36 y/o
Mark your calendar for Canada Day
187 cm
wolf @ Sinaloa Cartel
Awatar użytkownika
eye for an eye says you owe me a debt, blood demands blood, gonna get my hands wet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidamskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Przesunął spojrzenie na jej twarz, z odrobiną ciekawości przyglądając się ustom, z których przed momentem zniknęła zaczepność. Znał je, ich układ, przecież w znacznie mniej przyzwoitych okolicznościach niż rozmowa o czyimś złamanym sercu. Miał wrażenie, że nauczył się też jej głosu, kiedy próbowała brzmieć obojętnie – bądź co bądź rozpoznawanie fałszu było częścią jego pracy; nie był w tym bezbłędny, ale radził sobie całkiem dobrze.
A nagle okazywało się, że przez trzy i pół roku można było dowiedzieć się o człowieku całkiem dużo – względnie, jeśli potrafiło się oddzielić prawdę od fałszu (w przypadku Ortegi i Navarro było to trudne) – i nadal nie mieć pojęcia, gdzie naprawdę kogoś bolało.
Zastanowiło go, jaki musiał być tamten człowiek, żeby po wszystkim nadal pozostawał jedynym, którego uwzględniła w odpowiedzi. Czy miał jej upór, czy może cierpliwość wystarczającą, żeby go znosić; czy znał tę samą Biancę, która siedziała teraz naprzeciwko niego, czy dostał którąś wcześniejszą, mniej poobijaną, a przez to p r a w d z i w ą jej wersję. Taką, której on nigdy nie miał okazji poznać.
Była oszczędna w swoich słowach, zdecydowanie bardziej, niż przy pierwszym pytaniu; co pozwalało mu postanowić, aby temat sklasyfikować jako drażliwy. I nie drążyć go więcej, przynajmniej nie w jej obecnym stanie. Niestety, jego brzydka wścibskość, jeszcze brzydsza, gdy miała dotyczyć Navarro, nie pozwoliłaby mu tak po prostu odłożyć ten temat na bok.
Dopiero kiedy dopisała go do własnego zestawienia, kącik jego ust drgnął.
— Zapytałbym czy ty mnie złamałaś serce czy ja tobie, ale wiemy jaka jest odpowiedź — powiedział to z resztką wcześniejszej zaczepności, choć spojrzenie na moment bardziej zainteresowało się etykietą browaru a nie rozmówczynią.
Było jednak w tym coś irytującego; usłyszeć tak lekkie podsumowanie rzeczy, której sam od tygodnia nie potrafił ułożyć sobie w głowie. Złamane serce. Niby żart, ale jednocześnie jakże niewygodnie blisko, nawet jeśli cała reszta skojarzeń, które zwykle ciągnęły się za tym określeniem, pasowała do niego mniej więcej tak dobrze, jak uczciwa praca w porcie według opinii Navarro.
W końcu nie musiał jej kochać, żeby pozwolić jej zrobić sobie krzywdę. Wystarczyło jedynie, że jej zaufał.
I to chyba właśnie było w tym najbardziej upokarzające – to jak niewiele potrzebowała później wysiłku. Całą cięższą robotę wykonał wcześniej sam; przyzwyczaił się do jej obecności, przestał sprawdzać, pozwolił jej stać wystarczająco blisko, żeby pewnego dnia nie musiała nawet szczególnie daleko sięgać.
Pamiętał nacisk jej kolana. Zimno pod policzkiem. Głos, który znał tak dobrze, wcześniej pytający o sos do pizzy a nagle wypowiadający jego prawa.
A teraz siedziała po drugiej stronie stołu, z włosami rozsypanymi przy twarzy, i zabierała mu karty, bo nie ufała jego dłoniom. Jego dłoniom. Tym które nigdy realnie nie potrafiły jej wyrządzić krzywdy. Pozwolił jej, mimo wszystko, przejąć talię.
— Tasuj, Navarro. Chciałbym wreszcie przegrać tak, żebyś nie musiała mi w tym pomagać.
Sięgnął po piwo, a chłód butelki osiadł na wnętrzu dłoni. Opuścił spojrzenie i skupił je na kartach, które znów znalazły się przed nim. Ułożył je bliżej siebie, nie spiesząc się z oceną własnego układu.
Właściwie powinien był czuć satysfakcję.
Siedziała tutaj z własnego wyboru. Bez odznaki wyciągniętej pomiędzy nimi, bez potrzeby przypominania mu, kim był, i bez tego paskudnego tonu, którym potrafiła odebrać mu ochotę do odezwania się choćby jednym słowem. Zaczepiała go. Patrzyła. Odpowiadała na pytania, na które odpowiedzi nie były mu do niczego potrzebne.
Powinno mu to wystarczyć na jeden wieczór. Jeden taki wieczór, w którym dla niego była Ortegą i którą dopiero zaczynał poznawać.
Przy kolejnym odsłonięciu kart zerknął najpierw na jej układ, dopiero potem przesunął własny odrobinę bliżej środka. Lisi uśmiech wrócił na jego usta niemal odruchowo.
— Zaczynam podejrzewać, że to jednak kwestia talentu.
Odchylił się ostrożnie na krześle; rana pociągnęła przy boku, więc zatrzymał ruch w połowie, mijając się z komfortem, który chciał osiągnąć przy zmianie pozycji. Skrzywienie ukrył przy kolejnym łyku piwa, cały czas przyglądając się Navarro ponad krawędzią butelki.
Pytanie miał już gotowe.
— Dam ci coś łatwego — zaczął, chociaż drgnięcie kącika ust i błysk w oku zdradzały, że najwyraźniej mieli bardzo różne definicje tego słowa. — Twój najlepszy seks, Navarro — przesunął po niej spojrzeniem, zatrzymując je na moment odrobinę za długo. — Z kim? Gdzie? Chcę znać wszystkie szczegóły. — Przesunął butelkę w jej stronę, nie odrywając spojrzenia od twarzy Navarro; w oczach miał już czystą zaczepkę, wręcz wyzwanie, jakby właśnie rzucił jej rękawicę i z teraz tylko czekał aby sprawdzić czy odważy się je podnieść.
very useful question #1
32 y/o
Mark your calendar for Canada Day
168 cm
undercover in the devil's lair
Awatar użytkownika
can't tell if you love or hate me, never met someone like that
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Odpowiedź na jego retoryczne pytanie, choć niepotrzebna, rzeczywiście była oczywista.
Bo w pewien sposób serce mieli złamane oboje.
Jej wina była widoczna jak na dłoni. Sprawiła, że jej zaufał, wraz z wszystkimi ludźmi tworzącymi jego zaufany, zamknięty krąg. Przez trzy i pół roku żyła pomiędzy nimi jak jedna z nich tylko po to, by to jej kolano wylądowało na męskich plecach, jej kajdanki zacisnęły się na jego nadgarstkach. To ona została obdarzona troską i zaufaniem, by w zamian za to uraczyć go swoim ostrzem.
Gdyby te trzy i pół roku były fałszem, może krzywda tkwiłaby tylko po jego stronie.
