31 y/o
NARRATORSKI PIESEK
178 cm
dyrektor wykonawczy valencourt investment group
Awatar użytkownika
since love and fear can hardly exist together, if we must choose between them, it is far safer to be feared than loved
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki-
typ narracji3rd
czas narracjipast
postać
autor

Przez kilka kolejnych minut pozwalał im mówić, choć z każdą następną wypowiedzią coraz trudniej przychodziło mu udawanie, że słuchał z należytą uwagą. Temat hotelu zdążył już obrosnąć taką ilością zastrzeżeń, warunków, przypuszczeń i ostrożnie formułowanych hipotez, że zaczynał przypominać jeden z tych nieskończonych rodzinnych obiadów, podczas których ludzie potrafili przez dwie godziny dyskutować o czymś, co można było rozstrzygnąć jednym telefonem, gdyby tylko ktokolwiek miał wystarczająco dużo odwagi, by go wykonać. W gruncie rzeczy nie przeszkadzała mu sama analiza. Rozumiał potrzebę weryfikowania liczb, sprawdzania wycen, przewidywania kosztów modernizacji i rozważania scenariuszy, w których przedsięwzięcie przestawało przynosić oczekiwane zyski. Nie był idiotą, a już z pewnością nie należał do ludzi, którzy utożsamiali pewność siebie z kompetencją. Problem polegał na tym, że wszyscy zgromadzeni zdawali się doskonale wiedzieć, czego nie można jeszcze ustalić, czego nie należało przesądzać i jakie ryzyko mogło pojawić się w przyszłości, lecz żaden z nich nie potrafił powiedzieć, co właściwie zamierzali z tym zrobić. Każda kolejna wypowiedź otwierała następny wątek, każdy wątek wymagał dodatkowego komentarza, a komentarz prowadził do kolejnego pytania, na które odpowiedź miała nadejść zapewne podczas następnego spotkania. Raphael zaczynał podejrzewać, że gdyby pozostawił ich samych sobie, potrafiliby rozmawiać o tym samym hotelu aż do momentu, w którym nieruchomość zmieniłaby właściciela, przeznaczenie i prawdopodobnie nazwę, a oni nadal nie mieliby wypracowanego stanowiska.
Julian Mercer wciąż próbował wykazywać, że potencjał operacyjny obiektu uzasadniał dalsze zainteresowanie, przywołując argumenty dotyczące lokalizacji, standardu nieruchomości i możliwości włączenia jej do istniejącej struktury hotelowej. Mówił o korzyściach skali, o rozpoznawalności marki, o wykorzystaniu wspólnych kanałów dystrybucji oraz o tym, że odpowiednio przeprowadzona modernizacja mogłaby poprawić rentowność przedsięwzięcia. Nie były to argumenty pozbawione sensu, Valencourt nie zamierzał więc traktować ich jak pustego marketingowego bełkotu, ale Mercer zdawał się przywiązywać większą wagę do tego, czym hotel mógłby się stać, niż do tego, ile należałoby wydać, aby doprowadzić go do pożądanego stanu. Charles Beaumont zdążył już kilkakrotnie zwrócić uwagę na obciążenie kapitałowe, potrzebę uwzględnienia dodatkowych nakładów i ryzyko ograniczenia płynności, a jego uwagi, choć zasadne, nie prowadziły do żadnego rozstrzygnięcia. Edward Ashcombe dołożył do tego konieczność przeprowadzenia pełnego due diligence, jakby ktokolwiek przy stole rozważał podpisanie umowy bez sprawdzenia dokumentacji prawnej, obciążeń i zobowiązań związanych z nieruchomością. Helene Strauss domagała się z kolei scenariusza pesymistycznego, który miałby pokazać, jak przedsięwzięcie zachowa się przy niższym obłożeniu i słabszych przychodach. Raphael nie miał nic przeciwko temu, by go przygotować. Miał natomiast coraz mniej cierpliwości do ludzi, którzy przedstawiali oczywistości jako odkrycia wymagające osobnego posiedzenia.
Adrien Whitmore pozostawał najbardziej interesującym elementem tej układanki, ponieważ przynajmniej sprawiał wrażenie człowieka, który rozumiał różnicę między analizowaniem decyzji a podejmowaniem jej. Jego wcześniejsze uwagi dotyczące wyceny i kosztów integracji były rzeczowe, pozbawione zbędnego popisu, a przede wszystkim wskazywały na konkretny problem: potencjalne synergie nie mogły stanowić usprawiedliwienia dla ceny, która już z góry uwzględniała korzyści, jakie dopiero należało wypracować. Raphael uznawał to za rozsądne. Nie oznaczało to jednak, że zamierzał pozwolić Whitmore'owi bez końca korzystać z przywileju człowieka, który potrafił wskazywać cudze błędy, nie przedstawiając własnej rekomendacji. Jako dyrektor inwestycyjny miał obowiązek wyznaczać kierunek, a nie jedynie stać obok i informować pozostałych, że droga może być niebezpieczna. Raphael przyglądał mu się przez chwilę, obracając w palcach telefon, którego nawet nie próbował użyć. Był pewny, że Whitmore nie potrzebował danych, gdyż doskonale wiedział, jakie stanowisko powinien zająć, ale nie zamierzał robić tego pierwszy. W tym środowisku ostrożność bywała rozsądkiem, lecz równie często stanowiła elegancką nazwę dla tchórzostwa. Różnica ujawniała się dopiero wtedy, gdy należało podpisać się pod własnymi słowami.
Właśnie dlatego ponownie zwrócił uwagę na Celeste. Jej sprzeciw wobec hotelu wyraźnie odróżniał się od pozostałych głosów przy stole, ponieważ nie próbowała jedynie przesunąć decyzji w czasie ani obudować jej kolejnymi warunkami. Zajęła stanowisko, co samo w sobie było już pewnym rodzajem użyteczności. Raphael nie przesądzał, czy miała rację, ale przynajmniej nie zmuszała go do wysłuchiwania kolejnej wersji tego samego zastrzeżenia. Jej wcześniejsza uwaga dotycząca krótkowzroczności zaplecza doradczego pozostawała mu w pamięci, choć nie zamierzał przyznawać jej racji tylko dlatego, że potrafiła sformułować krytykę w sposób wystarczająco efektowny, by przyciągnąć uwagę. Interesowało go, czy za tym sprzeciwem stała rzeczywista analiza, czy jedynie potrzeba zaznaczenia własnej odrębności w pomieszczeniu pełnym ludzi, których pozycja mogła wydawać się onieśmielająca. Celeste nie sprawiała jednak wrażenia osoby, która zamierzała wycofać się ze swoich słów przy pierwszym poważniejszym pytaniu.
