ODPOWIEDZ
34 y/o
For good luck!
180 cm
powieściopisarz, publikuje dla Dundurn Press
Awatar użytkownika
What the worm was to the corpse, his sins would be to the painted image on the canvas. They would mar its beauty, and eat away its grace.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzeciosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

005.
Plan był prosty i zaczynał się dziecinnie łatwo.
Oscylował wokół nielegalnych wyścigów i obecności w tłumie, którego Lennart stał się częścią, gdy tylko zapadł zmrok, a miasto pogrążyło się w cieniach i krzyżujących się ze sobą wątłych smugach ulicznych lamp. Miejsce wyścigu było bowiem wybrane z czczą dokładnością, stanowiąc jedną z mniej oświetlonych części Toronto. Światło w tym miejscu było nieśmiałe, wąską strugą sączące się na asfalt, tworzyło niemal kameralną przestrzeń. Zapewniało przy tym pewną stałość, której zdecydowanie brakowało w ruchu gapiów.
Ciala ludzi — rozproszone po kafelkach chodnika — poruszały się bowiem nerwowo, w różnych kierunkach, i z różna intensywnością, tworząc generalny chaos. Nawet Lenny, który stał gdzieś na uboczu kolumny, kilkukrotnie poczuł na sobie cudze ramię, czy siłę przypadkowego przepchnięcia, gdy niektórzy z obserwatorów wydarzenia przedzierali się chamsko do przodu, nie bacząc na innych. Sprawiało to, że mimo generalnego zadowolenia z dzisiejszego wieczoru, obfitującego w adrenalinę, miał ochotę w groteskowości własnych odczuć zedrzeć z ludzi te głupkowate uśmiechy, z którymi co bardziej niecierpliwi pruli przez tłum na złamanie karku.
— Hej, uważaj! — podniesiony głos Lennarta, będący reakcją na kolejne uderzenie, choć wypiętrzony przez złość, zniknął natychmiast w głuchych krokach tłumu i w piskach ścierających się o podłoże opon, gdy uczestnicy wyścigu ruszyli do przodu. Ciężkie, żelazne maszyny buchnęły tym samym dymem spalinowym tak, że nawet z odległości dało się wyczuć w nozdrzach charakterystyczny zapach benzyny i palonej gumy. Woń ta miażdżyła również pot zebranych, zajmując lwią część uwagi Lenny’ego. Przez moment skupił się więc wyłącznie na zarysie ulicy: rozmazanych sylwetkach samochodów, które przemknęły przed nim z prędkością odbierającą im niemal fizyczną formę oraz tym, jak reflektory rozcinały mrok, łapiąc w kleszcze świateł mokre odbicie asfaltu.
Tak było przynajmniej z początku, bo w kolejnych sekundach zmienił się bohater pierwszoplanowy. Na scenę wszedł tym samym intruz i jednoczesny kontrast dla pół-ciemni ulicy w postaci jaskrawych, migotliwych lamp policyjnych. Te natychmiast oddały w przestrzeń niebieską poświatę, a ryk silników, zagłuszony przez syreny, zawibrował pod żebrami chyba wszystkich zebranych, gdy zbiorowa fascynacja z jeszcze większą prędkością, niż ta prezentowana przez kierowców, zamieniła się w zbiorowy wrzask.
Kilka głosów nieznajomych wybiło się ponad resztę, stanowcza większość jednak rozmyła się w westchnieniu przerażenia i w ruchu tupiących stóp, gdy sam Lennart, w porę orientując się w tym, co dzieje się wokół niego, z pobocza tłumu zdążył wycofać się do jednej z pomniejszych alejek.
Policyjne radiowozy były coraz bliżej, a dźwięk wznoszącego się alarmu coraz gęściej dawał się wchłonąć przez pory i układ nerwowy Lennarta, gdy czując napięcie w całym niemal ciele, zaklął cicho, niepewny tego, gdzie uciec.
Ludzie biegali bez planu, bez celu — a on był ostatnią osobą, która chciała powielić ten głupi schemat. Westchnął więc cicho, dostrzegając wjeżdżający w alejkę samochód i próbując odzyskać przestrzeń dla siebie, choć jego plecy właśnie natrafiły na chłodny mur za sobą, gdy oparł się o niego, robiąc miejsce dla kierowcy.
A potem wszystko zgasło. Dosłownie. Nastąpił blackout.
Przez chwilę nie widział nawet własnych rąk, usłyszał tylko charakterystyczne kliknięcie zamka w drzwiach cudzego auta, gdy ktoś otworzył je niespodziewanie.