Może byłaby w stanie przejść z tym do codzienności, wrócić do swojej służby, spełniać dalej jako agentka z tym ogromnym sukcesem za sobą. Może nie wyrzucałaby telefonu z zapisanymi wiadomościami ludzi, którzy traktowali ją jak rodzinę, bliskich, którzy nigdy nie powinni się do niej zbliżyć.
Może tkwiłaby na podłodze tego zapyziałego mieszkania bez nikogo, kto mógłby jej pomóc.
A teraz tkwiła uwiązana mężczyzny, którego sama zdradziła, a ta zdrada kosztowała ją dużo więcej niż byłaby w stanie mu przyznać. Podejrzewała, że i tak nie chciałby tego słuchać.
Tego, jak lubiła poranki w Ontario gdy przez parę miesięcy tkwili zaszyci na innym wypizdowie doglądając jakiejś operacji. Jak przywykła do brania jednej kawy ekstra zawsze, gdy kupowała ją dla siebie. Jak doceniała, gdy był obok ktoś, kto sprawdzał jak się miała gdy sprawy skręcały w niewłaściwym kierunku.
Nie potrafiła się zdystansować od Ortegi. Przesiąknęła nią na wskroś, jej fragmenty wypełniały luki powstałe w rzeczywistości Navarro, splatając dwie jej strony w jedną.
Była faktycznie chujową agentką.
- Debes estar bromeando - syknęła, na jedno uderzenie serca wracając do swoich ustawień fabrycznych na widok jego bezczelnego wyrazu twarzy i tych kart, które kolejnym razem ułożyły się przypadkiem po jego myśli, a on znowu sięgnął po zwycięstwo.
Sama myśl o sięgnięciu po butelkę budziła w niej sprzeciw. Nie zamierzała upijać się rozpuszczalnikiem gdy ten sączył swoje lekkie piwo i zadawał jej coraz to bardziej bezczelne pytania. Nie rozumiała, po co w ogóle w ten sposób ją męczył.
Po co zadawał tak osobiste pytania.
Po co grał z nią w tego pieprzonego pokera, siedząc przy nim zdecydowanie zbyt roznegliżowany niż powinien.
Planowała go pilnować. Planowała go sprawdzać, tym czasem on rozpraszał ją swoimi żarcikami, swoimi maskowanymi butelką grymasami wywołanymi założonymi przez nią szwami i wzrokiem, który przesuwał się po jej twarzy ze zbyt wielką uwagą, by było to dla niej komfortowe.
- Nie zamierzam grać z oszustem - zaperzyła się, w proteście opadając na oparcie fotela. Przygryzła policzki od środka, przyglądając się kartom jakby mogła zmienić ich zawartość wyłącznie siłą własnej woli.
Samo podjęcie przez niej rękawicy było działaniem z góry skazanym na porażkę. Teraz to rozumiała, nawet jeśli wydawało się oczywiste od samego początku - a jednak coś pchało ją do przodu wtedy, gdy powinna się wycofać.
Chciała zadawać pytania, chciała wiedzieć.
Chciała dalej czuć się tak, jak czuła się pół roku wcześniej, przepychając się z nim o nieistotne fakty na jednej kanapie bądź zrzędząc na to, co tym razem kazano im zrobić.
Chciała trzymać się kurczowo tych części siebie, które podarowały jej te trzy lata, ponieważ nieważne jak bardzo próbowała temu zaprzeczać, były prawdziwe.
- I nie zamierzam odpowiadać na takie idiotyczne pytania - dodała, zadzierając podbródek w górę. Skrzyżowała ręce na klatce piersiowej, przyglądając mu się przez długość stołu w wyrazie buntu.
Pytania, od których znów robiło jej się zbyt gorąco, zbyt niestabilnie. Wierzyła, że istniały wyłącznie po to, by wyprowadzić ją z równowagi, ponieważ to był jeden, niekwestionowany talent, jaki posiadał - wyprowadzanie jej z równowagi.
- Ubrałbyś się - wycedziła pod nosem, zmuszając swój wzrok do podniesienia się w górę, zatrzymania na jego twarzy, która powinna być bezpiecznym punktem i była nim, póki nie odwzajemnił jej spojrzenia.
A od tego pieprzonego alkoholu róż znów wpełzał na jej policzki, znów cholernie nieproszony.

none of your concern
36 y/o
Mark your calendar for Canada Day
187 cm
wolf @ Sinaloa Cartel
Awatar użytkownika
eye for an eye says you owe me a debt, blood demands blood, gonna get my hands wet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidamskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zabawna zmiana, choć nie temperatury w pomieszczeniu.
Przeniósł spojrzenie z jej twarzy na własną klatkę piersiową, jak gdyby dopiero teraz dowiedział się o pewnych brakach w garderobie – dla niego nic szczególnego, ale tym razem przyglądał się sobie na tyle długo, żeby samo to oglądanie zaczęło wyglądać na kolejną bezczelność, po czym wrócił wzrokiem do Navarro.
— Może dlatego przegrywasz — zauważył spokojnie, nie pozwalając upierdliwemu grymasowi dać jej chwili spokoju. — Patrzysz nie tam, gdzie trzeba.
Butelkę zatrzymał przy ustach, pozwalając sobie przyjrzeć się jej jeszcze przez moment, zanim upił łyk. Całkiem przyjemnie było odkryć, że wciąż potrafiła tak na niego patrzeć; z podbródkiem zadartym odrobinę wyżej, ustami ściągniętymi w wyrazie sprzeciwu i tym uporem, który zwykle oznaczał, że za chwilę dowie się czegoś niepochlebnego na własny temat.
W tym wypadku najpierw chodziło o oszustwo – dalej bez dowodów, przez co dlatego zarzut pozwolił sobie pominąć. Później o tę nieszczęsną koszulkę, a konkretniej – jej brak.
— Przecież pozwoliłem ci tasować i rozdawać karty, litości, Navarro — przypomniał uprzejmie, przesuwając jedną ze swoich kart opuszką palca. — Zaraz sobie pomyślę że po prostu nie lubisz, kiedy mam rację.
Odchylił się ostrożnie, nauczony wcześniejszym doświadczeniem, zatrzymując ruch odpowiednio, zanim szwy znowu zdążyły pociągnąć mocniej. Został z przedramieniem opartym o stół i butelką trzymaną luźno w drugiej dłoni.
W samolocie jego golizna nie wywoływała przecież podobnych protestów. Oczywiście, wtedy zajmowały ją nieco inne rzeczy; on sam również miał dość ograniczone możliwości docenienia sytuacji, zważywszy na kulę w boku i nieprzyjemnie bliską perspektywę zostania zwłokami.
Teraz najwyraźniej oboje czuli się odrobinę lepiej.
— Zresztą moją koszulkę masz na sobie ty — dodał, zerkając na nią znad szkła. — Jak chcesz rozwiązać ten problem? — Przechylił głowę, odstawiając butelkę z powrotem na blat. — Razem się w niej raczej nie zmieścimy.