Poza tym o luksusowe zabawki trzeba się postarać.
Wyraźny uśmiech pojawił się w prawym kąciku jego ust, chociaż spojrzenie wcale nie osiadło na Williams. Spoczywało na telefonie, którego ekran rozświetlał się od czasu do czasu kolejnymi powiadomieniami, niezasługującymi jednak na jego uwagę. Nie musiał podnosić oczu, aby odnaleźć w słowach blondynki odpowiednią przekorę. Do tej pory wszak w jego pamięci tkwiła noc w teatrze i jej ciężki oddech. Jej palce zaciśnięte w jego włosach; biodra poruszające się w narzuconym przez niego rytmie; ciepło kobiecego wnętrza oblepiającego jego skórę. Pamiętał również własną satysfakcję, choć nie tę najprostszą, wynikającą z fizycznego spełnienia. Bardziej interesowała go chwila, w której przestawała udawać, że miała nad wszystkim kontrolę, kiedy kolejne warstwy dystansu i wyrachowania ustępowały miejsca reakcjom, których nie dało się równie łatwo zaplanować ani opisać odpowiednio dobranym zdaniem. Celeste miała w sobie coś, co sprawiało, że nawet jej uległość nie przypominała kapitulacji. Pozostawała zaczepna, świadoma własnego wpływu, a nawet wtedy, gdy pozwalała mu narzucać warunki, nie przestawała być obecna w tej grze jako ktoś, kto potrafił odpowiedzieć.
Nie zamierzał jednak zdradzać, jak wiele szczegółów zachował w pamięci. Nie było takiej potrzeby. Niektóre wspomnienia znacznie lepiej spełniały swoją funkcję, kiedy pozostawały niewypowiedziane, zawieszone gdzieś pomiędzy aluzją a niedopowiedzeniem. Raphael przesunął kciukiem po krawędzi telefonu, powstrzymując się przed kolejnym uśmiechem. W pewnym sensie bawiło go, że kobieta, która potrafiła z taką swobodą kwestionować decyzje ludzi przy stole, jednocześnie nie rezygnowała z tej osobliwej wymiany między nimi. Nie zamierzał mylić tego z przywiązaniem ani przypisywać ich spotkaniu znaczenia, którego żadne z nich nie musiało mu nadawać. Była to znacznie przyjemniejsza sytuacja, kiedy nie trzeba było niczego definiować, obiecywać ani zabezpieczać przed ewentualnymi konsekwencjami.
Dopiero po chwili uniósł wzrok, choć nie na długo. Jego spojrzenie musnęło blondynkę z rozbawieniem, którego nie próbował szczególnie ukrywać. Lubił ludzi, którzy potrafili odpowiedzieć mu bez nerwowego oglądania się na jego nazwisko. Jeszcze bardziej lubił tych, którzy nie robili tego wyłącznie po to, by zwrócić na siebie uwagę. Celeste zdawała się rozumieć, że jego zainteresowanie nie było czymś, co można było otrzymać za darmo, a Raphael nie zamierzał pozbawiać jej tej świadomości. Jeśli miała ochotę na luksusowe zabawki, musiała wykazać się czymś więcej niż samą umiejętnością wypowiedzenia odpowiednio zuchwałego zdania. On również miał swoje wymagania. I, w przeciwieństwie do większości ludzi przy tym stole, nie widział powodu, by udawać, że ich nie posiada.
Odchylił się na oparciu i pozostawił jej przestrzeń, jednocześnie przenosząc wzrok na Whitmore'a. Nie zamierzał urządzać z tego przesłuchania, choć w pewnym sensie właśnie tym stawało się spotkanie: sprawdzianem, w którym każdy miał wreszcie przestać ukrywać się za stanowiskiem zajmowanym przez kogoś innego.
Helene Strauss poruszyła się na krześle, a jej spojrzenie na moment przesunęło się ku Williams. Valencourt dostrzegł tę zmianę, podobnie jak wcześniejsze próby sprowadzenia dyskusji do pytania o kompetencje i uprawnienia kobiety. Nie mógł mieć pewności, co dokładnie stało za zachowaniem Helene, ale zaczynał odnosić wrażenie, że jej zainteresowanie Celeste wykraczało poza zwykłą troskę o procedury oraz lęk przed nieznanym punktem odniesienia. Być może obecność nowej osoby zaburzała układ, który Strauss próbowała zbudować, być może nie podobało jej się, że ktoś spoza dotychczasowego kręgu doradczego otrzymał możliwość kwestionowania kierunku inwestycji. W każdym razie Raphael nie zamierzał pozwolić, aby spotkanie ponownie zmieniło się w spór o to, kto miał prawo zabierać głos. Kwalifikacje Williams można było zweryfikować, podobnie jak kwalifikacje wszystkich pozostałych, ale nie miało sensu wykorzystywać tego jako zastępczego tematu, kiedy wciąż nie potrafili ustalić, co zrobić z konkretnym aktywem. Spojrzał na Strauss krótko, wystarczająco długo, by zaznaczyć, że zauważył jej reakcję, po czym wrócił znów leniwie do oglądania sufitu.
Odpowiedź, której oczekiwał od Whitmore'a, również nie wymagała szczególnej filozofii. Mógł rekomendować zakup, jeśli uważał, że przedstawione dane uzasadniają inwestycję; mógł zalecić jej odrzucenie, jeśli ryzyko i cena nie dawały szans na osiągnięcie wymaganej stopy zwrotu; mógł wreszcie zaproponować warunkowe procedowanie, wskazując dokładnie, jakie informacje muszą zostać dostarczone, zanim transakcja trafi pod ostateczne głosowanie. Raphael nie potrzebował od niego proroctwa ani gwarancji, że przedsięwzięcie zakończy się sukcesem. Potrzebował rekomendacji opartej na danych, z jasno określonym progiem rentowności, uwzględniającym pełne koszty modernizacji, integracji i finansowania. Jeśli po ich odliczeniu projekt nie przekraczałby wymaganego progu zwrotu, nie było powodu, by go kupować. Jeśli zaś go przekraczał i nie ograniczał płynności potrzebnej do innych transakcji, należało przestać traktować go jak potencjalną katastrofę tylko dlatego, że wiązał się z ryzykiem. W tej kwestii nie było niczego szczególnie skomplikowanego. Komplikacje pojawiały się dopiero wtedy, gdy ludzie próbowali zabezpieczyć się przed możliwością, że za kilka miesięcy ktoś przypomni im ich własne słowa.
