ODPOWIEDZ
26 y/o
For good luck!
186 cm
rider || freestyle motocross
Awatar użytkownika
two heartbeats out of sync with one another
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

'cause its your heart, it's alive
it's pumping blood


Hmm… przecież nie było nic dziwnego w tym, że jechał na kampus uniwerka, żeby postawić kolesiowi z Tindera… kawę. Zaznaczmy to sobie... kawę, zamiast przysłowiowego loda, proszę panstwo! Jezu, od kiedy był aż takim romantykiem? Zaraz tam romantykiem! A może jednak? Nie, nie, nie… Shelby należał do tego sortu ludzi, którzy wszystko robili w jakimś konkretnym celu, i tak było również teraz… przynajmniej tak sobie wmawiał. Cholera, ten blackout robił sobie z niego żarty. Lubił dark humour, ale no bez przesady, nie wtedy, kiedy sam tkwił pośrodku tej całej ciemności.

No ale dobra, anyways, już się umówił na tę kawę. W sensie, że ją przywiezie chłopakowi, którego wcale nie interesowali mężczyźni, ale za to interesowały go wydry. A w szczególności taka karłowata, którą umiał też narysować, co się ceni, bo od razu przykuło to uwagę Shelby’ego. No, to i te piegi, które chłopak rzekomo chciał usunąć? Fucking hell… co się działo z tą generacją? Sam może nie należał do najstarszych, ale no halo, ta ich była jakaś taka niezdecydowana… A może po prostu jedna część studentów protestowała na ulicach Paryża, by druga mogła martwić się tym, jak usunąć ze zdjęć swoje urocze pocałunki słońca? XD BALANS NA ŚWIECIE MUSIAŁ BYĆ, DRODZY PAŃSTWO.

Alrighty, zdążył dojechać na miejsce i zaparkować motor na podziemnym parkingu, tłumacząc, że był gościem jednego ze studentów. Nawet nie próbował udawać, że znał nazwisko chłopaka, hell, nie miał nawet pewności, czy ten w ogóle mówił mu prawdę w kwestii swojego imienia!! No ale nic, spędził chyba jakieś czterdzieści minut, krążąc po różnych kawiarniach w okolicy, aż w końcu natrafił na taką, w której faktycznie mogli zrobić mu kawkę, no bo halo, awarie techniczne przez ten przeklęty blackout. Zamówił jedną dla niego, a drugą, z ciapką mleka i dwoma słodzikami, dla siebie, bo to słodki chłopak był, mkay? No i ruszył w miejsce oznaczone pinezką, którą chłopak mu wysłał. Chyba już z daleka rozpoznał go na ławce, więc jak gdyby nigdy nic podszedł bliżej. - Juan? - zapytał, ale nie czekał na odpowiedź. Wystarczyło, że zeskanował wzrokiem te dłuższe brązowe włosy i twarz usianą piegami, żeby wiedzieć, że dobrze trafił. A jak nie? Well, przynajmniej przez chwilę sobie popatrzy, a chłopak będzie miał darmową kawę. Usiadł obok, stawiając przy nim przeznaczony dla niego kubek wypełniony czarną kawką sypniętą cynamonem. Upił łyk swojej kawy, a drugą, wolną dłonią wyciągnął telefon z kieszeni. Odblokował go twarzą i kliknął w zdjęcie, które wcześniej mu wysłał. - To co? Jakim antybohaterem będę w twoim komiksie? - zapytał z nutką rozbawienia w głosie, podsuwając ekran telefonu prawie pod nos chłopaka, którego na dobrą sprawę dopiero co poznał.

Oh my, it’s gonna be so much fun.


Juan
21 y/o
For good luck!
172 cm
Student | Twórca komiksów
Awatar użytkownika
somewhere between "take me seriously" and "don’t let me finish talking"
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiwhatever
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjigłównie przeszły
postać
autor

Przez ostatni kwadrans przesypiał wykład licząc na częściową niewidzialność w przedostatnim rzędzie. Sucha teoria nigdy się do niego nie kleiła, a monotonny głos prowadzącego przypominał przesypujący się w klepsydrze piasek. Powieki ciążyły mu dramatycznie, głowa chyliła się ku ławce, a kręgosłup nagle zmienił konsystencję na gumową, więc kiedy Juan z paruminutowym lagiem podrywał się z ławki i opuszczał salę, miał nadzieję, że kawa z którą jechał właśnie Levi była porządna. W końcu miał jeszcze praktyczne zajęcia z rysunku technicznego, musiał dostać się później do mieszkania, zahaczyć o warzywniak i o ile kolana nie ugną się pod nim zaraz po przekroczeniu progu, planował na późny wieczór kurs za miasto z praniem. Blackout blackoutem, ale sterta w koszu z bielizną urosła w ciągu tygodnia do takich rozmiarów, że w grę wchodziła już tylko całodobowa, samoobsługowa pralnia w Brampton.

