ODPOWIEDZ
30 y/o
For good luck!
188 cm
walić kapitalizm
Awatar użytkownika
put me on a lie detector and make sure they ask me if I gaf I want yall to see something
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

dwa
Kiedy tylko rozgrzana dłoń mężczyzny nacisnęła na przeszklone drzwi, szkło zmętniało na moment pod jego palcami. Apostrof z przyklejonym na drzwiach szyldzie „Mimmo’s” trochę się już odklejał, ale klimat w środku był bez porównania. Świąteczne lampki? Czerwone hokery z twardej skóry? Stoliki ze śladami po mokrych szklankach? Wszystko to składało się na obraz miejsca, które prawdopodobnie widziało już niejedno, a jeśli nawet nie, to przynajmniej sprawiało takie wrażenie. Sameer miał do takich lokali pewną słabość. Były znacznie ciekawsze od tych, w których rachunek za dwie kolejki wystarczał na zakup dobrego obiadu.
A.J. rozejrzał się po wnętrzu, prawą ręką rozmasowując ucho obolałe od nocnego zimna. Toronto powoli zdawało się wracać do normy, Parkdale natomiast zmieniło się w mały raj na ziemi. A raczej piekiekło, zależnie od tego, po której stronie akurat się stało. Jednak jeśli dzięki niewielkiej awarii prądu nie musiał spotykać się ze swoim ulubionym dilerem ukryty za restauracyjnym śmietnikiem, podobnie incydenty mogły zdarzać się częściej. Oczywiście zdawał sobie sprawę, że poza ułatwieniami w dostawie towaru działy się również rzeczy naprawdę straszne, nie zamierzał jednak pozwalać, żeby takie szczegóły przysłaniały mu korzyści płynące z całej sytuacji. W tych sytuacjach wychodził z niego obrzydliwy liberalny kapitalista, który nie pragnął niczego bardziej niż nieograniczonego niczym handlu. Nie był z tego szczególnie dumny.
Zaraz zeskanował wzrokiem ludzi siedzących przy barze. Kilka par, w tym jedna wyjątkowo świeża, o czym świadczyło to, jak mocno oboje kleili się do siebie w kącie lokalu. Wyglądali, jakby dopiero co odkryli, że druga osoba ma usta.
Ugh!
Grupa starszych facetów, pewnie kumpli, którzy spotykali się w tym samym układzie od dwudziestu lat i wciąż mieli sobie do opowiedzenia te same historie. Mieszana grupa studentów, zbyt liczna, żeby dało się do niej dosiąść bez konieczności przeprowadzania małej kampanii. Trzy dziewczyny, które ewidentnie urządziły sobie babski wieczór, i… jedna kobieta siedząca przy barze.
Bingo!
Sameer nie był w tej kwestii nowicjuszem. Jeśli z kimkolwiek w tym lokalu można było nawiązać rozmowę bez konieczności przekrzykiwania trzech osób i udawania, że interesuje go opowieść o czyimś byłym, to właśnie z nią. Nie zamierzał robić z siebie tego klauna, który przysiada się do grupy dziewczyn i próbuje zainteresować sobą wszystkie naraz. Znał ten scenariusz, wiedział też, jak zwykle się kończył i na podobne atrakcje nie miał dziś najmniejszej ochoty. Idąc w stronę baru, zatrzymał muzykę grającą na telefonie i wyjął słuchawki z uszu. Odłączył je od komórki, po czym zaczął powoli owijać kabel wokół złożonych palców, aż utworzył z niego niewielką pętlę. Słuchawki schował do kieszeni znoszonej skórzanej kurtki, która ze skórą miała wspólnego niewiele poza nazwą i bez pytania o pozwolenie zajął hoker obok kobiety. Oczywiście zdawał sobie sprawę, że kobieta mogła wcale nie chcieć z nim rozmawiać. Ludzie przychodzili do barów z rozmaitych powodów, niektóre z nich obejmowały samotne siedzenie w ciszy, inne ukrycie się przed zimną październikową nocą.