Odłożył telefon na stół, czując powolne działanie narkotyku. Był zmęczony. Nie miał zamiaru rozstrzygać za nich, czy hotel był dobrą inwestycją. Nie po to zgromadzono przy jednym stole specjalistów, aby ostatecznie musiał wykonywać ich pracę, a następnie jeszcze dziękować im za przedstawienie uwag. Julian mógł bronić potencjału nieruchomości, Beaumont określić granice finansowe, Ashcombe przygotować warunki prawne, a Strauss zidentyfikować ryzyka. Każdy miał własny zakres odpowiedzialności i każdy powinien wreszcie zacząć go realizować. Jeśli potrzebowali kolejnego spotkania, mogli je sobie zorganizować, ale nie zamierzał poświęcać następnej godziny na słuchanie tych samych zdań ułożonych w innej kolejności.
- Ktokolwiek zamierza dzisiaj podjąć jakąkolwiek decyzję, czy powinniśmy po prostu uznać, że hotel jest zbyt skomplikowanym zagadnieniem dla ludzi, którym płacę za rozwiązywanie skomplikowanych zagadnień?
Wrócił spojrzeniem do zgromadzonych, z wyrazem twarzy człowieka, który dawno stracił zainteresowanie przedstawieniem, lecz wciąż czekał na jego zakończenie. Nie było w tym nawet szczególnej irytacji, raczej rodzaj znużenia, które pojawiało się wówczas, gdy obserwował ludzi usiłujących nadać własnej bezczynności pozory intelektualnej rozwagi. Zaczynał mieć dość ludzi, którzy mylili zajmowanie miejsca przy stole z wykonywaniem pracy, dla której zostali przy nim posadzeni. Nie płacił im za to, by zapewniali go, że świat jest skomplikowany. Doskonale o tym wiedział. Płacił im za to, by potrafili poruszać się w tej komplikacji bez konieczności trzymania ich za rękę.
Przez chwilę pozwolił ciszy rozciągnąć się pomiędzy zgromadzonymi. Nie zamierzał jej ratować. Był ciekaw, czy ktokolwiek uzna ją za okazję do przedstawienia wreszcie konkretnego stanowiska, czy też wszyscy pozostaną przy swoich notatkach, wykresach i starannie wyćwiczonych minach ludzi, którzy nie zamierzali powiedzieć niczego, co mogłoby zostać później wykorzystane przeciwko nim. W końcu właśnie na tym polegała najwygodniejsza odmiana korporacyjnego tchórzostwa: nie należało się mylić, jeśli wcześniej nie wyraziło się żadnej opinii. Raphael nie miał jednak zamiaru utrzymywać tego rodzaju schronienia. Nie interesowało go, czy hotel zostanie kupiony, sprzedany, czy pozostawiony w spokoju. Interesowało go, kto potrafił uzasadnić własne stanowisko i kto miał dość odwagi, by postawić pod nim nazwisko.
- Whitmore — zostań - odezwał się nagle, pozostawiając spojrzenie wbite w nieistniejący punkt na rozległym przed nimi stole. - Reszta — wynoście się.
Nie podniósł głosu. Nie było takiej potrzeby. Polecenie nie wymagało podkreślenia ani dodatkowego uzasadnienia, a Valencourt nie należał do ludzi, którzy tłumaczyli swoje decyzje tylko dlatego, że inni mogli poczuć się nimi zaskoczeni. Przesunął palcami po krawędzi dokumentów, nie poświęcając im już uwagi. Oczekiwał, że pozostali zrozumieją różnicę pomiędzy zakończeniem spotkania a odrzuceniem ich kompetencji. A jeśli nie, nie zamierzał poświęcać kolejnych minut na wyjaśnianie czegoś tak prostego.
Dopiero wówczas skierował spojrzenie na siedzącą wciąż obok, nieruchomą Celeste. Jej obecność zauważał od początku, choć celowo nie dawał jej po sobie poznać, jak wiele uwagi poświęcał temu, że nie próbowała włączyć się w zbiorowe poruszenie. Nie zamierzał jednak prowadzić tej rozmowy przy świadkach. Whitmore był wystarczająco istotnym rozmówcą, by nie potrzebował dodatkowej publiczności, a Celeste — niezależnie od tego, co sądziła o jego decyzjach — nie musiała być obecna przy wszystkim, co zamierzał powiedzieć dyrektorowi.
- Poczekaj na mnie.
Zatrzymał na niej spojrzenie jeszcze przez krótką chwilę, po czym odchylił się na krześle. Nie dodał niczego więcej. Nie widział powodu, by ujawniać zamiary, zanim sam zdecyduje, w jakim kierunku poprowadzi rozmowę. Najpierw chciał usłyszeć Whitmore’a bez obecności ludzi, którzy mogli wpływać na jego odpowiedzi — albo przynajmniej dawać mu pretekst, by je odpowiednio ważyć. A potem zamierzał sprawdzić, czy za ostrożnością dyrektora kryła się rzeczywista kalkulacja, czy tylko kolejna, wyjątkowo kosztowna forma unikania odpowiedzialności.

Celeste Williams
dirty little diesel.
40 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
172 cm
udzialowczyni większościowa Northbridge Capital Partners
Awatar użytkownika
auctoritas non veritas facit legem.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

raphael valencourt


Ktokolwiek zamierza dzisiaj podjąć jakąkolwiek decyzję, czy powinniśmy po prostu uznać, że hotel jest zbyt skomplikowanym zagadnieniem dla ludzi, którym płacę za rozwiązywanie skomplikowanych zagadnień?
Słowa Raphaela wywołały na twarzy Celeste ledwie dostrzegalny cień rozbawienia. Zmrużyła oczy, pozwalając sobie na powolne, wymowne przesunięcie spojrzenia po twarzach osób zasiadających przy stole. Nie musiała już zabierać głosu. Jej wcześniejsze uwagi, a przede wszystkim wskazanie konkretnej skazy w systemie zarządzania aktywami, zdążyły zrobić swoje. Wystarczyło podważyć jeden z elementów starannie pielęgnowanej konstrukcji, by pozostali zaczęli nerwowo sprawdzać, czy przypadkiem nie zachwiała się również ta część, za którą sami odpowiadali. Dyskusja nabrała rumieńców, pojawiły się tłumaczenia, próby obrony i wzajemnego przerzucania odpowiedzialności. Najwyraźniej nikt nie przepadał za tym, kiedy ktoś zaglądał do nieswoich garnków, zwłaszcza jeśli przy okazji znajdował w nich coś, czego obecni woleliby nie zauważać.