Pomimo przyświecającego słońca w powietrzu dało się już wyczuć późną kanadyjską jesień.
Chociaż zwykle wystarczała mu jeansowa kurtka, Juan obwiązał się przy wyjściu luźno bordowym szalikiem, zasłonił czerwieniejące koniuszki uszu i wcisnął obie dłonie w kieszenie. Drepcząc w kierunku najbliższej ławki słyszał jak coś przewraca mu się w plecaku, więc zwolnił, a na czole wyrosła mu pojedyncza, płytka zmarszczka.
Nie podobał mu się ten dźwięk. Miał ostatnio zbyt wiele wypadków z tuszem by to zignorować.
Momentalnie wybebeszył zawartość pilnując, by zestaw rapidografów nie wytoczył się z etui, odłożył na bok szkicownik i blok techniczny, a gdy pomiędzy portfelem, biletem miesięcznym i powerbankiem znalazł pojemnik z czerwonym atramentem, wzniósł go pod słońce aby stwierdzić, czy coś wyciekło.
Na szczęście opakowanie okazało się szczelne, mimo to Juan i tak owinął je kilkoma chusteczkami i prowizorycznie związał gumką do włosów, których komplet nosił na ogół na lewym nadgarstku.


Kiedy Levi dołączył do niego parę minut później, Arellano siedział na tej samej ławce po turecku, ze szkicownikiem rozłożonym na kolanach i właśnie kreślił coś, co wyglądało jak axolotl na śliwce.
Nie podniósł głowy - ba, nawet nie oderwał ręki! - gdy usłyszał własne imię, a kątem oka przyuważył charakterystycznie motocyklowe spodnie. Nie z braku uprzejmości; po prostu gdy cieniował lub stawiał gęsto linie, nie lubił przerywać.

一 Zgadza się 一 odparł gładko, wolną ręką wykonując jakiś bardzo ogólny ruch, mający prawdopodobnie zachęcić do zajęcia miejsca obok. 一 Sekundę, akurat dobrze mi poświeciło.
Czuł się obserwowany, mimo to dłoń prowadząca ołówek pracowała sprawnie i bez zawahań kreśliła dalej, aż do ostatniego zamaszystego zawijasa, który okazał się być ogonem.
Levi wyglądał dokładnie tak jak na zdjęciach, co zagrało na plus. Ostatnią rzeczą o jakiej Juan marzył było zwabienie jakiegoś creepa przez aplikację randkową do miejsca, w którym bywał praktycznie codziennie.
Tekturowy kubeczek z kawą postawiony sugestywnie pomiędzy nimi skupił na chwilę jego spojrzenie i Arellano przez ułamek sekundy zawahał się, a ręka już wyciągana w jego stronę zatrzymała się w powietrzu. Ledwie zauważalnie, a jednak.

一 Więc... dzięki za kawę, zrobiłeś mi w sumie dzień 一 zdecydował się wreszcie, z nieco roztargnionym śmiechem słyszalnym pomiędzy. Finalnie wziął kubek z kawą i czując intensywny zapach cynamonu pokiwał głową. 一 Ile ci wiszę? Zważywszy na to, że... cóż, że to nie jest randka?
Nie miał pojęcia jakimi prawami rządziły się tinderowe spotkania. Na logikę nie wiedział również na co liczył Levi, bo altruizm był w tych czasach rzadko spotykaną cechą.
Zaledwie chwilę później, gdy brał pierwszy łyk kawy zrozumiał, że Levi był nie tylko jego łutem szczęścia i sposobem na dociągnięcie do końca dnia; był utrapieniem.
Z ekranu jego telefonu przyglądała mu się znajoma twarz, więc Juan skrzywił się i zasłonił kubkiem, jakby z jednej strony żałował, że pokazał mu zdjęcie bez retuszu, z drugiej tak, jakby zawiódł się samym sobą. Mógł się domyślić.

一 Bezczelnym, to na pewno 一 stwierdził na start, przy okazji powoli dochodząc do wniosku, że zupełnym przypadkiem trafił na wyjątkowo barwny charakter. 一 Ale pozwól mi jeszcze przynajmniej przez parę minut wierzyć, że jest w tobie dobro, bo przywiozłeś mi kawę. Nie psuj sobie tego pierwszego dobrego wrażenia, joder.


levi shelby
default (dc: default_1010)
ODPOWIEDZ

Wróć do „University of Toronto”