levi shelby
nihilista
nic co ludzkie nie jest mi obce
26 y/o
For good luck!
186 cm
rider || freestyle motocross
Awatar użytkownika
two heartbeats out of sync with one another
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

now i'm mr charisma,
fucking pablo escobar

a d r e n a l i n a

Uwielbiał ją. Była dla niego czymś w rodzaju drugiego oxygenu. Cholera, za każdym razem, kiedy choćby minimalnie ocierał się o śmierć, czuł, że naprawdę żył. Dlatego też nielegalne wyścigi organizowane na obrzeżach Toronto były dla niego czymś w rodzaju odskoczni. Co trzeci piątek wieczorem zbierali się tam ludzie, którzy tak samo jak on chcieli zaczerpnąć niezdrowej dawki adrenaliny, a tłumy gapiów krzyczących, obstawiających, który z nich wygra, a który pierwszy się rozbije, tylko bardziej nakręcały całe przedsięwzięcie. Czemu akurat piątek? Mianowicie większość glin, na które mogliby o tej godzinie natrafić, spędzała swoje patrole gdzieś indziej. Żeby nie było, lokalizacja również za każdym razem się zmieniała, przez co trochę trudniej było ich namierzyć, chociaż rzecz jasna do rzeczy niemożliwych to nie należało.

Shelby został wkręcony przez Braxtona w te wyścigi kilka lat wcześniej i jak już raz spróbował, to nie potrafił przestać. Chociaż teraz jeździł nawet z maską na twarzy. Sponsoring Hondy w drużynie motocrossowej znaczył dla niego zdecydowanie za dużo, żeby zaprzepaścić wszystko przez własną głupotę, no nie? Podjeżdżając na miejsce swoim sportowym samochodem, jednym z kilku pojazdów, które posiadał, wysiadł i ruszył w stronę kilku mężczyzn zebranych na środku. - Shelby, jesteś gotowy? Podobno ma zacząć padać. Opony mogą stracić przyczepność - rzucił jeden z jego przeciwników. Levi tylko wzruszył ramionami. - No i co, Kennedy? Wszystko, byleby wymigać się z wyścigu, eh? Przestań zachowywać się jak pussy i wsiadaj, bo zaraz się znudzę - rzucił zirytowany, po czym wyciągnął plik pieniędzy i wręczył go sędziemu.

Wyścig rozpoczął się dynamicznie. Pisk opon, ryk silników, wrzaski ludzi dookoła... to był jakiś kurewski szał. Shelby docisnął gaz i roześmiał się głośno, zaciskając dłonie na kierownicy, kiedy próbował wyminąć jednego z kretynów. Właśnie powoli zaczynał przejmować prowadzenie, gdy z głośników usłyszał krótką informację. Psy były na miejscu. - Kurwa - syknął pod nosem zrzucając z siebie maskę, którą cisnął gdzieś za siebie. Wyhamował gwałtownie, widząc, że wyścig praktycznie natychmiast się rozpadł, a ludzie zaczęli spierdalać we wszystkie możliwe strony. Rozejrzał się szybko, próbując znaleźć miejsce, którym sam mógłby się wymknąć, aż zauważył kilka osób wbiegających w jedną z bocznych uliczek. Samochód powinien się tam zmieścić. Fuck it. Wjechał w nią i dopiero wtedy kątem oka zauważył stojącego przy ścianie całkiem atrakcyjnego mężczyznę. Już miał po prostu odjechać, kiedy nagle wszystko...

Dosłownie kurwa wszystko zgasło.