Była tutaj zatrudniona w charakterze zewnętrznego konsultanta, co samo w sobie powinno stanowić wystarczająco jasną informację o jej roli. Doskonale jednak wiedziała, że do spotkania należało przygotować się nie tyle ze względu na samego Valencourta, ile na ludzi, z którymi przyszło jej zasiąść przy wspólnym stole. W końcu to oni mieli słuchać, kwestionować, bronić własnych stanowisk i, być może, poczuć się na tyle niekomfortowo, by wreszcie zacząć mówić o rzeczach, które dotąd z jakiegoś powodu pozostawały przemilczane.
Jej głos nie miał tutaj większego znaczenia. Jej opinia miała zrobić dokładnie to, po co ją zaproszono.
Włożyła chochlę chłodnego dystansu do garnka ludzkiej chciwości i powolnym ruchem wprawiła jego zawartość w ruch, przyglądając się temu, jak poszczególne składniki, dotąd wyraźnie od siebie oddzielone, zaczynają się ze sobą mieszać. Nikt nie przepadał za tym, gdy ktoś zaglądał do nieswoich garnków. Jeszcze mniej osób lubiło, kiedy wyciągano na światło dzienne sprawy, które dawno już znalazły sobie wygodne miejsce na dnie. Nieporządek, pytania, konieczność udzielania odpowiedzi. Wszystko to zakłócało starannie pielęgnowany spokój, a przecież najłatwiej było zarządzać czymś, o czym nikt nie chciał rozmawiać. Celeste nie miała jednak szczególnego sentymentu do cudzej wygody. Zwłaszcza gdy była ona opłacana z pieniędzy, które mogłyby zostać spożytkowane znacznie rozsądniej.
Była przygotowana. Zawsze była.
Doświadczenie zawodowe i lata obserwacji nauczyły ją, że na spotkania podobnego rodzaju nie przychodzi się z pustymi rękami. Liczby, wykresy, zestawienia i odpowiednio uporządkowane argumenty stanowiły broń znacznie skuteczniejszą niż najbardziej błyskotliwa riposta. Nawet jeśli tego rodzaju spotkania nierzadko przypominały teatr, w którym każdy z uczestników znał już swoją rolę, a zakończenie przedstawienia zostało ustalone na długo przed podniesieniem kurtyny. Nie dopuszczała do siebie myśli, że ktokolwiek mógłby ją zaskoczyć albo zagiąć. Siedziała więc spokojnie, uzbrojona w informacje, których pozostali najchętniej woleliby nie słuchać, i z ledwie dostrzegalnym uśmiechem zwracała uwagę na kolejne rażące błędy w zarządzaniu strukturą. Była w tym pewna naleciałość z dawnych czasów, kiedy sama spędzała noce nad dokumentami, przygotowując Mitchellowi ściągi, podpowiedzi i gotowe rozwiązania, które on później przedstawiał jako rezultat własnej błyskotliwości. Czasem wystarczyło jedno zdanie wyszeptane do ucha, żeby Howard mógł rozwinąć je w całą, niemal trubadurską opowieść, której bohaterem oczywiście pozostawał on sam.
Potrafił sprzedawać. Tego nie mogła mu odmówić.
Sama jednak od zawsze gardziła sztuczkami cyrkowymi. Może dlatego, że wiedziała, ile pracy wymagało przygotowanie czegoś, co później ktoś inny potrafił sprzedać jako własny talent.
Ostateczna decyzja należała zresztą do Raphaela, choć nawet co do tego Celeste miała pewne wątpliwości. Wciąż pamiętała słowa de Varenne'a i zadanie, które otrzymała, a które w istocie sprowadzało się do obserwowania młodego Valencourta. Nie była naiwna. Zbyt wiele razy widziała, jak pozornie samodzielne decyzje okazują się jedynie starannie przygotowanym ruchem na cudzej szachownicy. Na ile więc Raphael kierował się własnym przekonaniem, a na ile wpływem ludzi, od których wszyscy zasiadający przy tym stole pozostawali w jakiś sposób uzależnieni? Ile było w tym jego własnej woli, a ile oczekiwań, którym należało sprostać? Tego prawdopodobnie nigdy się nie dowie. Mogła co najwyżej obserwować i wyciągać wnioski, a w tej konkretnej dziedzinie cierpliwość była jedną z jej mocniejszych stron.
Dlatego pozwoliła sobie na wygodne oparcie pleców o fotel. Nie zamierzała już wtrącać się do każdego zdania. Przesuwała spojrzeniem po zgromadzonych, przyglądając się kolejnym próbom tłumaczenia, obrony własnych racji i argumentów, które z każdą chwilą zdawały się tracić na sile. Wystarczyło zresztą odrobinę podrażnić ludzkie ego, by przekonać się, jak niewiele potrzeba do wywołania całkiem pokaźnego zamieszania. Nie musiała nawet szczególnie się starać. Niektórzy z obecnych najwyraźniej sami przynosili ze sobą wystarczająco dużo materiału.
Jej spojrzenie skrzyżowało się na dłużej ze spojrzeniem kobiety, która już wcześniej pozwoliła sobie zakwestionować obecność Williams przy stole. Celeste nie odwróciła wzroku. Nie speszyła się, nie uśmiechnęła przepraszająco, nie wykonała nawet najmniejszego gestu, który mógłby zostać odczytany jako próba złagodzenia sytuacji. Po prostu patrzyła. Spokojnie, uporczywie, z niemym niewzruszeniem kogoś, kto nie widzi najmniejszego powodu, by tłumaczyć się z własnej obecności.
Nie chodziło nawet o miejsce, które zostało jej przydzielone. Nie musiała siedzieć obok Raphaela, nie musiała mieć go w zasięgu ręki ani zajmować eksponowanej pozycji przy stole. Mogła równie dobrze znaleźć się na jego szarym końcu, a i tak potrafiłaby zaznaczyć swoją obecność. Pewność własnego stanowiska nie zależała przecież od tego, po której stronie stołu się siedziało. Radykalność i nieustępliwość były cechami, które jedni wynosili z domu, inni nabywali z czasem, gdy życie dość skutecznie uczyło ich, że ustępowanie nie zawsze bywa oznaką dobrych manier. W przypadku Celeste należały do tej drugiej kategorii. A ponieważ nie miała szczególnie łatwego życia zawodowego, zdążyła wypracować je w sobie dość solidnie. Nabyta butność, upór i pewien rodzaj bezczelności były teraz niemal namacalne.