Nie ruszył się z miejsca. Spojrzenie pozostawił przy jej twarzy, przy kolorze, który uparcie trzymał się policzków; przez chwilę obserwował drobne napięcie przy ustach, później wrócił wyżej. Zaczynał rozumieć, dlaczego tak chętnie podejmował z nią te wszystkie przepychanki jeszcze wtedy, kiedy nie musiał zastanawiać się nad każdym fragmentem ich znajomości.
Lubił sprawdzać, co zrobi.
Jak odpowie, kiedy zabierze jej wygodną ripostę. Czy odwróci wzrok, czy przeciwnie: popatrzy na niego tak, jakby zamierzała samym tym spojrzeniem wbić mu butelkę pomiędzy oczy. Miała w sobie coś, co wyjątkowo skutecznie zachęcało go do dokładania kolejnego słowa, nawet kiedy rozsądek podpowiadał, żeby zostawić sobie choć odrobinę spokoju.
Zresztą, przez ostatni tydzień rozsądek miał u niego kiepską skuteczność. I nie zamierzał nagle zaczynać go słuchać nad kartami.
Pytanie pozostawało przy tym wszystkim całkiem interesujące. Mógł udawać oczywiście że wybrał je wyłącznie dla widoku oburzonej Navarro, ale niestety własną ciekawość znał wystarczająco dobrze, żeby nie próbować sprzedawać sobie aż tak taniego wyjaśnienia. Chciał wiedzieć. Być może później pożałowałby części odpowiedzi; cudze nazwiska miały ostatnio osobliwą zdolność psucia mu humoru, szczególnie kiedy należały do ludzi, którym Bianca ufała i którzy znali ją naprawdę.
— Dobrze, poczekaj, pomogę ci — odezwał się w końcu, jeszcze zanim zdołała znowu całkowicie się oburzyć, cały ten jej protest sprowadzając wyłącznie stopnia trudności pytania, a nie faktu, że pytanie było odważne, a przez to idiotyczne. — Zaczniemy od miejsca. — Pochylił się nieznacznie, skracając dzielący ich dystans o te kilka zupełnie niepotrzebnych centymetrów. — Gdzie, Navarro? — zapytał, z łagodną cierpliwością, którą wyraz jego twarzy czynił wyjątkowo podejrzaną. Przez moment jeszcze przyglądał się jej ustom, zanim odnalazł oczy. — To było coś klasycznego jak łóżko czy kanapa? Ciut ciekawszego jak samochód, prysznic, blat kuchenny czy raczej coś odjechanego, o co nigdy bym cię nie podejrzewał. Winda. Winda brzmi całkiem kusząco jak na moje. — Skrzyżował przedramiona przed sobą, uporczywie wpatrując się w ofiarę swojej własnej wścibskości.
A z tej odległości widział więcej; róż, który nadal wspinał się wyżej po jej policzkach, pojedyncze, wciąż wilgotne pasma przyklejone do szyi, drobne napięcie zbierające się przy ustach; detale które wydawały się nie mieć znaczenia na co dzień. Przyglądał się temu, z uśmiechem czającym się wciąż w kąciku ust, i z podejrzaną jak dla niego świadomością, że podobało mu się to, co widział. Zwłaszcza kiedy po każdej próbie ucieczki jej spojrzenie znowu musiało trafić prosto na niego.

mijn kleine, verlegen shatje
32 y/o
Mark your calendar for Canada Day
168 cm
undercover in the devil's lair
Awatar użytkownika
can't tell if you love or hate me, never met someone like that
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Z początku myślała, że zwyczajnie takim rodzajem człowieka był Robin Visser.
Nieszczególnie obytym z kulturą, niezbyt obeznanym w niuansach konwersacji międzyludzkich. Szorstkim tam, gdzie trzeba było być łagodnym, dociskającym rany, które potrzebowały przestrzeni. Uważała go za chamskiego i bezczelnego, co bardzo wpasowało się w profil na jego temat, który sobie przygotowała jeszcze w agencji. W końcu w kartelu liczyła się skuteczność, a bezlitosność, którą reprezentował, byłaby wsadzona w listę zalet, a nie wad.
Dopiero później zaczęła dostrzegać to, co chowało się pod powierzchnią. Troskę, z jaką upewniał się, że wszyscy jego ludzie mieli to, czego potrzebowali. Inicjatywę, w której przejmował ich problemy i zakładał je na własne barki jakby od początku należały do niego. Okazywał się uczynny, przyjemny, nawet faktycznie zabawny.
Rzecz w tym, że dla niej egzystował w tych dwóch wersjach.
Zupełnie tak, jakby przekraczanie kolejnych granic sprawiało mu jakiś rodzaj osobliwej przyjemności. Sięgał po złośliwości wtedy, gdy nie rozumiała jeszcze, że nie stała za nimi faktyczna złość - sięgał po nie też wtedy, gdy zaczęła nieśmiało odgryzać się własnymi, nie bojąc już o własne życie tak, jak na samym początku. W każdym komplemencie lubił chować się przytyk, za każdą zgodą czyhała jakaś prowokacja, zmuszając ją do zaciśnięcia ust, byle tylko coś równie bezczelnego nie wydostało się z niej na zewnątrz.
Czasami, w chwilach takich jak ta, zastanawiała się, czy Robin Visser nie istniał wyłącznie po to, by doprowadzać ją do rozpaczy.
- To ją sobie weź - warknęła instynktownie. Jej mózg nie rejestrował w pełni tego, że ta koszulka w tej chwili znajdowała się na niej i stanowiła jedyną barierę pomiędzy jej ciałem a męskim spojrzeniem. Skupił się na tym zarzucie, jakoby to przez nią musiał tak paradować, na jego bezczelnej świadomości tego, jak wyglądał i najwyraźniej przeświadczeniu, że robiło to na niej jakiekolwiek wrażenie.
A, oczywiście, nie robiło.
Dlatego gdy on powiedział A, ona musiała powiedzieć B, nie przywiązując do stojących za nim konsekwencji szczególnej uwagi - wyłącznie po to, by odnieść zwycięstwo w tej niewidzialnej batalii, która byłaby zrozumiała wyłącznie dla ludzi równie skrzywionych jak on i ona.
I znów napierał wyłącznie po to, by sprawdzić, jak daleko będzie się w stanie odsunąć.
Odnalazł temat, o którym nie chciała rozmawiać, dostrzegł róż na jej policzkach jak słabość, którą mógłby wykorzystać i znów przesuwał swoją pieprzoną granicę z wprawą osoby, która robiła to tysiące razy. Wielokrotnie mu na to pozwalała, z początku bojąc się, że nie zaufa jej, jeśli nie zadba o jego kruche ego, później odkrywając, że to ego nie było jednak tak kruche, a jej własny charakter był jednak zbyt intensywny by tłumić go przez trzy lata.
