Parsknął, słysząc że typek przybłąkał się do niej na parkiecie.
— Najwidoczniej znajdujesz same zabłąkane kundle — rzucił uszczypliwie, komentując jej chęć
poznawania nowych znajomości w Toronto. W miejscach jak to, duża ilość facetów chodziła za ładnymi dziewczynami z wywieszonymi jęzorami, niczym zabłąkane, zgłodniałe kundle za parówką. Całe szczęście, że on sam zabłąkanym kundlem nie był, skoro to ona lgnęła do niego, tak? Zadzwoniła, prosząc o ratunek. Może fakt, że podczas tego wieczora spotkali się dopiero teraz, mogła odbierać jako jego próbę zgrywania niedostępnego? To by mu pasowało, łatwiej byłoby mu wejść w rolę, którą przybrał, decydując się kłamać i udawać, że nie była w jego typie. I dobrze, że był odwrócony do niej tyłem, bo jej chwalipięctwo, choć nieprawdziwe, nieco połechtało mu ego. Cóż, chyba nie było tak źle, skoro nie wstydziła się przedstawiać go jako swojego chłopaka.
Otaksował ją uważnie, kiedy zwróciła się w jego kierunku pełnym imieniem.
— Jak zbity szczeniak? Skąd ci się to wzięło? — zapytał, spoglądając na nią niezrozumiałym spojrzeniem.
— Bardzo się cieszę, że zadzwoniłaś. Który facet nie lubi pobawić się w rycerza? — parsknął, kręcąc głową. Nico był zdecydowanie bardziej trzeźwy niż ona i nieco bawiło go, że ich pierwsze spotkanie wyglądało właśnie w ten sposób. Choć gdyby miał się zastanowić, to nigdy nie wyobrażał sobie tej chwili w szczególny sposób. Odległość między nimi zdawała się być niewyobrażalna. Kiedyś rozmawiali o tym, że jedno mogłoby przyjechać do drugiego, a jednak wydawało się to abstrakcyjne; znajomość przez internet oraz fakt, że przez tak długi czas nie wiedzieli, jak wyglądają. Mieli swoje wyobrażenia, które potwierdziły się albo roztrzaskały w drobny mak kilka dni temu, kiedy pierwszy raz wysłali sobie zdjęcia.
Dał się pociągnąć do baru, opierając się o niego łokciem i uważnie przyglądał się dziewczynie. Nie opierał się żadnym jej ruchom — ani gdy wzięła jego rękę, ani gdy nasypała na jego dłoń sól. Nie spuszczał z niej wzroku, kiedy przejechała językiem po jego skórze, zlizując przyprawę i zaraz popijając to tequilą, z piśnięciem i uroczą reakcją na mocny alkohol… znaczy co. Cholera jasna, jej ślina praktycznie że wyżerała mu skórę, kiedy myśli zbaczały na złe tory, a jedyne co mu pozostało to udawać, że wcale nie wywarła na nim wrażenia. Że wcale nie poczuł się, jakby właśnie grała na jego nosie, bo przecież po co miałaby to robić? Nie podobał jej się i był za młody. Był dla niej
jak brat, a braci nie traktuje się w ten sposób. Po prostu uczyła go… swojej kultury. Sprawiając, że przez chwilę ich usta dzieliła mizerna limonka, którą równie dobrze mógłby nagle wypluć i posmakować tequili na żywca, prosto z jej ust, poddając się naprawdę impulsywnej myśli, która w tym momencie rozdzierała jego głowę.
Ale powstrzymał się. Wygrał tę walkę.
— Pasjonują mnie obce kultury — zaśmiał się, przechylając lekko głowę.
— Wszystkich rąk tak chętnie użyczasz do soli? — zagadnął wybitnie ciekawy w tym temacie i oczywiście że żaden płomyczek zazdrości ani trochę się w nim nie tlił. Wcale!
— Ale cóż, kultura to kultura, tak? — wziął jej dłoń, z uwagą kopiując jej wcześniejsze czyny i posypując na wierzch nieco soli, zlizał ją, bez skrupułów patrząc jej w oczy i zaraz popił alkoholem, czując wyrazisty, pieczący smak tequili w gardle. I już sam wcisnął sobie limonkę do ust, obserwując jak dwóch kumpli zbliża się w ich kierunku. Wywrócił oczami na obydwa komentarze i wrzucił wyciśniętą limonkę do kieliszka po shocie.
— Nico tak powiedział? — usłyszał parsknięcie po swojej prawej, nim zdążył cokolwiek odpowiedzieć, a dokładniej przytaknąć na jej słowa. Uniósł spojrzenie ku sufitu, dostrzegając potencjalne zagrożenie w towarzystwie jego przyjaciół.
— Tak powiedział, bo nie jest — odpowiedział, wtrącając się w tę bezsensowną dyskusję i odwracając się nieco bardziej w kierunku kumpla, aby posłać mu piorunujące spojrzenie.
— Jeszcze jakieś pytania? Możecie zająć się tymi laskami w stroju żaby i konewki — powiedział coś totalnie absurdalnego, osiągając swój cel, czyli obydwaj debile spojrzeli we wskazanym kierunku, a on miał zamiar się stąd ewakuować. Znał Florę na tyle, że może nie być chętna odejść od jego kumpli, aby czerpać z okazji i dowiedzieć się od nich czegoś, z czego mogłaby z niego drwić do końca życia. Dlatego oszczędzając sobie jakichkolwiek dyskusji, chwycił dziewczynę w talii, unosząc nad ziemią i przemieszczając się z nią w kierunku drugiego końca baru, nieco ukrywając się w tłumie, żeby debile ich nie dostrzegli. Miał nadzieję, że Floria albo nie zwróciła uwagi na bzdury, które wygadywał, albo po prostu o nich… zapomni. Pytanie, na ile była pijana.
— Przed wszystkimi trzeba uciekać — westchnął cierpiętniczo.
— Przyszłaś tu z kimś? — zapytał, bo w zasadzie nie wiedział; czy to kolejna randka od randomowego chłopaka na ulicy, czy może poznała kogoś przez ten czas.
— Wiesz, że musisz odkupić swoje winy? Przez miesiąc ukrywałaś, że jesteś w Toronto — przypomniał jej uprzejmie, unosząc lekko brew.
— Nie wiem, czego powinienem zażądać, ale załóżmy, że zdaje się na twoją kreatywność — parsknął, choć nie wiedział, czy powinien tak ochoczo oczekiwać jej kolejnych szalonych pomysłów. Może dlatego, że sam z przyjemnością w nie wchodził?
— Jeśli nie czeka na ciebie żaden inny kundel, to chodź zatańczyć z kowbojem. Podobno odmówienie mi przynosi pecha — zaśmiał się, wyciągając obronną kartę; choć czy w zasadzie brał pod uwagę jej odmowę? Bo czemu miałaby odmówić tańca
ze swoim przyjacielem?
dance with a cowboy