Whitmore – zostań. Reszta – wynoście się.
Słowa, które miały zwieńczyć oficjalną część spotkania i najwyraźniej rozpocząć prywatną audiencję, sprawiły, że Celeste nieznacznie zmrużyła oczy. Towarzystwo przy stole zaczęło powoli podnosić się z miejsc, odsuwając krzesła i zbierając dokumenty. Ona jednak zatrzymała uwagę na nazwisku, które zabrzmiało bardzo znajomo. W h i t m o r e . Zbieżność nazwisk czy kolejny niewielki element układanki, który należało wreszcie umieścić na właściwym miejscu?
Pozostała nieruchoma, dopóki nie usłyszała kolejnych słów.
Poczekaj na mnie.
Dopiero wtedy nieznacznie poruszyła głową w kierunku, z którego dobiegł głos. Nie obróciła się w pełni. Wystarczyło delikatne odwrócenie twarzy i spojrzenie rzucone ponad ramieniem, bardziej rejestrujące ruch sylwetki i odsuwane krzesło niż próbujące odczytać cokolwiek z jego twarzy. Wciąż siedziała swobodnie, z prawą ręką luźno ułożoną na blacie, jakby cała sytuacja nie wymagała od niej ani odrobiny pośpiechu. Skinęła jedynie głową, przyjmując polecenie z właściwą sobie oszczędnością gestów, po czym zaczęła wstawać.
Nie zrywała się z miejsca. Jej ruchy miały w sobie tę naturalną płynność, która sprawiała, że nawet najprostsze czynności wyglądały na dokładnie przemyślane, choć nie wymagały od niej większej uwagi. Najpierw odsunęła się od oparcia, następnie delikatnie przesunęła dłonią po blacie, pomagając sobie wstać. Ciężar ciała przeniosła płynnie na stopy, nie tracąc przy tym równowagi ani na moment.
Jasne włosy miała upięte w ciasny kok osadzony nisko przy karku. Fryzura odsłaniała linię szyi i kark, porządkując całość jej wizerunku i nadając mu niemal surowej elegancji. Ani jeden kosmyk nie wymykał się z misternie wygładzonego upięcia. Celeste poprawiła jedynie mankiet, a następnie sięgnęła po marynarkę, którą zarzuciła na przedramię. Dokumenty zebrała do lewej dłoni, aktówkę podniosła drugą, zanim jeszcze pozwoliła sobie na ostatnie, krótkie spojrzenie w stronę Whitmore'a.
Nie wierzyła w zbieżność nazwisk.
Kurwa, nie było najmniejszej szansy, żeby to był przypadek. Cyrus – nowy prawnik i de facto ten sam człowiek, który niespodziewanie pojawił się w jej posiadłości niedługo po niewielkim incydencie z Mitchellem Howardem – i mężczyzna pracujący dla Valencourtów nie mogli być po prostu kolejnymi obcymi sobie ludźmi o tym samym nazwisku. Zbyt wiele zbiegów okoliczności, zbyt wiele punktów, które zaczynały się ze sobą łączyć. Celeste nie miała jeszcze wystarczająco dużo informacji, by wysnuć ostateczny wniosek, ale nie zamierzała również udawać, że niczego nie dostrzega.
Uniosła nieznacznie brew. Być może ruch ten zwrócił uwagę mężczyzn, być może pozostał niezauważony. Nie powiedziała jednak ani słowa. Nie zamierzała dzielić się swoimi przypuszczeniami przy świadkach, zwłaszcza że jeszcze nie wiedziała, do jakich wniosków powinna je doprowadzić. Odwróciła się na pięcie, przyciskając dokumenty do piersi, a marynarka swobodnie spoczęła na zgiętym przedramieniu. Z aktówką w drugiej dłoni skierowała się ku wyjściu, nie oglądając się już za siebie.
Szła spokojnym, równym krokiem. Nie było w niej pośpiechu ani nerwowego rozglądania się, które mogłoby zdradzać, że cokolwiek wytrąciło ją z równowagi. Biodra poruszały się w naturalnym, ledwie zaznaczonym kołysaniu, a sukienka miękko podążała za ruchem ciała. Rozcięcie z tyłu odsłaniało na przemian fragment nóg, kiedy materiał rozchodził się przy kolejnych krokach, po czym znów opadał na swoje miejsce. Jej sylwetka pozostawała wyprostowana, ramiona rozluźnione, głowa uniesiona na tyle, by nie pozostawiać wątpliwości, że doskonale wie, dokąd zmierza. Nie musiała przyspieszać, by wyprzedzić pozostałych. Nie musiała również oglądać się, by sprawdzić, czy ktoś ją obserwuje.
– Przepraszam, ale pana Valencourta nie ma... – zaczęła sekretarka, najwyraźniej próbując zareagować, zanim Celeste zdążyła dotrzeć do drzwi gabinetu.
– Wiem o tym. Inaczej bym tu nie szła – odparła, nie zwalniając nawet kroku.
– Ale...
– Gdybym nie mogła wejść, wiedziałabyś o tym.
Rzuciła ostatnie słowa już przez ramię, po czym nacisnęła klamkę. Ciężkie drewniane drzwi ustąpiły z głuchym, przytłumionym dźwiękiem, odsłaniając wnętrze gabinetu. Celeste weszła do środka bez wahania, nie tracąc czasu na kolejne wymiany uprzejmości. Nie była osobą, która lubiła tracić czas na pozorne przeszkody, szczególnie gdy doskonale wiedziała, że istnieją one wyłącznie po to, by ktoś mógł poczuć, że wykonuje swoją pracę.