- Nie wiem, może zapytajmy Rydera? - wycedziła w odpowiedzi, gdy irytacja jego pewnością siebie i własnym zakłopotaniem pozbawiła ją poczytalności zdecydowanie lepiej niż stojąca na stole butelka bimbru. Nie wiedziała, dlaczego w zasadzie w ogóle posłużyła się imieniem drugiego mężczyzny - chyba wyłącznie dlatego, że Visser wydawał się go nie znosić, jak wszystkich, których nie znał bądź którzy nie należeli do niego. - Mi jest trudno się zdecydować. Ma cholernie twardy materac.
Zamiast tkwić przygwożdżona do oparcia tego niewygodnego krzesła, również się od niego oderwała. Pochyliła się naprzód, kosmyki włosów odkleiły się od jej twarzy, niemal całkowicie wyschnięte w tym suchym, ogrzewanym płomieniem w kominku powietrzem.
- Z drugiej strony w jacuzzi było całkiem nieźle. Stoi na zewnątrz, ale w ogóle nie czuć chłodu, jeśli się jest pod wodą - wyliczała, kolejne kłamstwa sypały się z jej rękawa w ten sam, pełen przekonania sposób, w jaki wymawiała nazwisko Ortega. Jej łokcie oparły się o blat stołu, jedna dłoń zabębniła w udawanym rozmyśleniu o blat, druga sięgnęła do opadających na jej oczy włosy, bawiąc się kosmykami i trzymając je z dala. Powoli, jakby od niechcenia powróciła spojrzeniem do tkwiącego zdecydowanie zbyt blisko mężczyzny, którego jawnie prowokowała. - Powinieneś skorzystać. Robi dobrze na zakwasy.

mi bestia grande y mala
36 y/o
Mark your calendar for Canada Day
187 cm
wolf @ Sinaloa Cartel
Awatar użytkownika
eye for an eye says you owe me a debt, blood demands blood, gonna get my hands wet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidamskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ryder.
rYdEr.
To imię zostawiło mu pod językiem nieprzyjemny posmak, którego ani piwo, ani ten obrzydliwy rozpuszczalnik nie byłyby w stanie zmyć. Spojrzenie Vissera pociemniało; na krótką chwilę zastygło na jej twarzy, nieruchome, uważne, kiedy Navarro opowiadała dalej.
O materacu. O wodzie. O rzeczach, które nagle potrafił sobie wyobrazić z niepotrzebną dla tej chwili łatwością.
Nie znał nawet twarzy tego człowieka, ale miał za to, w kontraście do tej niewiedzy, jej głos, taki swobodny, niemal niedbały, kiedy układała pomiędzy nimi kolejne szczegóły, wsuwając kolejną szpilę.
Nawet nie drgnął, kiedy pochylała się nad stołem. Włosy osunęły się przy policzku, część zatrzymała pomiędzy palcami; w ciepłym świetle widział pojedyncze pasma, ich jaśniejsze końce, drobny cień poruszający się przy skroni. Patrzył również wtedy, kiedy odnalazła jego oczy, już z tą swoją bezczelną propozycją, żeby skorzystał.
Rozpoznawał schcemat; miał nadzieję, że go rozpoznaje. Że widzi grę i tylko grę w tym, jak starannie dobierała szczegóły. Że widzi grę, widzi tę niespójność w obrazie R y d e r a, który mu podawała. Był tego niemal pewien. Szkoda tylko, że świadomość ta nie usuwała spod skóry pierwszego, nieproszonego ukłucia.
Uśmiechnął się powoli; pozwalając dokończyć kiepskie kłamstwo.
— Całkiem sprytnie, Bianca. — Jej imię zabrzmiało ciszej od całej reszty. Zostało przy jego ustach jeszcze przez moment, razem z tym uśmiechem, w którym zaczynało brakować zwykłego rozbawienia. Potem pochylił się dalej w jej stronę – jego cień przesunął się po blacie stołu, po rozłożonych kartach, po jej nadgarstku, po skraju koszulki.
Z tej odległości jej twarz przestawała być znajomą całością, a zaczął widzieć ją we fragmentach; w delikatnym załamaniu skóry przy kąciku oka, w ciepłym kolorze policzka, w nierównej linii ust, przy których zatrzymał spojrzenie.
Mydło pachniało mocniej; czysta bawełna, którą wciągnęła na siebie, ogrzana na jej ciele, miała już niewiele zapachem wspólnego z koszulką wyciągniętą z zakupowej torby. Było w tym coś hipnotyzująco zwyczajnego; ona, z odgarniętymi włosami, w jego ubraniu, przy stole zastawionym kartami z zawieszonej gry w pokera i alkoholem, którego żadne rozsądne stworzenie nie powinno brać do ust.
Ryder, pRzYjAcIeL, mógł nie istnieć w tej opowieści. Mógł być wyłącznie imieniem dobranym po to, żeby poczuł dokładnie to, co właśnie poczuł; tego należało spodziewać się po Navarro, z którym relację miał skomplikowaną. A jednak wystarczyło, żeby wyobraził sobie tę samą twarz pochyloną nad kimś innym, te palce odgarniające włosy w miejscu, którego nie znał.
Zacisnął lekko zęby, linia jego szczęki zaznaczyła się, ale przebiegły, taki je g o uśmiech pozostał na wargach.
Przesunął się jeszcze bliżej, aż jej usta znalazły się na wysokości jego oddechu. Przez krótką chwilę patrzył właśnie na nie; na ten niewielki fragment twarzy, z którego potrafiło wydostać się tak wiele słów doprowadzających go do s z a ł u.
Minął jej usta wolno, tak blisko, że własny wydech odbił się i wrócił do niego ciepłem od jej policzka. Na moment zgubił jej spojrzenie; zostały przy nim linia szczęki, drobne włosy przy skroni, odsłonięte ucho. Zatrzymał się przy nim, z wargami wyciągniętymi w półuśmiechu, zawieszonymi nad skórą.
— Strasznie dużo mówisz o innych facetach — Pozwolił aby ze słowami, ciepło oddechu osiadało przy płatku jej ucha. Każdemu słowu pozwalał świadomie nieść go ku niej, gorącą falą, która rozbijała się na jej skórze. — Jak na kogoś, kto cały wieczór nie może oderwać ode mnie wzroku. — Pozostawił krótką, wymowną pauzę pomiędzy nimi. Krótką, po której podjął, za nic nie chcąc jej dać miejsca na przejęcie inicjatywy. — Twardy materac — powtórzył, głos mając teraz bliższy szeptowi. Przy ostatniej sylabie kącik ust poruszył mu się nieznacznie.— Jacuzzi na zewnątrz. Ciepła woda. — Pozwolił tym obrazom zostać pomiędzy nimi; wyłączając z nich, z tego równania, tamtego mężczyznę. Pozwolił zostać tej wizji bez twarzy, której nie znał i bez imienia, które nadal tkwiło w nim nieprzyjemnie głęboko i uwierało. — Opowiedz mi więcej, Bianca — poprosił, niemal przy samym uchu, zostawiając każde słowo w ciepłej przestrzeni nad jej skórą. — Co jeszcze ci się tak spodobało?
pretty little liar
32 y/o
Mark your calendar for Canada Day
168 cm
undercover in the devil's lair
Awatar użytkownika
can't tell if you love or hate me, never met someone like that
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wystarczyło jedno imię, by na jego twarzy zaszła zmiana.