- Niech będzie dwa razy to samo – rzucił luźno do barmana, który właśnie zbierał od brunetki zamówienie.
Dopiero kiedy mężczyzna odszedł, A.J. pozwolił sobie przyjrzeć się kobiecie nieco uważniej. Była chyba grubo po trzydziestce, choć akurat w tej kwestii nie należało traktować go jak wiarygodnego źródła informacji. Sameer nie miał nigdy szczególnego talentu do zgadywania wieku, a z biegiem lat nauczył się wręcz unikać tej rozrywki. Zawsze, ale to absolutnie zawsze, udawało mu się kogoś obrazić. Nawet jeśli trafiał, druga strona zazwyczaj reagowała tak, jakby właśnie bardzo negatywnie ocenił jej atrakcyjność. Był to jeden z tych momentów, kiedy potwierdził swoje przekonanie, że ludzie woleli, kiedy kłamało im się w żywe oczy.
- Wiesz, że wyglądasz jak ktoś, kogo Egon Schiele namalowałby, gdyby miał szczęśliwe dzieciństwo? – zagadnął, przyglądał się kobiecie i szukając jej spojrzenia. Jasne tęczówki zetknęły się z jego ciemnymi, a wtedy Sameer uśmiechnął się szeroko. Nawet na trzeźwo zdarzało mówić mu się rzeczy, które rozsądniejsi ludzie zachowywali dla siebie. Co mógł jednak zrobić? Nie bez powodu przedsiębiorca u którego był wcześniej tego wieczoru był jego ulubionym. – W skali od jednego do dziesięciu, jak bardzo to było złe? – zapytał. – Piszę książkę i bardzo mi zależy, żeby główny bohater był kimś absolutnie nie do zniesienia.

Evina J. Swanson
Ostatnio zmieniony pt paź 30, 2026 9:01 pm przez Sameer Shah, łącznie zmieniany 1 raz.
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
KFC
brak AI, niekierowanie i nieczytanie w myślach postaci, ciekawe wątki, czytanie KP, otwarta komunikacja i wzajemne zaangażowanie triggers me
49 y/o
CHRISTMASSY
168 cm
detektywka wydziału zabójstw w Toronto Police Service
Awatar użytkownika
How can you just leave me standing
Alone in a world that's so cold?
Maybe I'm just too demanding
Maybe I'm just like my father, too bold
Maybe you're just like my mother
She's never satisfied
Why do we scream at each other?
This is what it sounds like
When doves cry
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wracała do swoich starych nawyków. W końcu, co innego jej pozostało? Skoro takie życie odpowiadało jej wcześniej to nie widziała powodów do tego, aby do niego nie wrócić. Funkcjonowała tak przez większość swojego życia po czterdziestce, a teraz powoli zaczynała dobijać do pięćdziesiątki i zastanawiała się dlaczego nie?
Dlaczego nie miałaby wlać w siebie kilku piw czy drinków w Mimmo’s? Miejsce dobre jak każde inne. Nie zastanawiała się nawet, gdzie spędzi noc. Ani z kim. To już było jej kompletnie obojętne. W końcu była wolną kobietą i mogła zrobić wszystko na co miała tylko ochotę.
Dlatego właśnie siedziała przy barze. Nie potrzebowała żadnego towarzystwa poza barmanem, który czasem ją zagadywał, gdy tylko składała u niego kolejne towarzystwo. Miała spokój po tym jak spławiła jednego z tych głośnych i rubasznych facetów, gdy próbował się do niej przysiąść, a potem zaciągnąć do stolika ze swoimi kumplami, którzy uciekali od swoich żon. Przez moment nawet żałowała, że nie ma na palcu obrączki, bo ten fakt działał na niego wyjątkowo zachęcająco. Tylko czy na pewno obecność jednego elementu biżuterii wystarczyłaby, aby sobie odpuścił? Nie była pewna.