Gabinet Raphaela wyglądał dokładnie tak samo jak podczas ich ostatniej wizyty. Ciężka zieleń aksamitu spotykała się z ciemnym, masywnym drewnem mebli, tworząc wnętrze, które miało w sobie coś z elegancji dawnych rezydencji. Nie było tu miejsca na przypadkowe dodatki ani dekoracje wybierane wyłącznie po to, by zapełnić pustą przestrzeń. Każdy element wydawał się mieć swoje przeznaczenie, a nawet jeśli nie miał, to przynajmniej sprawiał takie wrażenie. Na środku pomieszczenia stał stół, ten sam, przy którym podczas poprzedniego spotkania prowadzili rozmowę. Na jego blacie znajdował się bogato zdobiony, choć pozbawiony najmniejszej oznaki tandety bukiet. Róże, eustomy i goździki zostały zestawione z ciemnymi liśćmi salalu w kompozycję, która sprawiała wrażenie swobodnej, niemal niedbałej, choć Celeste podejrzewała, że za jej asymetrią stała znacznie większa precyzja, niż można było przypuszczać na pierwszy rzut oka.
Podniosła wzrok ku ścianom i sufitowi. Freski pokrywały znaczną część powierzchni, nadając pomieszczeniu nieco teatralnego charakteru. Ich kompozycje przyciągały uwagę, ale nie przytłaczały. Przynajmniej nie od razu. Celeste pozwoliła sobie na chwilę spokojnego oglądu, przesuwając wzrokiem po malowanych postaciach, detalach i ornamentach.
Na końcu pomieszczenia wciąż znajdowało się ciężkie, bogato zdobione biurko. Celeste skierowała się w jego stronę, najpierw odkładając marynarkę na oparcie jednego z krzeseł przy stole. Materiał zsunął się z jej przedramienia z miękkim ruchem, a ona poprawiła go odruchowo, tak by nie dotykał podłogi. Aktówkę postawiła na blacie, dokumenty schowała do środka, po czym rozejrzała się jeszcze raz, tym razem znacznie uważniej.
Nie martwiło jej, że nie miała wglądu w decyzje Raphaela. Doskonale wiedziała, że nie o to chodziło de Varenne'owi. Nie musiała siedzieć w gabinecie młodego Valencourta, by usłyszeć o tym, co zostało w nim powiedziane. Takie informacje prędzej czy później docierały do właściwych uszu, a Celeste nie miała najmniejszych wątpliwości, że tym razem również tak będzie. Istniały przecież różne sposoby słuchania, a nie wszystkie wymagały obecności w pomieszczeniu.
Podeszła do biurka, przesuwając opuszkami palców po gładkim blacie. Robiła to bez pośpiechu, niemal odruchowo, jakby badała znajomą już powierzchnię. Obeszła mebel, zatrzymując się dopiero za nim. Jej spojrzenie padło na ciemną, skórzaną podkładkę z inicjałami R. V. Wypukłe litery odcinały się wyraźnie od gładkiej powierzchni, wykonane z tą samą starannością, którą można było odnaleźć w pozostałych elementach gabinetu. Celeste przesunęła po nich palcami, najpierw jednym, potem drugim, zatrzymując opuszek na chwilę przy jednej z liter.
Westchnęła cicho.
Być może to właśnie drobne, zupełnie nieistotne szczegóły miały w sobie największą moc przywoływania wspomnień. Wystarczył dotyk chłodnej skóry pod palcami, by na moment powróciło wspomnienie zupełnie innego dotyku. Teatralnej ciemności i obecności mężczyzny, która w tamtej chwili zdawała się znacznie bardziej wyrazista niż wszystko, co znajdowało się dookoła. Przez krótką chwilę pozwoliła sobie na tę myśl, nie próbując nawet od razu jej odsunąć. Nie miała przecież powodu, by udawać przed samą sobą, że tamten wieczór nie pozostawił po sobie niczego.
W końcu odsunęła krzesło i zajęła miejsce za biurkiem.
Fotel był równie masywny, co wygodny. Usiadła, pozwalając, by miękkie siedzisko przyjęło ciężar jej ciała. Następnie przesunęła się nieco głębiej, układając plecy wygodniej i odchylając fotel na tyle, by mógł lekko odchylić się do tyłu. Skrzyżowała nogi, poprawiając przy tym brzeg sukienki, który podsunął się nieznacznie na udzie.
Ponownie uniosła głowę, przyglądając się freskowi na suficie. Śledziła wzrokiem kolejne szczegóły malowidła, opierając łokieć o podłokietnik. Nie było w niej szczególnego zniecierpliwienia, przynajmniej nie takiego, które zamierzałaby komukolwiek pokazać. Czas dłużył się nieznacznie, ale Celeste potrafiła czekać. Co więcej, niekiedy czekanie bywało całkiem przyjemne, zwłaszcza gdy miała przed sobą perspektywę czegoś znacznie ciekawszego niż kolejna godzina spędzona na omawianiu cudzych błędów w arkuszach kalkulacyjnych.
Zaczynała jednak odczuwać głód.
I nie chodziło wyłącznie o ten najprostszy, fizyczny rodzaj potrzeby. Jej ciało miało własną pamięć i własne oczekiwania, których nie zamierzało podporządkowywać zawodowej rozwadze. Doskonale pamiętała przecież, co pozostało niedokończone. Nie musiała nawet specjalnie się nad tym zastanawiać, by poczuć, jak wspomnienie tamtej bliskości powraca z irytującą wyrazistością. Było w tym coś niemal rozczulającego, gdyby tylko Celeste należała do osób, które chętnie przyznawały się do podobnych słabości.
Nie należała.
Nie zamierzała też pozwolić, by głód podejmował za nią decyzje. Nie dlatego, że nie miała ochoty ulec. Przeciwnie, właśnie świadomość tego, jak łatwo mogłaby to zrobić, nakazywała jej zachować odrobinę rozsądku. Oddawanie się przyjemnościom miało swoje zalety, lecz robienie tego na każde skinienie własnych zachcianek niekoniecznie należało do najlepszych pomysłów. A Celeste, niezależnie od okoliczności, lubiła mieć poczucie, że to ona rozdaje karty.
Kiedy wreszcie usłyszała ruch przy drzwiach, nie poderwała się z miejsca. Nie poprawiała nerwowo sukienki, nie sięgała po marynarkę, nie próbowała też przywołać na twarz bardziej oficjalnego wyrazu. Zamiast tego leniwie przeniosła spojrzenie w stronę wchodzącego mężczyzny, pozostając wygodnie rozparta w jego fotelu.
Na jej ustach pojawił się niewielki, zaczepny uśmiech.
– Liczę, że opłaci mi się czekanie.