Odnotowała ją z satysfakcją - cień, który nagle zasnuł jego brązowe spojrzenie. Kąciki ust, które drgnęły, niepewne czy powinny pozostać na swojej pozycji. Głos, który nagle nabrał innego brzmienia, brzmienia, którego w nim nie rozpoznawała.
A przecież znała go na wylot.
Nie rozumiała jednak, dlaczego ten jeden, obcy mężczyzna wystarczał, by zaleźć mu na skórę. Nie musiała za to tego wiedzieć by w sposób całkowicie podstępny go wykorzystać.
Nie wiedziała, czy materac Rydera był twardy, czy miękki. Nie była pewna czy miał jacuzzi, podejrzewała, że nie, biorąc pod uwagę jego wrodzone skąpstwo. Nie miało to żadnego znaczenia - miało na celu starcie tego uśmiechu, tej przewagi, którą posiadał nad nią, ponieważ zawsze musiał posiadać jakąś.
A on jedynie wspiął się, by znów po nią sięgnąć.
Coś w jej ciele drgnęło, napięcie zmroziło jej dłonie, jedną błądzącą po stole i przesuwającą bezcelowo karty, drugą zatrzymaną gdzieś przy jej włosach. Zastygła gdy przesuwał się w jej stronę, gdy jego cień mknął wzdłuż jej palców, nadgarstka, zawłaszczając kolejne partie jej ciała, odcinając od zbawiennego blasku kominka.
Wraz z cieniem nie nadszedł jednak chłód, którego się spodziewała.
Gdy wtargnął do jej przestrzeni, zrobił to z gorącem bijącym z jego ciała, z zapachem, który nie miał nic wspólnego z perfumami, z którymi wcześniej go utożsamiała. Pachniał sobą, pachniał mężczyzną, którego znała lepiej niż samą siebie, a który od tygodnia zachowywał się w zupełnie niezrozumiały dla niej sposób.
Który nagle znalazł się tuż obok, wraz ze swoim oddechem, jego pieszczotą gdzieś na jej skórze.
A ona z początku zamarła, jak oddech w jej klatce piersiowej, zatrzymany w pierwotnej reakcji na jego bliskość - reakcji, którą od samego początku próbowała z siebie wyplenić. Coś przewróciło się w jej trzewiach, chwyciło je w swoje pazury, podszept intuicji nakazującej jej ucieczkę, który zwykle mylono z trzepotem motyli.
Przez myśl przemknęło jej, że może również te wrażenia myliła, choć w zupełnie inną stronę.
Jej usta wydęły się w wyrazie niezadowolenia na dźwięk bezczelności jego słów, na których jednocześnie pozostawała w pełni skupiona, jak i których znaczenie docierało do niej z opóźnieniem, gdy była rozproszona jego obecnością.
- Strasznie dużo o nich pytasz jak na kogoś, kto nie chce o nich słuchać - odgryzła się, pośpiesznie, cicho, może nie z całą mocą, z jaką chciałaby swoje zwycięstwo przekazać, bo przecież je odniosła, moralne.
Ale on był zdecydowanie za blisko.
Dostrzegała złoto tańczące na obrysie jego barków, blask ognia przywodzący na myśl poprzednią noc - ciepło wydobywające się z małego piecyka, dotyk jego palców podróżujący wzdłuż wrażliwej skóry na jej talii. Spojrzenie, które zatrzymywało się zbyt długo w zbyt niewłaściwych miejscach, przestrzeń, w której nie dało się postawić odpowiedniej granicy.
Jego słowa przemykały wzdłuż jej kręgosłupa.
Twardy materac, który nie istniał, jacuzzi, którego nigdy na oczy nie widziała. Malowały się przed jej oczami, ich obrazy docierały do niej wraz z dźwiękiem szeptu, a może z ciepłem jego oddechu, muskającego jej ucho. Dostrzegała je przed sobą wyraźnie, dostrzegała wszystko to, co wybrzmiewało w jej kłamstwach, ku czemu rwało się jej ciało spragnione dotyku, ciepła, ucieczki od rzeczywistości.
Ale w tych obrazach pociągłą twarz Rydera zastąpiły znacznie bardziej znajome, ostre rysy, lekko podkrążone oczy, zarost na policzku, który zwykle na nim nie gościł.
Wciągnęła powietrze do płuc ze świstem, gwałtownie się odsuwając gdy dostrzegła jego twarz, zdradziecko podsuniętą przez jej umysł. Twarz mężczyzny, który się nią bawił w bezczelny sposób, który tkwił blisko, zbyt blisko, był zbyt bezczelny, zbyt rozebrany, zbyt przekonany o tym, jaki wywierał na niej efekt, by mogła dać mu satysfakcję z wypowiedzianego na głos życzenia.
Jej dłoń sięgnęła po odpowiedź nim zdążyły zrobić to usta.
Przecięła powietrze by wylądować na tym szorstkim policzku z zarostem zbyt długim, okalającym usta uśmiechające się w jego stylu, wypowiadającym prowokacje, które tylko jemu mogły przyjść do głowy.
Które osiadały się w jej trzewiach, w jej napiętym ciele i przyśpieszonym oddechu.
- Ubierz się - wycedziła, desperacko, wracając do meritum, od którego nieustannie próbował odejść.

get out of my head
36 y/o
Mark your calendar for Canada Day
187 cm
wolf @ Sinaloa Cartel
Awatar użytkownika
eye for an eye says you owe me a debt, blood demands blood, gonna get my hands wet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidamskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jego głowa skręciła się za uderzeniem nieco w bok. Dopiero później przyszło charakterystyczne dla tego gestu, dość znajome, pieczenie. Rozlało się od kości policzkowej ku uchu, ostre i szczypiące z wierzchu skóry, a głębiej pod nią rozgrzane, buchające ogniem. To jedno doznanie powinno go otrzeźwić i cofnąć. Ale poza tym jednym, drobnym odruchem, wciąż pozostał pochylony nad stołem. Palce nadal opierał o blat w tym samym miejscu.
No, proszę.
Powoli wrócił do niej spojrzeniem. Kącik ust drgnął, układając się tym razem niewysoko z czymś na miarę oszczędności, której wcześniej mu brakowało. Wciąż czuł pod skórą jej wszystkie pięć palców, chociaż nie dotykała go już ani jednym. Mrowiło pod skórą, mieszając ze sobą ból i satysfakcję.
Powinien był zapewne wyciągnąć z tego jakąś naukę. Niestety, z całego tego piekącego pouczenia, które mu podarowała, wyciągnął przede wszystkim dość przyjemny wniosek, że znalazł się dokładnie tam, gdzie zamierzał. Albo i może odrobinę dalej.
