39 y/o
For good luck!
165 cm
kierowniczka ds. zgodności Canadian Imperial Bank of Commerce
Awatar użytkownika
Well, my eyes are wandering, can we just eat the news?
And dance around the room in our scattered point of views
Take my hand and breathe, yeah, just count to three
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osb.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

-To bardzo trafne. – Uśmiechnęła się jakby z pewną wagą zrozumienia na porównanie do sportów ekstremalnych. Kiedy nie zostawało się długo w relacjach to i często musiało się wybierać na randki, nie biorąc pod uwagę nawet faktu, że nie każda randka była warta kolejnych spotkań. Wyobrażała sobie, że jej przyjaciółka miała już takich kilka za sobą. No nowo zadawanie tych samych pytań, znowu odpowiadanie na te same pytania, na które może i na pierwszym miejscu nie miało się ochoty. Lynn była jednak otwarta w tym co jej pasowało i co też nie, nie borykała się z wątpliwościami czy była wystarczająco miła, czy taktowna. Pogodziła się z tym, że nie wszyscy będą ją lubić i nie wszyscy muszą ją lubić.
Mimochodem, podążając za uwagą Rowerzystki jej wzrok również spoczął na skrzypku. Kiedy była jeszcze dzieckiem skrzypce były jednym z instrumentów, który mogła wybrać do nauki. Były takie niepozorne, ale jednocześnie wcale nie łatwe do okiełzania, fortepian jednak był dla niej bardziej przystępny i coś w jego prezentacji i tym jak idealnie wpasowywał się do czytanych przez nią opowieści ją przyciągnęło.
Uniosła lekko brew przenosząc swoje spojrzenie na kobietę. Nie zarejestrowała, aby ta była jej coś winna, bo naprawdę niczego w zamian nie oczekiwała. Przygadanie Borze było nagrodą samą w sobie, a to, że przyszło jej poznać tak przyjemne towarzystwo było wisienką na torcie. Choć nie było to do niczego obligacją, to naprawdę nie chciała wcale kończyć tego ich nadrabiania.
Etna miała rozbrajająco piękny i zaraźliwy uśmiech, nic więc dziwnego, że Lynn uśmiechnęła się w odpowiedzi i skinęła do niej głową. -Rzeczywiście powinnam. – Potwierdziła niby to poważniej, unosząc podbródek. -Teraz nawet nie będę musiała udawać, jeśli przyjdzie potrzeba na kolejny ratunek. Nikt nie podważy naszej historii jak jeszcze wplotę tam twoje imię. – Nic nie dodawało autentyczności jak wymiana imion, która była trudna do podrobienia.
Lynn uchyliła usta, żeby jeszcze coś powiedzieć, ale wtedy w parku rozbrzmiały pierwsze nuty wygrane na skrzypcach. Smyczek w dłoni muzyka poruszał się szybko, ale jakże płynnie do melodii Candlelight Jacka Savoretti. Utwór nie był Lynn znajomy, ale niemniej kompletnie ją oczarował, z każdym kolejnym taktem coraz bardziej pochłaniając jej uwagę, jakby świat dookoła nieco się rozmywał.

Etna Ripley
34 y/o
For good luck!
155 cm
Ripley's Aquarium of Canada teutolog
Awatar użytkownika
Remind me that the most fertile lands were built by the fires of volcanoes.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiwe didn't start the fire
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Pierwsze takty wypełniły przestrzeń między alejkami, a Etna, która jeszcze przed chwilą miała na końcu języka jakąś uwagę o wiarygodności ich naprędce wymyślonej znajomości, ostatecznie z niej zrezygnowała. Nie była szczególną entuzjastką ulicznego grania, a skrzypce rzadko trafiały na listę rzeczy, przy których zatrzymywała się na dłużej. Mimo to melodia miała w sobie coś, co na moment powstrzymało ją przed szukaniem kolejnego tematu do rozmowy. Może chodziło o płynność smyczka, może o samą prostotę sytuacji. Młody muzyk grał, przechodnie mijali go w swoim tempie, a popołudnie toczyło się dalej, nie oczekując od nikogo żadnych deklaracji.
Etna pozwoliła sobie zostać w tej chwili odrobinę dłużej.