Dopiero teraz pozwoliła sobie na przeciągnięcie. Powoli, z rozmysłem, niemal ostentacyjnie. Najpierw uniosła ramiona, wyciągając je ponad głowę, by następnie oprzeć nadgarstki o górną krawędź oparcia. Materiał sukienki napiął się nieznacznie na jej talii, a drobne marszczenia jeszcze wyraźniej zaznaczyły linię sylwetki. Palce jednej dłoni przesunęły się po odkrytym ramieniu, niespiesznie podążając ku górze. Cały gest miał w sobie coś z kociego przeciągania się po długiej drzemce. Swobodę kogoś, kto nie zamierza przepraszać za zajmowanie przestrzeni, i bezczelność kogoś, kto doskonale wie, że jest obserwowany.
Nie wyglądała przy tym na szczególnie przejętą faktem, że siedzi za jego biurkiem. Wręcz przeciwnie. Wygodnie rozparta na fotelu, z nogą założoną na nogę i ramionami uniesionymi ponad głowę, sprawiała wrażenie zupełnie zadomowionej. W spojrzeniu miała jednak coś znacznie mniej niewinnego niż swobodna poza. Błysk, który Raphael zdołał dostrzec już wcześniej.
31 y/o
NARRATORSKI PIESEK
178 cm
dyrektor wykonawczy valencourt investment group
Awatar użytkownika
since love and fear can hardly exist together, if we must choose between them, it is far safer to be feared than loved
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki-
typ narracji3rd
czas narracjipast
postać
autor

dwadzieścia minut później
Ciepło kurtki zaczęło mu przeszkadzać dopiero wtedy, gdy fizjologia przebiła się przez narkotyczny chłód, którym od pewnego czasu osłaniał się przed światem. Materiał przylegał do karku, zatrzymywał ciepło przy skórze i drażnił go w sposób nieproporcjonalny do rzeczywistej niedogodności, dlatego jeszcze zanim opuścił salę spotkań, zrzucił wierzchnie odzienie na oparcie jednego z krzeseł, pozostawiając komuś innemu troskę o jego późniejszy los. Nie obejrzał się nawet, by sprawdzić, czy któryś z pracowników zrozumiał niewypowiedziane polecenie. Wysoka, smukła sylwetka podążyła przez Osgoode Hall, a jego kroki odbijały się od kamiennej posadzki z jednostajnością, która w innych okolicznościach mogłaby świadczyć o spokoju. Tego jednak nie należało z nią mylić. Skrzydło Valencourt Investment Group opustoszało wraz z trudnościami z dostawą prądu, choć nigdy nie należało do przesadnie licznych. Prywatność elitarnego budynku była jednym z jego najważniejszych atutów; dostęp pozostawał ograniczony, a przypadkowi goście stanowili raczej incydent niż regułę. Czasami ochrona musiała radzić sobie z zagubionymi studentami, którzy, zwabieni architekturą albo własną ciekawością, zapuszczali się w przestrzenie nieprzeznaczone dla ich oczu. Raphael znajdował w tym pewną przewrotną rozrywkę. Obserwowanie ich zaskoczonych twarzy, nagłego rozpoznania nazwiska, które być może wcześniej słyszeli w rozmowach rodziców, oraz spojrzeń, które zatrzymywały się na nim odrobinę zbyt długo, przypominało mu, jak łatwo można pomylić bliskość władzy z prawem do niej. Studentki szczególnie często obdarzały go tym rodzajem ciekawości, który uważały za dyskretny, choć w rzeczywistości nie potrafiły ukryć go nawet przez kilka sekund. Ciekawość zawsze była pierwszym stopniem do piekła, a uczelnia prawnicza miała jej pod dostatkiem. Nic więc dziwnego, że postanowiono osadzić tam siedzibę grupy. Przekornie kuriozalnie. Przekornie diabelsko.
Tym razem nie sycił się jednak przesuwaniem spojrzeniem po bogatych krużgankach ani przypadkowymi twarzami, które mogłyby odwrócić jego uwagę. Nie zwrócił szczególnej uwagi na kobietę siedzącą przy wejściu do gabinetu, choć dostrzegł jej obecność kątem oka, ani na spojrzenie, które podążyło za nim, gdy mijał próg. Myśli miał zajęte czymś znacznie mniej przyjemnym niż kolejna korporacyjna przepychanka. Francja. Domaine Saint-Vincent. Castor. Imię dziadka osiadało w jego świadomości z ciężarem, którego nie potrafił zrzucić równie łatwo jak kurtki. Nadchodzący lot nie był zwyczajną podróżą, a spotkanie rodzinne nie należało do tych, na które przyjeżdżało się z uprzejmym uśmiechem i gotowością do wysłuchania kilku nudnych przemówień. Castor nie wzywał ludzi bez powodu. Tym bardziej nie wzywał własnego wnuka, jeśli nie zamierzał czegoś od niego uzyskać, sprawdzić albo mu przypomnieć. Raphael znał tę różnicę. Wiedział również, że ostrożność nie była w tym przypadku oznaką słabości, lecz warunkiem koniecznym, by nie wejść w cudzą grę zbyt głęboko, zanim pozna się jej zasady.
Po zamknięciu drzwi gabinetu skierował się prosto ku kredensowi. Nie musiał sprawdzać, czy butelka wciąż stała na swoim miejscu. Znał układ własnego gabinetu równie dobrze jak rozkład pomieszczeń w domu, w którym spędził wystarczająco dużo czasu, by nauczyć się, gdzie znajdują się rzeczy potrzebne, a gdzie te, których lepiej nie dotykać. Wyciągnął bourbon i nalał go do kryształowej szklanki. Bursztynowy płyn osiadł na dnie, odbijając światło wąskim, złotym pasmem. Przez chwilę obserwował jego powierzchnię, jakby mógł znaleźć w niej odpowiedź na pytanie, którego jeszcze nie sformułował.
Liczę, że opłaci mi się czekanie.
Głos za jego plecami rozpuścił ciszę. Raphael nie zareagował. Nie drgnął nawet, choć rozpoznał go natychmiast; nie potrzebował odwracać głowy, by wiedzieć, kto postanowił urządzić sobie wygodną poczekalnię w jego gabinecie. Właściwie spodziewał się tego. Celeste miała wystarczająco dużo rozsądku, by nie wychodzić, zanim nie dowie się, dlaczego została zatrzymana, i wystarczająco dużo bezczelności, by przypomnieć mu, że jej czas również miał swoją cenę. Była to kombinacja, którą zwykle uważał za interesującą. Zwykle. Dzisiaj jednak jego cierpliwość została już wcześniej wystawiona na próbę.