Nie zwracała większej uwagi na toczone w tle rozmowy i śmiechy. Była tu po to, aby po prostu chłonąć panująca w barze atmosferę. Po prostu lubiła takie miejsca. Zwykle w tle leciała jakaś kompletnie nieistotna muzyka, a niekiedy można było w nich obejrzeć także jakieś rozgrywki sportowe na zamontowanych na ścianach telewizorach. Uwielbiała te wieczory z nachosami i piwem, gdy wokół niej rozbrzmiewały głosy innych zapalonych kibiców. Choć mężczyźni nigdy nie traktowali jej tak samo poważnie, gdy przychodziło do kwestii związanych z piłką nożną. Czasami nie miała energii ani ochoty na takie dyskusje.
Teraz jednak po prostu chciała napić się czegoś, czego nie mogła sobie zafundować w zaciszu swoich czterech kątów. W dodatku od dawna zwyczajnie nie przesiadywała w takich miejscach. Musiała nadrobić pewne zaległości i odetchnąć głęboko powietrzem, w którym wisiał zapach alkoholu oraz nieprzespanych nocy.
— Zapodaj mi może jeszcze jednego Rob Roya — poprosiła barmana, gdy po raz kolejny tego wieczora skończyła z pustą szklanką w ręku.
Nie spodziewała się tego, że miejsce obok niej zostanie zajęte przez młodego mężczyznę, który poprosi o to samo. Odwróciła się powoli na hokerze w jego kierunku. Mimowolnie zlustrowała go uważnie wzrokiem od gęstwiny ciemnych włosów, które okalały twarz o przyjemnej dla oka cieplejszej karnacji, aż po samo obuwie. Wyraźnie starała się go w jakiś sposób ocenić oraz ocenić, kim właściwie mógł być ten przystojny młodzieniec, który dołączył do jej zamówienia. Na chwilę zawiesiła spojrzenie w jego pogodnych oczach o głębokiej, ciemnej barwie, a na brzmienie jego nieudanego podrywu uśmiechnęła się półgębkiem z lekkim jedynie rozbawieniem.
— Jak bardzo złe? Dałabym takie siedem i pół — oceniła w końcu, gdy barman uwijał się przy nich, aby przygotować dwa Rob Roye. — Sam tekst słaby, a do tego musiałbyś jeszcze natrafić na kogoś, kto wie, kim był właściwie Egon Schiele. Także kiepsko.
Obstawiała raczej, że większość osób w ten sposób zostałaby nakłoniona do szybkiego wygooglowania imienia i nazwiska malarza, ale niekoniecznie do tego, aby kontynuować jakąkolwiek rozmowę z chłopakiem.
— A o czym w ogóle ta książka? — zapytała jeszcze, gdy tylko mężczyzna zza baru postawił przed nią nowe zamówienie.
Niech będzie. Łyknie ten haczyk. Może dlatego, że jednak samotny wieczór trochę jej zbrzydł, a do tego natrafiła na kogoś, kto przynajmniej starał się być oryginalny zamiast stosować stale te same sztuczki i teksty, które powielały dziesiątki innych mężczyzn.

Sameer Shah
Ari
Nie lubię narzucania mojej postaci reakcji i zachowania oraz dopisywania do jej rzeczy czy sterowania nią w jakikolwiek sposób bez konsultacji.
30 y/o
For good luck!
188 cm
walić kapitalizm
Awatar użytkownika
put me on a lie detector and make sure they ask me if I gaf I want yall to see something
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

- Rob Roy, klasyka – przytaknął.
Kurwa!
