ODPOWIEDZ
35 y/o
For good luck!
165 cm
Redaktorka Naczelna/Śledcza w The Sun
Awatar użytkownika
I live for the drama <3
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Przez ostatnich kilka miesięcy Lavender wielokrotnie powtarzała sobie, że zgoda na tę randkę nie jest najlepszym pomysłem. Problem polegał na tym, że każda kolejna próba przekonania samej siebie kończyła się dokładnie tak samo, wracała myślami do Maxa. Do rozmów przeprowadzanych na potrzeby artykułu. Do jego spokojnego głosu, błyskotliwych odpowiedzi i tego niebezpiecznego sposobu, w jaki potrafił sprawić, że nawet najbardziej formalny wywiad przypominał rozmowę dwóch ludzi, którzy znali się znacznie dłużej, niż powinni. Kiedy pracowała nad tekstem, wszystko było proste. Był bohaterem artykułu, człowiekiem po drugiej stronie notatnika i dyktafonu, teraz jednak granice zaczynały się zacierać. Być może właśnie dlatego tak długo szukała miejsca na ich spotkanie. Chciała znaleźć coś odpowiedniego, coś, co nie wyglądałoby jak miejsce stworzone dla zakochanych par fotografujących drinki przy świecach, ale jednocześnie nie było kolejnym głośnym barem pełnym przypadkowych ludzi. Przez wiele wieczorów przeglądała strony internetowe, zdjęcia i opinie, aż w końcu trafiła na lokal, który od razu zwrócił jej uwagę. Nie potrafiła nawet dokładnie wyjaśnić dlaczego. Było w nim coś ciepłego. Coś, co sprawiało, że wyobrażała sobie długą rozmowę trwającą znacznie dłużej niż planowano. Tego samego wieczoru wysłała Maxowi lokalizację wraz z proponowaną godziną spotkania. Gdy odpowiedział niemal natychmiast, potwierdzając, że będzie, poczuła znajome ukłucie gdzieś pod żebrami.
Dzień randki był znacznie trudniejszy, niż chciała przyznać. Obudziła się wcześniej niż zwykle i przez kilka minut leżała nieruchomo, wpatrując się w sufit. W mieszkaniu panowała cisza, a pierwsze promienie słońca przesączały się przez zasłony, rozlewając po ścianach złote refleksy. Powinna była jeszcze spać, ale myśli nie dawały jej spokoju. Kiedy w końcu wstała, przygotowała kawę, usiadła przy kuchennym blacie i przez chwilę trzymała kubek w dłoniach, obserwując unoszącą się nad nim parę. Próbowała wmówić sobie, że to tylko spotkanie. Problem polegał na tym, że każde spojrzenie na zegar przypominało jej, iż czeka na nie bardziej, niż chciałaby przyznać. W pracy było jeszcze gorzej, redakcja tętniła życiem, telefony dzwoniły, klawiatury stukały nieustannie, a mimo to Lavender miała wrażenie, że funkcjonuje w lekkim odrealnieniu. Czytała te same zdania kilka razy, poprawiała błędy, których nie miała w zwyczaju popełniać. Zerkała na telefon częściej, niż nakazywał zdrowy rozsądek. Łapała się na tym, że zastanawia się nad kompletnie absurdalnymi rzeczami. O czym będą rozmawiać? Czy rozmowa będzie równie lekka jak wcześniej? Czy Max będzie się uśmiechał tak samo, kiedy nie będzie odpowiadał na pytania dziennikarki? Czy spojrzy na nią inaczej niż podczas wszystkich wcześniejszych spotkań? I przede wszystkim dlaczego właśnie te pytania zajmowały jej myśli bardziej niż terminy oddania materiałów?
Wieczór przyszedł wreszcie zaskakująco szybko, zanim się zorientowała siedziała już w taksówce, obserwując światła miasta migoczące za szybą, serce biło jej odrobinę szybciej z każdym kolejnym kilometrem. Ulice błyszczały po niedawnym deszczu, reflektory samochodów odbijały się w mokrym asfalcie niczym płynne złoto, a miasto zdawało się mięknąć pod osłoną nadchodzącej nocy. Kiedy kierowca zatrzymał samochód przed lokalem, Lavender przez chwilę siedziała nieruchomo, wzięła głęboki oddech, poprawiła rękaw płaszcza i wysiadła.
Już od progu wiedziała, że dobrze wybrała. Wnętrze było jeszcze piękniejsze niż na zdjęciach. Ciepłe bursztynowe światło zwisało z industrialnych lamp, rozlewając się po drewnianych ścianach i polerowanych blatach niczym płynny miód. Przy barze błyszczały setki szklanych butelek, tworząc mozaikę kolorów odbijających światło świec. Powietrze pachniało cedrowym drewnem, cytrusami i drogimi alkoholami. W tle sączyła się spokojna muzyka jazzowa, ledwie słyszalna ponad miękkim szmerem rozmów. Nikt się nie spieszył ani nie podnosił głosu. Całe miejsce sprawiało wrażenie stworzonego dla ludzi, którzy chcieli zostać dłużej, niż pierwotnie planowali. Lavender powoli przesunęła wzrokiem po wnętrzu, aż odnalazła miejsce, które wcześniej tak przykuło jej uwagę. Długa zielona kanapa ciągnęła się wzdłuż jednej ze ścian w nieco bardziej prywatnej części baru. Miękki materiał miał głęboki, szmaragdowy odcień, który pięknie kontrastował z ciepłymi tonami drewna. Niewielkie stoliki ustawiono w odpowiednich odległościach, zapewniając gościom poczucie intymności bez całkowitego odcinania ich od reszty lokalu. Kiedy podeszła bliżej, kelner przywitał ją uprzejmym uśmiechem. Po sprawdzeniu nazwiska zabrał stojącą na stoliku tabliczkę rezerwacji, a następnie zastąpił ją niewielkim oznaczeniem w innym kolorze, sygnalizującym obsłudze, że rezerwacja została odebrana i jest już aktywna. Drobny gest sprawił jednak, że wszystko nagle nabrało realności.
Usiadła na kanapie i pozwoliła sobie opaść wygodnie na miękkie oparcie. Od tej perspektywy mogła obserwować zarówno wejście, jak i większość lokalu. Było idealnie. Wystarczająco kameralnie, by rozmawiać godzinami, i wystarczająco otwarcie, by nie czuć się przytłoczoną ciszą. Zamówiła martini. Kiedy kieliszek stanął przed nią, uniosła go lekko, przyglądając się refleksom światła tańczącym na przejrzystej powierzchni alkoholu. Czuła przyjemne ciepło rozlewające się po klatce piersiowej. Nie pochodziło jednak od drinka. Lavender delikatnie odłożyła kieliszek na stolik i skierowała wzrok ku wejściu. Przez kilka miesięcy zastanawiała się, jak opowiedzieć historię Maxa czytelnikom. Teraz, siedząc na szmaragdowej kanapie pośród złotego światła, ciepłej muzyki i wieczornego gwaru, po raz pierwszy myślała wyłącznie o tym, jaką historię napiszą razem od chwili, gdy pojawi się w drzwiach.