- Znudziłaś się? - spytał, nie patrząc w jej stronę. Zamiast tego uniósł szklankę i upił łyk alkoholu, a właściwie wlał sobie do gardła większą część zawartości, niż wymagałaby tego degustacja. Zapach damskich perfum wciąż unosił się w powietrzu, wzmacniając zmysłowe doznania już i tak pobudzone poprzez opioid.
Valencourt przymknął oczy. Męska dłoń przesunęła się po karku, zatrzymując na zesztywniałych mięśniach. Nieprzyjemne napięcie nie miało wiele wspólnego z zakończonym spotkaniem, choć z pewnością nie poprawiło mu nastroju. Było raczej przypomnieniem, że za kilka godzin miał znaleźć się w samolocie lecącym do Francji, a później miał stanąć przed człowiekiem, który przez całe życie potrafił sprawić, by nawet milczenie wydawało się formą podporządkowania. Castor nie musiał podnosić głosu. Nie musiał grozić. Wystarczało, że patrzył, a człowiek zaczynał zastanawiać się, które z własnych myśli powinien zachować dla siebie. Raphael nie zamierzał jednak pozwalać, by wspomnienie dziadka dyktowało mu zachowanie w obecności Celeste. Nie zamierzał również przyznawać, że napięcie w karku miało jakikolwiek związek z czymś więcej niż zwykłym zmęczeniem.
Odetchnął głęboko, nalał sobie kolejnej porcji i dopiero wtedy odwrócił się w kierunku biurka.
Celeste Williams siedziała w jego fotelu. Nie czekała tak po prostu. Rozpostarła się w nim z taką swobodą, jakby mebel został zakupiony z myślą o niej, jakby gabinet należał do przestrzeni, którą mogła zajmować bez pytania, a on był jedynie spóźnionym gościem. Jedna z jej nóg układała się niedbale, druga pozostawała wysunięta nieco dalej, a cała sylwetka zdradzała brak pośpiechu, którego Raphael nie potrafił uznać za przypadkowy. Nie była to nieśmiałość osoby zaproszonej do prywatnego pomieszczenia. Nie była to również ostentacyjna demonstracja uległości. Przeciwnie: miała w sobie coś z kobiety, która doskonale wiedziała, że była obserwowana, i nie widziała powodu, by ułatwiać obserwatorowi zadanie. Jej obecność przypomniała mu, że to Castor skierował ją w jego stronę. Że to dziadek chciał, by znalazła swoje miejsce obok niego, i że za tą pozornie niewinną decyzją kryło się znacznie więcej, niż ktokolwiek zamierzał mu powiedzieć. Celeste była figurą, podobnie jak wszyscy inni. Jedyna różnica polegała na tym, że jej towarzystwo nie było nudne.
A to, jak musiał przyznać, czyniło ją niebezpieczną. I cholernie magnetyzującą. Nie dlatego, że ufał jej bardziej niż pozostałym. Wszak nie ufał jej wcale. Zbyt dobrze znał mechanizm, w którym cudza atrakcyjność stawała się wygodnym substytutem wiarygodności, a przyjemność przebywania w czyimś towarzystwie usypiała czujność skuteczniej niż jakakolwiek obietnica. Celeste nie musiała być jego przyjaciółką, kochanką ani sojuszniczką, by wywierać wpływ na przebieg rozmowy. Wystarczyło, że potrafiła sprawić, iż człowiek zaczynał odpowiadać jej, zamiast zastanawiać się, dlaczego w ogóle zadała pytanie. Raphael wiedział, jak łatwo można było wpaść w tę pułapkę. Wiedział również, że sam nie miał zamiaru udawać, iż pozostawał na nią całkowicie odporny. Nie kiedy chciał naginać zasady gry.
I co musiał przyznać, w jego rozdrażnionym humorze, było zabawne — posłuchała. Czekała. Na niego. Nie wyszła, nie posłała mu przez sekretariat wiadomości, nie zażądała wyjaśnień. Zajęła jego fotel, jakby cierpliwość była jej własnym rodzajem przewagi, a teraz patrzyła na niego z miejsca, które powinno należeć do gospodarza. Sama ta myśl wywołała na jego ustach niewielki uśmiech. Nie był to jednak uśmiech człowieka rozbawionego jej posłuszeństwem. Bardziej przypominał reakcję kogoś, kto właśnie dostrzegł, że przeciwnik wykonał ruch, którego można było się spodziewać, lecz który mimo wszystko zasługiwał na odnotowanie.
- Twierdzisz, że nie postarałem się już wystarczająco?
Słowa przecięły powietrze między nimi, zaznaczając powrót ich typowej, boleśnie świadomej rozgrywki. Napięcie czaiło się w każdym kąciku ust, w każdym kawałku odsłoniętej skóry, w każdym dźwięku, który niepotrzebnie przedłużał ciszę. Ona — rozpostarta, wyciągnięta niczym kotka na jego własnym fotelu, za jego własnym biurkiem. On — oparty o kredens po przeciwnej stronie pomieszczenia, ze szklanką alkoholu w dłoni. Dzieliła ich odległość kilku kroków, ale Raphael miał wrażenie, że oboje traktowali ją jak przestrzeń, której żadne z nich nie zamierzało oddać bez walki. Nie spieszył się z jej skróceniem. Nie zamierzał też siadać naprzeciwko, jakby uczestniczył w zwyczajnej rozmowie służbowej. Zamiast tego wrócił wspomnieniami do ich ostatniego spotkania. Przypomniał sobie nie tyle jego przebieg, ile sposób, w jaki Williams potrafiła przechodzić od prowokacji do pozornego spokoju, nie tracąc przy tym niczego ze swojej pewności. W teatrze jej ciało odpowiadało na jego bliskość, ale nawet tam nie sprawiała wrażenia kobiety, która oddawała mu całą kontrolę. Była w tym różnica, której nie zamierzał ignorować. Przyjemność nie oznaczała poddaństwa, a bliskość nie stanowiła dowodu lojalności. Nie miał zamiaru popełniać błędu polegającego na przypisywaniu jej intencji, których nie wyraziła. Zresztą nie potrzebował, by była mu posłuszna. Posłuszeństwo było łatwe do kupienia, a jeszcze łatwiejsze do wyegzekwowania. Znacznie ciekawsze okazywało się sprawdzenie, co człowiek robił, kiedy miał możliwość odmowy.
A ona... Ona pobudzała wyobraźnię.

Celeste Williams
dirty little diesel.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Law Society of Ontario”