— No proszę, nareszcie — wychrypiał nisko z uśmiechem nadal przyczajonym przy ustach. To była bardziej ona; znacznie bardziej niż w momencie, w którym szyła dla niego te wszystkie detale, dokładając do tego przyjaciela To był ten jej upór, ta jej potrzeba postawienia ostatniej kropki, choćby dłonią, skoro słowa uparcie nie chciały wystarczyć. Tyle że teraz czuł tę kropkę na własnej skórze. A jeszcze niedawno, ledwie dobę temu, przesunęła po niej kciukiem w geście mocno kontrastowym do tego, z którym zostawiła go teraz, ścierając zaschniętą krew, a on pozwolił głowie wyjść temu dotykowi naprzeciw.
Najwyraźniej Navarro znalazła sobie jakiś wyjątkowo skuteczny sposób na zajmowanie mu głowy, ale metody miała mocno zróżnicowane.
Cofnął się minimalnie i zostawił pomiędzy nimi kilka centymetrów powietrza, wystarczająco dużo, by znów widzieć całą jej twarz. Tępe ćmienie w boku zignorował, swoją uwagę przerzucając na mrowienie na policzku i na jej twarz.
Jego wyobraźnia była wyjątkowo niewdzięcznym stworzeniem. Potrafiła urządzić całe pomieszczenie na podstawie jednego, rzuconego od niechcenia słowa; wstawić łóżko, rozsypać na poduszce jej ciemne włosy, podsunąć mu widok twarzy. Z tej samej odległości, z której przed chwilą widział ją nad stołem, tylko z głową odchyloną nieco bardziej, z szyją odsłoniętą aż do miejsca, w którym kończył się luźny kołnierz.
Mógłby przesunąć po niej ustami. Wolno, zaczynając od tego drobnego zagłębienia przy obojczyku, przy którym teraz zatrzymał spojrzenie; wyżej, tam, gdzie pod cienką skórą musiałby poczuć jej puls. W tej wizji jej dłoń znalazła się na jego karku; palce wsunęły pomiędzy włosy i zacisnęły odrobinę, przyciągając go bliżej, z całą tą stanowczością, którą najwyraźniej zdążył sobie szczególnie upodobać.
Całkiem dużo szczegółów jak na człowieka, który jedynie patrzył na kobietę siedzącą po drugiej stronie stołu.
Bimber musiał być zatruty.
Przesunął językiem po wewnętrznej stronie policzka, trafiając na obolałe po ciosie miejsce. Pieczenie na chwilę się wyostrzyło; co sprawiło żeby wrócił z uwagą do twarzy Navarro. Do śladu przy brwi, do pojedynczego włosa zatrzymanego przy skroni i cienia rzęs, który światło z kominka kładło tuż pod jej oczami. Do ust, z których tak bardzo chciał jeszcze coś usłyszeć, choć zupełnie przestało mu zależeć na sensownej odpowiedzi.
Coś musiało być w tym bajglu.
— Oczywiście — odezwał się w końcu, w reakcji na jej polecenie, głosem niższym po przeciągającym się milczeniu.
Przesunął dłoń po blacie i uniósł ją dopiero przy samej Navarro, zaczepiając palcem o luźny brzeg jej kołnierza. Tani materiał ustąpił i wyciągnął się w jego stronę, a on przytrzymał ją pomiędzy palcami i pociągnął jeszcze nieznacznie ku sobie. Przesunął kciukiem po brzegu kołnierza, pod opuszką wyczuwając grubszą linię szwu; tę tuż obok miejsca, gdzie zaczynała się skóra.
— Oddasz mi ją sama czy mam ją sobie wziąć, Bianca? — Nie pociągnął materiału nazbyt mocno w swoją stronę; ot, na tyle, by przypomnieć jej problem, nad którym rozprawiali jeszcze chwilę temu, na które ona znalazła to jakże pozornie proste i pozornie oczywiste rozwiązanie, które zamknęła a kilku słowach: weź ją sobie.
after you
32 y/o
Mark your calendar for Canada Day
168 cm
undercover in the devil's lair
Awatar użytkownika
can't tell if you love or hate me, never met someone like that
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Uderzenie rozeszło się po wnętrzu jej dłoni, odnajdując wszystkie wrażliwe punkty - przecięcia, które zdołały się zagoić, otarcia powstałe w wyniki spotkania z asfaltem po ich prowizorycznym lądowaniu. Pieczenie pulsowało w rytm jej bijącego serca, którego rytm stał się przyśpieszony, chaotyczny jak oddech, który unosił jej klatkę piersiową w górę i pozwalał jej opadać w dół.
Nie powinna tego robić.
Ta świadomość rozlewała się zupełnie innego rodzaju pieczeniem na jej trzewiach, na umyśle, do którego docierało, co właściwie zrobiła, w jaki sposób zareagowała. Gorąco, które czuła w swojej dłoni było niczym potwierdzenie jej winy, namacalne, niemożliwe do zignorowania, a gdzieś pod nim - wspomnienie faktury jego skóry i krótkiego zarostu, fantom tańczący na końcówkach jej palców.
Odpowiedziała siłą na zwykłe słowa.
Prowokacja była zwyczajnie językiem, którym Visser posługiwał się najlepiej. Potrafił każdą osobę w pomieszczeniu doprowadzić do granicy poczytalności, nie była w tej kwestii wyjątkiem. Nie warunkowało to uderzenia, użycia siły, której przecież miał od niej dużo więcej i to otwarcie zupełnie nowego pola dyskusji między nimi mogło skończyć się w bardzo nieprzyjemny sposób.
Bimber musiał być zatruty.
Zwykłe słowa osadzały się na jej ciele w niemal namacalny sposób, tak jak spojrzenie, w którego wnętrzu uderzenie wznieciło zupełnie inny rodzaj ognia. Czuła je na sobie, fizyczny ślad pozostawiony przez ciemne tęczówki odrywające się od jej oczu, mknące przez policzek, zatrzymujące się na ustach. Ześlizgujące niżej, sunące po jej wrażliwej szyi, docierające do obojczyka i magicznej bariery materiału kołnierza, który nie odsłaniał przed nimi niczego więcej.
Koszulka nagle stała się bardzo istotna, nie tylko w kontekście ich małej walki o to, które chwilowo miało być górą. Jej materiał był jedyną osłoną tkwiącą między jej ciałem a pożerającym ją spojrzeniem.
Tak samo istotny był stół.
Niczym samochód na stacji benzynowej, wokół którego kręcili się do nieskończoności byle tylko coś tkwiło pomiędzy nimi, mebel tworzył złudzenie bezpieczeństwa. Drewniany, mocny, wypełniony szklankami, których nie wypadało stłuc, butelką, której nie powinno się przewracać. Oddzielał ją od Robina, od jego dłoni sięgających w stronę miejsc, które odwiedziło jego spojrzenie, od ust wyglądających na stworzone do czegoś więcej niż bezczelną prowokacją.
Jej dłonie wczepiły się w jego krawędź, zacisnęły na drewnie z impetem, od którego pobielały jej knykcie. Stół był bardzo ważny, trzymał ich konwersację w ryzach - choć przecież przed chwilą przekroczyła jego granicę, uderzając go w policzek dłonią, która wciąż pamiętała impet tego uderzenia.