Nieudana randka nie zniknęła magicznie z pamięci, ale przestała zajmować tyle miejsca. Jeszcze niedawno miała wrażenie, że musi nieustannie pilnować własnych reakcji, dobierać odpowiednie słowa i odpierać cudze próby przekonania jej do czegoś, na co nie miała ochoty. Teraz nie musiała robić niczego. Nie podejmowała decyzji, nie analizowała ryzyka, nie szukała racjonalnego wyjaśnienia dla zachowania Bory. Po prostu stała w parku i słuchała muzyki, która nie musiała jej szczególnie zachwycać, żeby okazać się przyjemna.
Może właśnie tego potrzebowała bardziej, niż chciała przed sobą przyznać? Nie kolejnej próby naprawienia sobie humoru ani pocieszających zapewnień, że jeszcze spotka kogoś odpowiedniego. Wystarczyło coś niewielkiego, niespodziewanie dobrego, co nie wymagało od niej żadnego wysiłku. Przypadkowa znajomość, kilka celnych uwag i melodia, która pozwalała przez chwilę nie myśleć o tym, jak właściwie powinno wyglądać jej życie.
Zastanowiła się. Zerknęła ukradkiem w stronę towarzyszki. Kobieta wydawała się równie pochłonięta muzyką, co zresztą nie uszło uwadze Etny. Na jej ustach pojawił się pobłażliwy uśmiech. Cała ta sytuacja była dość osobliwa: jeszcze niedawno obie odgrywały przed Borą wieloletnią przyjaźń, a teraz stały obok siebie jak dwie osoby, które umówiły się na wspólny spacer. Różnica polegała na tym, że wcale się na niego nie umawiały. W dodatku wciąż pozostawała jedna drobna kwestia.
Etna pochyliła się nieco w stronę nieznajomej, starając się nie zagłuszyć muzyki. Głos miała cichy, niemal konspiracyjny:
— Jasne, zachowaj dla siebie swoje sekrety. — Odsunęła się na tyle, by móc spojrzeć jej w twarz i posłała spojrzenie z odrobiną wyzwania. Skoro tamta tak sprawnie wymyśliła im wspólną przeszłość, chyba nie powinna mieć nic przeciwko temu, żeby Etna spróbowała odgadnąć choć jeden szczegół z jej teraźniejszości. — Chyba że naprawdę trafiłam z „Jessie”.
Imię wypowiedziała z udawaną pewnością, jakby nie było w nim ani odrobiny przypadku. Dopiero potem pozwoliła sobie na szerszy uśmiech, zdradzający, że nie przywiązuje do własnego strzału szczególnej wagi. Mogła się mylić. Właściwie prawdopodobieństwo pomyłki było całkiem spore.
Zazwyczaj nie podejmowała podobnych prób. Ostrożność podpowiadała jej, by nie zakładać zbyt wiele o ludziach, których dopiero poznała, i nie traktować chwilowej sympatii jak zaproszenia do poufałości. Z nieznajomą było jednak inaczej, choć Etna nie umiałaby jeszcze powiedzieć dlaczego. Może dlatego, że ich spotkanie miało w sobie coś jednorazowego. Nie łączyła ich żadna wspólna sprawa, żadna obietnica kolejnego spotkania ani konieczność utrzymywania znajomości. Mogły się rozejść za kilka minut i nigdy więcej na siebie nie trafić.
Ta myśl, zamiast ją powstrzymać, przyniosła jej zaskakującą swobodę.
Nie musiała martwić się o to, jakie wrażenie zrobi. Nie musiała też zabezpieczać się przed ewentualnym rozczarowaniem, bo nie zdążyła jeszcze niczego od tej znajomości oczekiwać. Mogła pozwolić sobie na odrobinę bezczelności, na żart, który w innych okolicznościach zatrzymałaby dla siebie, i na tę niewinną próbę wytrącenia rozmówczyni z równowagi.
Etna ponownie zwróciła twarz w stronę skrzypka, wciąż z uśmiechem błąkającym się na ustach. Smyczek sunął po strunach, melodia rozwijała się swobodnie, a ona po raz pierwszy tego dnia nie miała ochoty niczego przyspieszać. Nawet odpowiedź Jessie mogła chwilę poczekać.

Lynn Bennett
Mt. Judas
meta, resentyment, wysoki mak, zabójcy pasyjki (nawet bardziej od grafomanii — przecinki ci jeszcze wybaczę)
39 y/o
For good luck!
165 cm
kierowniczka ds. zgodności Canadian Imperial Bank of Commerce
Awatar użytkownika
Well, my eyes are wandering, can we just eat the news?