Sameer nie miał pojęcia, czym był Rob Roy. Pozostawało mu tylko czekać, aż przed jego nosem wyląduje szklanka z czymś co będzie dało się wypić. Co nie było takie oczywiste, ponieważ ostatnio w barach można było dostać wszystko. Drinki z żelkami, watą cukrową, jadalnym brokatem, pianką w kolorze zachodzącego słońca i innymi wynalazkami, które wyglądały, jakby ktoś pomylił kartę drinków z ofertą urodzinową dla ośmiolatków. Nie miał nic przeciwko temu, żeby ludzie czerpali przyjemność z życia, ale istniała granica między urozmaiceniem wieczoru a infantylizacją alkoholu. Przynajmniej tak to sobie tłumaczył, bo równie dobrze mógł być już po prostu starym zrzędą, który nie nadążał za współczesnością.
Pracował kiedyś za barem, choć określenie barman wydawało się w tym przypadku mocno na wyrost. Potrafił nalać piwo, zrobić kilka podstawowych drinków i nie pomylić zamówień zbyt często, w niektórych lokalach właśnie to wystarczyło do otrzymania grafiku na kolejny tydzień. Nie nadawał się jednak do tej pracy z kilku powodów. Przede wszystkim oceniał wybory innych ludzi, a ponieważ nie należał do osób szczególnie skrywających emocje, klienci zazwyczaj mogli odczytać z jego twarzy, co sądził o ich zamówieniach. Jeszcze gorzej znosił pijanych, kiedy sam pozostawał względnie trzeźwy. Istniał pewien poziom upojenia, przy którym cudze bełkotanie, powtarzanie tych samych historii i próby zaprzyjaźnienia się z obsługą stawały się całkiem zabawne. Czasami jednak nie był w stanie go osiągnąć.
Przyglądał się więc teraz z uwagą, jakiej nie poświęcał nawet obserwacji bardziej doświadczonych kolegów, jak barman sięga po butelkę whisky, potem po wermut. Sameer poczuł się odrobinę pewniej, dopóki nie dotarło do niego, że cała ta procedura przypominała mu coś, co już znał.
Czy to nie był przypadkiem Manhattam?
Manhattana akurat znał. Zamawiały go dziewczyny, które chciały się poczuć jak bohaterki „Seksu w wielkim mieście”, i w dziewięciu przypadkach na dziesięć okazywało się, że drink wcale im nie smakuje. Dało się to rozpoznać po minie, którą robiły przy pierwszym łyku.
- Ahh, liczyłam przynajmmniej na ósemkę – westchnął, przyjmując werdykt z rozczarowaniem. - Widocznie muszę nad tym popracować. Może mniej Schielego, więcej traum z dzieciństwa – oparł przedramię o blat, a wolną dłonią sięgnął po szklankę, która właśnie pojawiła się przed nim. Nie upił jednak ani łyka. Najpierw zerknął na bursztynowy płyn. – Wiesz… - zaczął odkładając drinka na blat. – Te wszystkie teksty w stylu co taka piękna kobieta robi w barze sama i… – urwał, przenosząc wzrok na jej dłonie. Przechylił się nieco na hokerze, a potem podniósł, żeby lepiej przyjrzeć się jej drugiej ręce. – niezamężna. W każdym razie takie zagadywanie jest już tak sztampowe, że nawet nie nazwałbym go słabym. To jak buczenie w tle. Na początku wkurwia, ale po jakimś czasie człowiek się przyzwyczaja i przestaje zwracać uwagę – zawiesił głos, kiedy uświadomił sobie, że porównał nagabywanie kobiet do irytującego szumu. Nieważne! – Chociaż właściwie to ciekawe – podjął. – Drinka można sobie zrobić w domu, prawda? Więc po co przychodzić do baru? Zwłaszcza samemu – spojrzał na nią.