Max Keale
42 y/o
For good luck!
193 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
The greatest trick the Devil ever pulled was convincing the world he didn't exist.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiMagiczny/Pył
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Randka... Maplinder i kilkukrotne odpalanie aplikacji, żeby odsunąć decyzję o tym, czy zdjęcie Lav powinno pójść w prawo, czy w lewo pod jego kciukiem. Wyjście z aplikacji i zamknięcie wszystkich na telefonie pozwalało odsunąć decyzję o kilka godzin, a czasem kilka minut. A jednak jej profil uparcie wracał, za każdym razem przypominając mu, że... Myślał o niej.
Stricte zawodowa relacja powinna taka pozostać, tym bardziej, że Max miał swoje doświadczenia. Mieszanie emocji z pracą właściwie nigdy dobrze się nie kończyło. Tylko że już razem nie pracowali...
Kciuk wodził po zdjęciu, przesuwając je to w prawo, to w lewo... I znów na środek. Kolejne wyjście z aplikacji i tak przez kilka tygodni. Aż w końcu, siedząc przed kominkiem w swoim domu, dał w prawo i od razu wyskoczyło mu powiadomienie o parze. Rety! Zaskoczenie szybko oddało pole podekscytowaniu. Szybko wystukał wiadomość.
Lāwena!
Hey Sweetie!

I zaczęli pisać. Długo. Codziennie, na różne tematy, włącznie z pracą, codziennym opowiadaniem sobie o dniu i pierdółkami, czy flirtami. Mimo że zaprosił ją na spotkanie następnego dnia, Lavender zwlekała. W sumie nawet jej się nie dziwił. Oboje byli w nie do końca komfortowej sytuacji. Z jednej strony ciągnęło ich do siebie, a z drugiej jakakolwiek relacja podważałaby jej obiektywność. I za dużo myślał o rzeczach, które tak naprawdę nie miały znaczenia. Pytanie było jedno: czy chciał się z nią zobaczyć? A odpowiedź była jasna: tak.
Nie naciskał. Poczekał, aż dziewczyna sama zaproponuje kolejne spotkanie, raz dlatego, że nie chciał wyjść na nachalnego, a dwa - bał się kolejnej odmowy. No może nie odmowy, bo po prostu przeszli do innych tematów. Kiedy wreszcie uznali, że mogą się spotkać, Lavena wybrała bardzo eleganckie miejsce. Chyba od początku próbowała wyciągnąć go z jego samotni, w której nie było tak źle. Nie należał do typów lubiących być na mieście czy brylować w towarzystwie. Ale dla takiej dziewczyny mógł się nawet ubrać w miarę elegancko. Co prawda dodatki zostawił w swoim stylu, jakby były integralną częścią niego, a nie stroju. Musiał jakoś przełamać sztywniactwo.
Wszedł do klubu dość pewnie i po chwili szukania odnalazł ją w tłumie. Skupioną, zamyśloną, ciekawe, czy tak samo podenerwowaną jak on. Westchnął i przywołał na twarz swój dziki uśmiech, pomachał ręką na przywitanie i ruszył w jej kierunku. Tak przyjemnie było patrzeć na to, jak zmieniła się jej buzia, kiedy go dostrzegła. Uśmiech, który ją rozpromienił, taki szczery, niewystudiowany, sprawił, że Max poczuł się pewniej. Ale kiedy podszedł do stolika, w jego głowie zapaliła się czerwona lampka.
Oto Lavender zajęła jego miejsce. To znaczy nie jego, tylko jego głupie przyzwyczajenie sprawiało, że zawsze siadał przodem do sali i wejścia. Niestety te fajne kanapy, na których dziewczyny lubiły siedzieć, zawsze były tak ustawione.
- Cześć Mała! - przywitał ją z uśmiechem na twarzy i zamknął ją na chwilę w niedźwiedzich ramionach.
Jak dobrze pachniała...
Wreszcie usiadł na krześle naprzeciwko niej, ale wiercił się na nim, jakby było mu niewygodnie. Jakiś cholerny robak wiercił mu dziurę w głowie, podsuwając myśl, że coś może się dziać za jego plecami. Wreszcie, po dosłownie kilku chwilach walki, wstał z krzesła i przysiadł się do Lavender na kanapie, obejmując ją ramieniem.
- That's better!
Lavender Shaw
ODPOWIEDZ

Wróć do „The Spoke Club”