And dance around the room in our scattered point of views
Take my hand and breathe, yeah, just count to three
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osb.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Skupiona na dźwięku skrzypiec i wkradających się do jej wnętrza uczyć przygrywanych nieznajomą melodią w pierwszej chwili nie zrozumiała jakie też ukrywała przed Etną sekrety. Wzrokiem powędrowała za kobietą i jej zmieniającym się wyrazem twarzy, za jej testującym spojrzeniem, tą pewnością, gdy wymieniała jej nowe imię, a później uśmiech miękko pozostający na jej twarzy. Przelotna chwila, którą mimowolnie przedłużały miała w sobie kojący brak pośpiechu. Bennett nie miała miejsc w których musiała się znaleźć, spraw do załatwienia. Mogła po prostu tu być i słychać brzmienia skrzypiec w tym publicznym-prywatnym koncercie.
Tym razem to ona pochyliła się konspiracyjnie do towarzyszki. -Czy to było nawiązanie do Władcy Pierścieni? – Spytała z cisnącym się na usta uśmiechem. Nie często zdarzało jej się słyszeć cytatów z klasyków kina, więc to był wyjątkowy moment, który przyprawił jej więcej radości niż oczekiwała.
-Hm... – Mruknęła cicho też starając się nie zagłuszać muzyki. -Rzeczywiście zawsze znajdzie się ktoś spoglądający z utęsknieniem za moją dziewczyną. - Przyznała, wplatając swoje własne nawiązanie do klasyki power popu, z którym od razu skojarzyło jej się imię nadane jej przez Rowerzystkę. -Możesz mówić mi Jessie, ale tak w ogóle nazywam się Lynn. – W końcu tajemnicza postać, która odgrywała rolę starej przyjaciółki stanęła przed mgiełką tajemniczości. To właśnie miała przyznać, nim rozproszył ją utwór Savorettiego, miała sama zaproponować swoje imię.
Sięgnęła do swojej torebki po omacku dłonią wyszukując specyficznego kształtu. Wyciągnęła portfel o rozmiarach kopertówki z selekcją kart i gotówki i chwyciła z niego banknot z pierwszym ministrem Kanady. Pozwoliła aby kilku przechodniów przecięło jej ścieżkę nim zbliżyła się do skrzypka i odłożyła do futerału pieniądze. Mężczyzna pochylił się nieznacznie w podziękowaniu nie przerywając gry, a nawet bezbłędnie kontynuując, kiedy Lynn była już w drodze powrotnej do Etny.
-To zabawne, że kiedyś nauka instrumentu była ważna jeśli chciało się czymś zająć gości, żeby się dobrze bawili. – Powiedziała nadal jeszcze spoglądając na muzyka, w końcu jednak wracając do Rowerzystki. -Jak nikt nie mógł zagrać, to trzeba było siedzieć w ciszy. – Wzruszyła ramiona na ten prosty fakt życia bez talentów, czy środków do zatrudnienia kogoś innego do gry. -Zapewne niezręcznej. – Dodała po krótkim namyśle. One tym nie musiały się martwić, skoro nie były sobie zobligowane, nie musiały się wstydzić nietrafnego komentarza. Mogły po prostu pójść w swoje strony. -Grasz na czymś? – Zagadnęła ciekawsko.

Etna Ripley
34 y/o
For good luck!
155 cm
Ripley's Aquarium of Canada teutolog
Awatar użytkownika
Remind me that the most fertile lands were built by the fires of volcanoes.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiwe didn't start the fire
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Pytanie Lynn spotkało się z milczeniem, które mogło uchodzić za próbę utrzymania resztek tajemniczości, gdyby nie fakt, że uwaga Etny zdążyła już odpłynąć z powrotem ku skrzypkowi. Nie była szczególnie uzdolniona muzycznie. Właściwie trudno było wskazać instrument, z którym nie zdążyłaby się pokłócić podczas pierwszych kilku lekcji. Fortepian wymagał koordynacji, której najwyraźniej nie posiadała, skrzypce cierpliwości, a gitara pozostawiała po sobie przede wszystkim obolałe opuszki palców. Nie miała też w sobie wystarczająco dużo samozaparcia, by traktować kolejne niepowodzenia jako zachętę do dalszych prób.
