Do zajęcia miejsca przy stoliku z przeterminowaną gazetą i prawdopodobnie wybrakowanym zestawem kart do pokera, z których pewnie mogłaby ułożyć sobie pasjansa.
Jak nazwa sugerowała, byłby to pasjonujący sposób na wypoczynek.
the suspect is acting suspiciously generous