Odruchowo wyłączył również światła samochodu i przez sekundę siedział w absolutnej ciemności, zastanawiając się, czy w ogóle powinien pomagać temu kolesiowi. Otworzył drzwi od strony pasażera, ale tamten najwyraźniej nadal stał w miejscu. Levi odpiął pas, przechylił się nad drugim siedzeniem i sięgnął do drzwi, odpychając je szerzej na zewnątrz. - No, wchodzisz czy nie? - rzucił. Nie widział już dokładnie twarzy mężczyzny, ale za to wyraźnie czuł woń jego perfum. Wzrok powoli zaczynał przyzwyczajać się do kompletnej ciemności, a charakterystyczny dźwięk policyjnych syren rozbrzmiewał coraz głośniej gdzieś niedaleko. - Pomogę ci się stąd wydostać, tylko pośpiesz sie. Nie ma czasu!

stranger
34 y/o
For good luck!
180 cm
powieściopisarz, publikuje dla Dundurn Press
Awatar użytkownika
What the worm was to the corpse, his sins would be to the painted image on the canvas. They would mar its beauty, and eat away its grace.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzeciosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Kliknięcie zamka w drzwiach samochodu było krótkie, niemal bez wartości. Zaraz po zasłyszeniu go wyrzucił je z głowy, szukając raczej wyjścia z sytuacji, niż rozpraszaczy wokół. Głos, jaki rozległ się w przestrzeni chwilę później długą pauzą zaskoczenia wlepił się jednak w pamięć Lenny’ego, nie dając się ugasić w impulsach chwili. Drgnął nieznacznie, odwracając głowę w kierunku kierowcy.
Chociaż po wyłączeniu prądu w mieście wszystko wokół straciło barwy, po otwarciu drzwi, kontrolki w samochodzie mężczyzny generowały wątłą łunę światła w najbliższych kilkunastu centymetrach. Dzięki temu mógł dostrzec młody zarys twarzy nieznajomego, ocenić mniej więcej jego urodę, więcej jednak, niż to, że facet jest przystojny, nie potrafił ocenić, nie wsiadając wcześniej do auta.
— Dobrze, już — zakomunikował krótko, nim mężczyzna zdecydował się odjechać bez niego.

Ryzykowne,

przeszło mu przez myśl, ale nie poczekał nawet aż głoski tej refleksji osiądą mu porządnie w głowie, gdy jego nogi wyprzedziły rozsądek. Nie miał wielu opcji, biorąc pod uwagę, że przyjechał tutaj komunikacją miejską. Nie miał też żadnej lepszej oferty od innych osób, niż zaoferowana przez nieznajomego pomoc. Nawet jeśli za tym gestem miał się czaić podstęp (choć myślenie o tym byłoby wyjątkowo cyniczne, skoro wszystkich sytuacja z policją zaskoczyła tak samo mocno i istniało małe prawdopodobieństwo, że ktoś nagle w ciągu sekund znalazłby w tej sytuacji interes dla siebie), to Lennart wyrzucił ten scenariusz z głowy niemal natychmiast.
Wypuścił powietrze ze świstem, siadając na fotelu pasażerskim i zatrzasnął za sobą drzwi, wraz z powiewem świeżego powietrza z ulicy, wpuszczając do środka woń własnych perfum, którego serce stanowił drzewno-ambrowy zapach, a nuta kryła w sobie słodką wanilię, skórę oraz świeże cytrusy i zioła wybijające się na samym końcu po zaciągnięciu woni w nozdrza.
— Dziękuję.
Dopiero po paru sekundach od wejścia przypomniał sobie o względnych manierach, zapinając przy tym pas i rozglądając się po wnętrzu samochodu. Wcześniej nie zwrócił uwagi na to, że wsiada do auta sportowego, i że kierowcą prawdopodobnie jest jedna ze ścigających się wcześniej osób.
Świetnie, teraz złapią Cię za nielegalne wyścigi, myśli rzuciły w niego ostrze oskarżenia, przytłumione jednak pod dźwiękiem ruszającego silnika, silnie wibrującego i głośnego, jak przystało na ilość ciągniętych w nim koni. Instynktownie przyłożył dłoń do siedzenia, z początku nieco spięty powierzeniem swojego losu komuś, kogo umiejętności jazdy nie znał ani trochę.
— Mam nadzieję, że jesteś zajebistym kierowcą — porwał się na slangowe słownictwo, mimo tego że podobna forma nie była jego codziennością. Znacznie płynniej uderzało mu się w formalizm lub literacki sznyt. No może poza łóżkiem… tam w języku i w działaniu nie znał granic.
— Bo całkiem lubię swoje ciało i wolałbym zostać w jednym kawałku — dodał z odrobiną żartu.

A może nie? Może mówił całkiem poważnie.


levi shelby
nihilista
nic co ludzkie nie jest mi obce
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Rexdale”