Choć przecież nieustannie wizja tego, jak mógłby tę przeszkodę pokonać, atakowała jej umysł. Podsuwała obserwacje zupełnie nieistotne, jak blat będący bardziej twardym i stabilnym od każdego materaca, jak kominek będący cieplejszym niż obce jacuzzii w którym i tak nie była.
Powietrze ugrzęzło w jej płucach gdy jego dłoń przesunęła się po blacie, wyciągając w jej stronę. Ruch był powolny, nieznośnie opieszały - zdołała dostrzec kontrast jego palców przy własnych, uczepionych drewna, otarcia w miejscach, w których jego knykcie spotkały się z szczęką federalnego agenta, wypukłość żyły biegnącej przez jej wierzch, podchwytującą blask kominka.
Wciąż pozostawało zamknięte w jej płucach gdy ta dłoń znalazła się tak blisko jej szyi, że wyczuła na swojej skórze jej ciepło nim materiał koszulki naprężył się, znów ciągnąc ją w stronę stołu. Jej własne palce oderwały się od blatu, chwyciły za męski nadgarstek w jakiejś namiastce zachowania kontroli, którą każdy jego ruchu, każde słowo i każde spojrzenie skutecznie jej odbierało.
Na innym, twardym stole wewnątrz zapuszczonego domku zarzucała mu, że jego dłonie nadają się wyłącznie do krzywdzenia, nie potrafiły ratować.
Czując ją jednak przy sobie jej umysł zaczął niebezpiecznie krążyć wokół wszystkich innych talentów, które musiały posiadać.
- Quítatela tú mismo, cariño - wycedziła, jej podbródek zadarł się wyżej w próżnym wyrażeniu buntu, który tkwił niebezpiecznie blisko innego rodzaju uległości.
Coś musiało być w tej kanapce.

una bestia muy peligrosa
36 y/o
Mark your calendar for Canada Day
187 cm
wolf @ Sinaloa Cartel
Awatar użytkownika
eye for an eye says you owe me a debt, blood demands blood, gonna get my hands wet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidamskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Słowa wypowiedziane przez Navarro prześlizgnęły się pomiędzy nimi, trafiły do niego i zaczęły bezczelną okupację jego umysłu. Zostały w nim jeszcze po tym, jak ucichł jej głos; z naciskiem na sam, z tym miękkim zakończeniem, które tak przyjemnie rozmijało się znaczeniowo z jej zadartym podbródkiem. Cariño. Wciąż czuł pod skórą wszystkie pięć jej palców, a teraz jeszcze dołożyła mu do tego to: bezczelną zgodę podaną tak, jakby to on za moment miał stracić pewność siebie.
Powoli nabrał powietrza, coś rozeszło mu się pod żebrami, ciężkie i gorące, dalekie od ćmienia wywołanego bolesnością rany. Pociągnął niespiesznie spojrzeniem po tych ustach, które potrafiły składać się do tak bezczelnych wyrazów; do określeń, do zaprzeczeń, a teraz do prowokacji. Zachciało mu się usłyszeć ją jeszcze raz, z bliższej odległości; spić te same słowa bezpośrednio z nich.
Oszczędny uśmiech wciąż zajmował jego wargi; ich kącik zadrgał minimalnie, nie dokładając niczego do wyrazu, który miał na sobie.
— Zoals je wilt, schatje.
Podniósł się bez pośpiechu ze swojego miejsca, krzesło odsunęło się od niego. Palcami ścisnął mocniej trzymany materiał ubrania, przy pierwszym szarpnięciu w boku. Wolną dłoń oparł o prawy brzeg stołu. Drewno przesunęło się powoli po deskach z przeciągłym szurnięciem, szkło zabrzęczało, a butelka zakołysała pomiędzy kartami. Pchnął mebel dalej, aż ostatni fragment blatu wysunął się spomiędzy nich, otwierając przestrzeń pomiędzy nim a kobietą.
Skręcił materiał mocniej w palcach i pociągnął ją ku sobie, z naciskiem, który nie miał już nic wspólnego z wcześniejszym drażnieniem brzegu kołnierza. Przyciągnął ją blisko, aż fałdy koszulki zetknęły się z jego nagą skórą. Zapach jej szamponu dosięgnął go przy następnym wdechu; a jego spojrzenie zatrzymało się na jej ustach, zanim wróciło wyże i zaczepiło uważnie o jej oczy. Przeszukał je dokładnie, próbując dopatrzeć się drobnego zawahania, choćby jednej zmiany, która nie pasowałaby do wypowiedzianych słów. Przez chwilę tylko na nią patrzył, z palcami zamykającymi się na materiale, owijającymi go wokół siebie; czym odbierał każdy kolejny milimetr luźnej przestrzeni pomiędzy kołnierzem, a jej szyją; aż ten zaczął zaciskać się na jej skórze niczym pętla, którą własnoręcznie ukręcił.
Palcami drugiej dłoni osiadł na brzegu tej samej koszulki, tuż przy biodrze, a kciuk wsunął się pod tkaninę. Trafił na ciepłą skórę, przesunął po niej krótko, kiedy zbierał materiał.
Koszulkę podsuwał powoli. Najpierw odsłonił niewielki fragment brzucha, później linię boku, po której przesunął się blask kominka. Bawełna zbierała się miękko w jego dłoni, ale spojrzenie wciąż wiernie trzymało się jej spojrzenia; czekając aż skapituluje. Aż to ona ustąpi w przepychance, która i tak zabrnęła zbyt daleko. Nie lubił przegrywać; a dla kontrastu – lubił czuć jej skórę pod palcami. Wczoraj była zdecydowanie chłodniejsza; mógłby to zrzucić na warunki.
Pamiętał wilgoć, ciężar przemoczonego ubrania i gęsią skórkę pod palcami. Teraz jej ciepło przywierało do wnętrza jego dłoni, która wspinała się konsekwentnie wyżej, zbierając pod opuszkami nowe detale – gładką fakturę jej skóry, charakterystyczne, regularne, powtarzalne wybrzuszenia jej żeber; skrzętnie rozmijając się, zatoczonym łukiem z linią biustu.
W kominku pękło pod płomieniami drewno.
Koszulka zdążyła zebrać się przy ramionach, szarpnął częścią przy zaciśniętym kołnierzu, wypuszczając ją spomiędzy palców; materiał rozlał się posłusznie, a on zmienił chwyt. Tym samym ruchem najpierw uwolnił zdrową rękę, później przełożył kołnierz przez jej głowę, powoli, z włosami przesuwającymi się po jego palcach. Przy drugim barku jedna dłoń zatrzymała materiał wyżej, druga odsunęła rękaw od skóry. Zsunął go wzdłuż ręki, bez podrywania ramienia, wyłuskując ostatnią fałdę spod własnych palców.
Reszta miała w sobie znacznie mniej niewinności. Przez chwilę patrzył na odsłonięte ramię, później niżej, z uwagą, której nawet nie próbował już ukrywać. Koszulka zwisała mu z dłoni, absurdalnie mała wobec całego zamieszania, które zdołała wywołać. Zniknęła z jego pamięci w momencie, w którym poluzował palce a materiał spadł bezszelestnie na podłogę.