Shah aż się wyprostował. Nie jakoś szczególnie gwałtownie, ale wystarczająco, żeby dało się zauważyć, że pytanie trafiło na podatny grunt. Co prawda nie napisał jeszcze właściwie niczego, co nadawałoby się do pokazania komukolwiek, ale to był szczegół techniczny. – O, to jest bardzo dobre pytanie – zaczął, jakby przed chwilą usłyszał je po raz pierwszy w życiu. – Właściwie chodzi o moralność, ale nie w takim banalnym sensie, że człowiek robi coś złego, a potem musi ponieść konsekwencje, odpokutować winy i zostać lepszą wersją siebie. Mam już serdecznie dość bohaterów, którzy mogą popełnić dowolne świństwo, a potem okazuje się, że mieli trudne dzieciństwo, szlachetne pobudki albo przynajmniej bardzo dobry powód – sięgnął po drinka, jednak kolejny raz zanim zdążył wziąć chociaż łyka odłożył go na blat. – Chcę napisać coś, co będzie takim modernistycznym hołdem dla „Zbrodni i kary”, tylko bez kary. I właściwie bez zbrodni w tym tradycyjnym rozumieniu. Bardziej chodzi mi o brak metafizycznej rachunkowości i obciążania „moralnego konta” bohatera – na chwilę zamilkł. Jednocześnie po to, żeby dać rozmówczyni czas na przyswojenie tej myśli i znalezienie wątku. – Mówiąc oczywistościami: Camus miał z tym trochę wspólnego. Z kolei Nabokov świetnie to rozumiał… Ale… - machnął ręką. – W skrócie powieść o moralności, winie, narracji i braku konsekwencji. Pewnie zginie pomiędzy kolejnym romansem fantasy a poradnikiem. Takie życie – uśmiechnął się szczerze. Nie pisał po to, żeby podbijać listy bestsellerów. – Trudno konkurować z taką ofertą…
Westchnął, tym razem sięgając po swojego drinka z zamiarem napicia się go, a jednak po raz trzeci szkło nie dotarło do jego ust. – Mogę zadać ci jedno pytanie? – zagaił. – Jesteś nauczycielką?

Evina J. Swanson
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
KFC
brak AI, niekierowanie i nieczytanie w myślach postaci, ciekawe wątki, czytanie KP, otwarta komunikacja i wzajemne zaangażowanie triggers me
49 y/o
CHRISTMASSY
168 cm
detektywka wydziału zabójstw w Toronto Police Service
Awatar użytkownika
How can you just leave me standing
Alone in a world that's so cold?
Maybe I'm just too demanding
Maybe I'm just like my father, too bold
Maybe you're just like my mother
She's never satisfied
Why do we scream at each other?
This is what it sounds like
When doves cry
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Uśmiechnęła się pod nosem, gdy tylko usłyszała jak chłopak nazywa jej wybór drinka klasykiem. Zrobił to nieco zbyt entuzjastycznie. Przynajmniej według niej. Wyraźnie chciał jej się przypodobać i była przekonana, że nawet, gdyby zamówiła najgorszego możliwego sikacza to też w jakiś sposób skomplementowałby jej wybór. Było w tym coś szczenięco uroczego. Może po prostu zbyt długo nie była podrywana w ten sposób. Jeszcze trochę, a zacznie czuć się jak licealistka, która lgnęła wyjątkowo silnie do wszystkich ładnych chłopców. Pewnie po raz kolejny przemawiał przez nią rozstrój hormonów i to gorszy niż w okresie dojrzewania.
— Aż tak uwielbiasz klasykę? — zapytała jeszcze, wpatrując się w niego z zaciekawieniem.
Widziała to jak obserwował ruchy barmana. Ona z kolei zajęła się studiowaniem tego młodego człowieka, który miał tyle czelności, aby zaczepić ją przy barze i zacząć z rozmysłem wyjątkowo słaby flirt. Może to był jego humorystyczny sposób na nadrabianie braku umiejętności podrywania kobiet. Evinie to nie przeszkadzało. Miał odpowiednią urodę oraz charyzmę, aby być w stanie sprzedać taką wersję siebie i zaskarbić sobie uwagę oraz zainteresowanie zagadywanej osoby. Z pewnością był to swoisty talent.