Zamiast udzielać Lynn odpowiedzi, pozwoliła, by muzyka wypełniła przerwę między nimi. Stała z rękami schowanymi w kieszeniach kurtki, nieco bokiem do skrzypka, obserwując ruch jego smyczka i przechodniów, którzy na moment zwalniali kroku. Niektórzy przystawali, inni tylko odwracali głowy, jakby melodia była czymś, co można zabrać ze sobą na dalszą drogę. Etna nie znała się na tyle, by ocenić technikę muzyka, ale potrafiła rozpoznać, kiedy ktoś wkładał w swoją pracę coś więcej niż wyuczoną poprawność. Wystarczało jej to.
Kiedy utwór dobiegł końca, wyjęła dłonie z kieszeni i dołączyła do oklasków. Rękawiczki rowerowe stłumiły dźwięk jej braw, nadając im głuchy, trochę zabawny pogłos. Nie przejęła się tym. Klasnęła jeszcze kilka razy, zanim opuściła ręce i odwróciła się w stronę Lynn, z cieniem rozbawienia na twarzy.
— Nigdy nie miałam talentu do muzyki — wyjaśniła w końcu. — Próbowałam, ale chyba nie było mi pisane, żeby kogokolwiek zachwycać dźwiękami wydobywanymi z instrumentu. — Przesunęła kciukiem po szwie rękawiczki, jakby sprawdzała, czy materiał nie przesunął się podczas oklasków. Zdecydowanie lepiej radziła sobie z zajęciami, w których nie musiała pilnować rytmu ani pamiętać, że każda ręka powinna robić coś innego. — Za to całkiem nieźle idzie mi lepienie z gliny. I malowanie obrazów po numerkach — dodała, zerkając na Lynn. — W tej kolejności. Nie chciałabym, żebyś wyciągnęła zbyt daleko idące wnioski na temat mojej artystycznej duszy.
Kącik ust uniósł jej się nieco wyżej. Nie miała problemu z przyznaniem się do tych zajęć, choć nie należały do rzeczy, którymi zwykła rozpoczynać rozmowy. Były raczej sposobem na zajęcie rąk i głowy, kiedy potrzebowała odpocząć od pracy. Nie wszystko musiało prowadzić do odkrycia życiowej pasji ani kończyć się wystawą w galerii. Czasem wystarczało, że z kawałka gliny powstawało coś, co nie przypominało pierwotnej bryły.
Przez chwilę jeszcze patrzyła w stronę skrzypka, który przygotowywał się do kolejnego utworu. Potem przeniosła wzrok na Lynn i lekko przechyliła głowę.
— A ty? — zapytała. — Poza ratowaniem obcych kobiet przed katastrofalnymi randkami, masz jakieś ukryte talenty? — Nie czekała z odpowiedzią na tyle długo, by pytanie zaczęło przypominać przesłuchanie. Jej wzrok przesunął się ku alejce prowadzącej głębiej w park. Ścieżka ginęła między drzewami, a odgłosy ulicy stopniowo cichły, im dalej od wejścia. Nie miała pojęcia, dokąd mogłyby dojść ani jak długo jeszcze miałyby sobie towarzyszyć. Właściwie nie musiała tego wiedzieć. Po niezręcznym spotkaniu z Borą perspektywa spaceru bez ustalonego planu wydawała się zaskakująco atrakcyjna.
Etna poruszyła ramionami, próbując pozbyć się lekkiego napięcia, które zebrało się w nich po kilku godzinach spędzonych w jednej pozycji. Dopiero wtedy dotarło do niej, że zmęczenie, które wcześniej trzymała na dystans, zaczynało upominać się o swoje. Kawa nie wystarczyła, by całkowicie je odpędzić. Ziewnięcie wymknęło się jej, zanim zdążyła je powstrzymać; zasłoniła usta dłonią, a potem spojrzała na Lynn z odrobiną rozbawionej rezygnacji.
— Może przejdziemy się kawałek dalej? — zaproponowała, wskazując brodą alejkę. — Jedna kawa to na razie trochę za mało, żeby przywrócić mnie do świata żywych. — Wsunęła dłonie z powrotem do kieszeni kurtki i zrobiła kilka kroków w kierunku ścieżki, nie zakładając z góry, że Lynn pójdzie za nią. Zatrzymała się jednak po chwili, dając jej czas na decyzję. — Obiecuję, że nie będę zasypiać w marszu. Przynajmniej dopóki nie znajdziemy ławki i nie odpowiesz mi na pytanie o zdolności manulane.


Lynn Bennett
Mt. Judas
meta, resentyment, wysoki mak, zabójcy pasyjki (nawet bardziej od grafomanii — przecinki ci jeszcze wybaczę)
ODPOWIEDZ

Wróć do „Baddies”