Przesunął spojrzenie po jej twarzy, przez chwilę zatrzymując się na jej wargach, z własnymi wyciągniętymi w ten sam oszczędny uśmiech, dalekim od rozbawieia.
— Has sido un auténtico dolor de huevos durante demasiado tiempo hoy. — Głos miał wciąż niski, chropowaty po przeciągającym się milczeniu. Uniósł dłoń i ujął jej żuchwę, pewnie, z kciukiem opartym tuż pod dolną wargą. Podtrzymał ten zadarty podbródek, którym tak chętnie dokładała mu kolejnych prowokacji i znów sunął spojrzeniem po jej twarzy. — Y ayer. — Wolną dłoń położył przy jej biodrze. Palce zamknęły się na ciepłej skórze, przyciągając ją odrobinę bliżej, aż przy następnym wdechu wyraźnie poczuł jej obecność przy własnych żebrach. — Y el día anterior. — Pochylił głowę. Ostatnie sylaby zostawił przy jej policzku, razem z ciepłym wydechem. Dłoń przy żuchwie rozluźniła się nieznacznie. Kciuk przesunął się ku brodzie, palce drugiej ręki topiły się w jej skórze. — Y cualquier otro día. — Przesunął kciukiem przy kąciku jej ust z uwagą zatrzymaną na tym jednym miejscu, zanim odnalazł znów jej spojrzenie. Strasznie dużo rzeczy miał jej przecież do zarzucenia. — Has sido una chica muy mala conmigo últimamente.
32 y/o
Mark your calendar for Canada Day
168 cm
undercover in the devil's lair
Awatar użytkownika
can't tell if you love or hate me, never met someone like that
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Stolik był wysoce istotnym elementem wyposażenia tego domku, który zdecydowanie nie powinien zmieniać swojego miejsca.
Pełnił ważną rolę - mogli grać w nim karty, odstawić na niego szklanki i butelkę podejrzanego alkoholu, chwytać się go w potrzebie znalezienia oparcia. Był całkiem ładny, pasował do wystroju, jego gładki blat odbijał blask płomieni błyszczących w okienku. Lubiła ten stolik.
Lubiła go i nienawidziła jednocześnie.
Przede wszystkim bowiem był przeszkodą, która tkwiła pomiędzy nimi, utrzymując wymuszony dystans. Dystans był w porządku, dystans powstrzymywał ten cholerny, podejrzany bimber przed zrobieniem z jej pomocą czegoś bardzo nierozsądnego. Dystans trzymał ją z dala od mężczyzny, którego dotyk pamiętała na swoim karku, wraz z groźbą wycedzoną niemal wprost do ucha - nie czczą pogróżką, z obietnicą, że to właśnie on będzie kiedyś jej końcem.
Trzymanie się go było rozsądne.
Jej ciało, natomiast, na ten rozsądek zdawało się kompletnie odporne.
Skupiało się na dłoni zaciśniętej przy kołnierzu jej jego koszulki, na jej cieple, które czuła przez cienki, bawełniany materiał. Na tym, w jak cholernie zaborczy sposób trzymał ją w miejscu nie zważając na jej palce, zaciśnięte na męskim nadgarstku.
Drgnęła, gdy stolik zaczął się przesuwać. Coś w jej wnętrzu podskoczyło w panice, zaprotestowało, trzymając się tej jednej, bezpiecznej bariery, która mogła ich dzielić, tego dystansu, który znacznie ułatwiałby sprawę, która już była zbyt cholernie skomplikowana.
Resztki racjonalności opuszczały ją wraz z blatem znikającym z pola jej widzenia, które z każdą chwilą zwężało się coraz mocniej. Ciemne wnętrze pomieszczenia przekształciło się w tło, od którego odcinały się jego szerokie ramiona, rozpalony kominek był jedynie blaskiem osadzonym na jego jasnej skórze, w którym wszystkie, fioletowe ślady przybierały tą samą barwę złota.
Powietrze ugrzęzło w jej płucach gdy przyciągnął ją bliżej, do katalogu rzeczy już nieistotnych dodając dystans, którego ukradkowo się trzymała. Jego nazwisko, wypowiedziane w zaprzeczeniu zatańczyło na jej języku, niemal zwerbalizowane przez względnie trzeźwy umysł, któremu nie udało się jednak opanować zachłannego ciała.
A było zachłanne.
Od chwili, w której poczuła jego palce na swojej skórze, gdy jego zapach wtargnął do jej klatki piersiowej wraz z zaczerpniętym gwałtownie powietrzem. Gorąco rozlało się wzdłuż jej kręgosłupa, ostrzegawcze syreny zawyły na alarm gdzieś w jej trzewiach, zmuszając ją do milczenia.
Szorstkość jego dłoni drażniła jej skórę, pozostawiając po sobie wytyczony dreszczem szlak. Kontrast, w którym kołnierz zaciskał się wokół jej szyi zachłannie z delikatnością, z którą obchodził się z jej obolałym barkiem sprawiał, że jej serce biło dziwnym rytmie - zatrzymanym gdzieś między paniką a czymś, do czego wciąż nie potrafiłaby przyznać się na głos.
Drgnęła po raz kolejny gdy krótki huk przeciął pomieszczenie, ze źródłem schowanym we wnętrzu kominka. Brzmiał jak stłumiony wystrzał, powrót do ponurej rzeczywistości ostatniego tygodnia, której wolała być błogo nieświadoma.
Wolała słuchać jego głosu. Tych okropnych słów, które wypowiadał w sposób, który rozlewał się po jej ciele, zostawiając po sobie falę napięcia.
- Alguien tiene que mantener tu ego a raya - odpowiedziała z początku, walcząc z drżeniem, które uparcie wkradało się do jej głosu, bardzo nieadekwatne do roli zwycięzcy w grze, której sens zaczął jej umykać.
Jej dłoń wreszcie wyrwała się z więzienia stworzonego przez męskie spojrzenie przesuwające się po jej nagiej skórze. Wyrwała z transu, przecinając ten nagle nieistotny dystans pomiędzy nimi by przylgnąć do jego klatki piersiowej.
- De lo contrario, te volverías aún más insoportable de lo que ya eres - tłumaczyła, odzyskując odrobinę utraconego rezonu.
Jej podbródek uniósł się jak na zawołanie pod jego dotykiem, jej własne palce przemknęły po jego gładkiej skórze i drzemiących pod spodem mięśniach. Przesunęły się na jego szyję, leniwie zawędrowały do karku, pnąc się w górę. Reszta jej ciała podążyła za ich przykładem gdy wspięła się na palce, walcząc z przestrzenią, którą wcześniej sama pragnęła utrzymać, aż jej usta zatrzymały się zaledwie pół centymetra od jego własnych.
- Así que seré tu tormento.

inaguantable
ODPOWIEDZ

Wróć do „Toronto Police Service Headquarters”