Kida nie potrafiła oderwać wzroku od noża. Ostrze zwrócone w stronę właścicielki przeczyło wszystkiemu, co do tej pory zdążyła zrozumieć o własnych majakach. Tobias nigdy nie próbował zrobić sobie krzywdy. Mógł ją straszyć, wywlekać na światło dzienne rzeczy, o których wolałaby zapomnieć, mógł wbijać palce w stare rany i patrzeć, jak znowu krwawią, ale nigdy nie kierował przemocy przeciwko sobie. Nie musiał. Wystarczało, że istniał w jej głowie.
Dlaczego więc Cora Pierce?
Pytanie nie dawało jej spokoju. Rozglądała się nerwowo, usiłując wypatrzyć brata. Czekała na ten jego krzywy uśmiech, na kpiące parsknięcie, na jakikolwiek komentarz, który pozwoliłby jej zrozumieć, co właśnie się działo. Tobias powinien tam być. Powinien wyjaśnić jej, dlaczego Cora zachowuje się w sposób, którego nie potrafiła przypisać żadnemu ze swoich dotychczasowych urojeń, ale tym razem nie przyszedł.
Zostawił ją samą z kobietą, której nie umiała zaufać, i własnym umysłem, któremu nie ufała już wcale.
Wtedy dotarło do niej, jak skutecznie Tobias zastawił pułapkę. Nie musiał przekonywać jej, że Cora jest nieprawdziwa. Wystarczyło, że sprawił, iż Kida przestała wiedzieć, co zrobić, jeśli jednak była. Każdy gest mógł oznaczać zagrożenie, każda próba zbliżenia — początek kolejnego koszmaru. Nie potrafiła odróżnić ostrzeżenia od manipulacji, rzeczywistości od tego, co podsuwała jej roztrzęsiona głowa.
Mimo to... nie chciała, żeby Cora zniknęła.
Ta myśl była tak wyraźna, że aż bolesna. Nie miała w sobie nic z rozsądku, nie dało się jej obronić żadnym argumentem. Po prostu nie chciała znowu zostać sama z Tobiasem. Nie teraz, kiedy na moment udało jej się go uciszyć. Nie po tym, jak przez te wszystkie miesiące nosiła w sobie echo ostatnich słów, które rzuciła Corze, zanim wypchnęła ją przez okno. Nie po tym, jak obiecała, że będzie tuż za nią, a potem zniknęła na długie miesiące, zostawiając ją z kłamstwem, które musiało smakować jak zdrada.
—
Jeśli umrzesz… — Głos ugrzązł jej w gardle. Musiała przełknąć ślinę, ale nawet to okazało się trudniejsze, niż powinno. —
Znowu mnie z nim zostawisz. — Spojrzała na nóż. Potem na twarz Cory, próbując znaleźć w niej coś, co pozwoliłoby jej podjąć decyzję. Dowód. Cokolwiek. Tyle że dowody wymagały zaufania własnym zmysłom, a te od kilku dni urządzały sobie z niej wyjątkowo podły żart. —
Ale jeśli umrzesz, to będziesz prawdziwsza… — urwała, marszcząc brwi, jakby dopiero teraz usłyszała własne słowa. Nie miały sensu. Wiedziała o tym, a jednak nie potrafiła ich cofnąć. —
Ja… — Oddech zadrżał jej w piersi. Próbowała nabrać więcej powietrza, ale płuca wciąż paliły, a ciało odmawiało współpracy. Była zmęczona do granic, obolała i przerażona w sposób, którego nie potrafiła już zamaskować ani szyderstwem, ani kolejnym ciosem. Nie miała siły udawać, że niczego nie potrzebuje. —
Nie chcę znowu się rozstawać. On dopiero się zamknął. — Jej spojrzenie uciekło gdzieś w bok, ku pustej przestrzeni między drzewami. —
Nie znikaj jeszcze. Proszę…
Ostatnie słowo zabrzmiało obco. Jakby wypowiedziała je za nią jakaś słabsza, młodsza wersja niej samej, której Kida od dawna nie dopuszczała do głosu.
Mimo to spróbowała się podnieść. Mięśnie zaprotestowały natychmiast, a świat przechylił się niebezpiecznie, lecz tym razem nie chodziło o ucieczkę. Wyciągnęła rękę w stronę noża, ostrożnie, jakby zbliżała się do dzikiego zwierzęcia, które mogło w każdej chwili rzucić się jej do gardła. Nie wiedziała, czy chce odsunąć ostrze, zatrzymać Corę, czy tylko upewnić się, że wciąż tam jest.
Pamiętała dotyk jej policzka. Miękką skórę pod opuszkami palców, ciepło, które nie pasowało do chłodu lasu. Pamiętała też końcówki włosów zaczepione o połamane paznokcie, delikatnie pociągnięte, kiedy Cora prowadziła jej dłoń, jakby chciała pokazać jej coś, czego nie dało się wyjaśnić słowami. Jakby próbowała na własnej skórze udowodnić jej, że jest prawdziwa.
Przez krótką chwilę Kida niemal w to uwierzyła.
Żadna halucynacja nie próbowała dotąd przekonać jej o swoim istnieniu w ten sposób. Żadna nie wystawiała się na zranienie, nie ryzykowała własnego bezpieczeństwa, żeby tylko pozostać w zasięgu jej dłoni. Tobias robił wszystko, żeby ją złamać, a kiedy mu się udawało, śmiał się jej prosto w twarz. Cora… Cora zachowywała się inaczej i właśnie to przerażało ją najbardziej. Jeśli była tylko kolejnym wymysłem jej umysłu, oznaczało to, że Kida zaczyna tworzyć sobie rzeczy, których nigdy wcześniej nie potrafiła sobie wyobrazić. A jeśli była prawdziwa…
Nie potrafiła dokończyć tej myśli. Prawda wymagała od niej zbyt wiele. Musiałaby przyjąć, że Cora naprawdę tu jest, że odnalazła ją po tych wszystkich miesiącach, że widzi ją w tym stanie i mimo wszystko nie odeszła. Musiałaby też przyjąć, że sama przed chwilą ją odepchnęła, kopnęła w pierś i uciekła, bo uwierzyła martwemu bratu bardziej niż kobiecie, za którą — choć nigdy nie powiedziałaby tego na głos — wciąż tęskniła.
Palce zadrżały jej tuż przy ręce z nożem.
—
Nie wiem, co mam zrobić — przyznała w końcu, a w jej głosie nie zostało już nic z dawnej zadziorności. —
Nie wiem, czy mogę ci wierzyć. Nie wiem nawet, czy mogę wierzyć sobie. — Przygryzła spierzchniętą wargę, czując na języku metaliczny posmak krwi. Spojrzenie znów wróciło do twarzy Cory. Szukała w niej śladów własnego szaleństwa, jakiejś niedoskonałości, błędu, czegokolwiek, co pozwoliłoby jej nazwać to, co widzi. Nie znalazła niczego, co przyniosłoby jej ulgę. —
Ale nie chcę, żebyś umierała. — Z trudem zaczerpnęła powietrza. —
Nawet jeśli nie jesteś prawdziwa.
To wyznanie zawisło między nimi, kruche i absurdalne. Kida nie miała pojęcia, jak mogłaby je naprawić, ani czy w ogóle chciała. Nie umiała już rozpoznać, gdzie kończy się strach, a zaczyna pragnienie. Wiedziała tylko, że nie chciała kolejnego pożegnania. Nie tym razem.
I'm in love in a nightmare, please don't wake me up