Oderwała od niego spojrzenie jasnych oczu w momencie, gdy przed nią znalazł się drink. Może i przypominał w znacznym stopniu Manhattan, dzieląc z nim podobne składniki, ale o wiele bardziej odpowiadał jej ten aromat smakowy, który uzyskiwała dzięki obecności szkockiej whisky, która służyła za bazę drinka. Właśnie to do niej przemawiało najbardziej.
— Na ósemkę trzeba sobie zapracować. Może lepszy byłby tekst z jaśniejszym punktem odniesienia. Brzmiał kiepsko, ale musiałabym cię dopytać o coś więcej, aby zrozumieć, jak kiepski w istocie był — odpowiedziała, bo z rozmysłem dobrała taką ocenę, a nie inną.
Na tyle kiepsko, aby uzyskać powyżej siódemki, ale niewystarczająco na ósemkę. Już i tak była dla niego wyjątkowo szczodra, ale najwyraźniej chłopak miał przeogromne ambicje i starał się je zaspokoić. Mógłby osiągnąć naprawdę wspaniałe rzeczy, gdyby tylko skupił się na czymś innym niż podrywaniu kobiet, które były dwa razy od niego starsze… W końcu ile mógł mieć lat? Dwadzieścia pięć? Wydawał się być jeszcze przed trzydziestką. Chociaż może to była kwestia jego młodzieńczej urody.
— Zakładasz zatem, że każda siedząca przy barze kobieta bez obrączki jest wolna? — zapytała, uniósłszy swojego drinka, co dało mu jeszcze lepszy widok na jej dłonie, a w szczególności palce, na których nie widniał żaden pierścionek. — Może któraś jest znudzoną żoną, która szuka ekscytującej odskoczni? Po wyjściu z domu schowała obrączkę do kieszeni i żywi nadzieję, że w ten sposób będzie bardziej przystępna.
To nie była ona. Nie miała szczególnie wiele czasu na wałęsanie się po barach, gdy była w związku. Jeśli już to zawsze znajdowała się w czyimś towarzystwie. Była zapracowaną kobietą, więc czas wolny chciała wykorzystać jak najlepiej na tych, na których zależało jej najbardziej.
— Można, ale smakuje lepiej jak ktoś ci go zrobi — odparła z lekkim uśmiechem. — Czasem to za dużo roboty. I za dużo butelek, które musisz kupić, aby zrobić sobie jakieś ciekawsze kombinacje w odpowiednich proporcjach.
Dlatego najczęściej właśnie zamawiała drinki, a nie chociażby czystą whisky lub przedrożone piwo. Takie opcje wchodziły w grę dopiero, gdy znajdowała się z kimś w lokalu i naprawdę nachodziła ją na to ochota. W innym przypadku to mogła pić w domu. Nie była osobą, która przejmowałaby się tym, że sama się alkoholizuje.
— Czyli masz dość nie tyle opowieści odkupienia, ale opowieści usprawiedliwienia? — zapytała, gdy podjął już temat swojej książki. — Chcesz kogoś, który jest zły dlatego, że taka po prostu jest jego natura?
W jej krwi już od jakiegoś czasu krążył alkohol przyprawiający ją o przyjemny stan upojenia. Umysł wciąż miała w pełni sprawny, a ruchy wciąż płynne i precyzyjne, ale gdy tylko chłopak zaczął jeszcze bardziej rozprawiać o moralności, rachunkowości oraz modernistycznych hołdach to nagle poczuła, że jednak jej myśli nie nadążają i nie jest w stanie pojąć, ani objąć tego wszystkiego swoim rozumowaniem. Potrzebowała z pewnością chwili, a i wtedy nie była pewna, czy na pewno wie o co chodzi.
— Osobiście najczęściej sięgam po książkę, gdy jest tam faktyczna zbrodnia. Morderstwo — stwierdziła jeszcze, upijając łyk drinka, który natychmiast zapiekł ją w gardło i zalał język falą połączonych smaków poszczególnych składników. — Pewnie masz rację. Niewielu jest ludzi, którzy znają się na takiej literaturze i chcieliby po nią sięgnąć. To brzmi zbyt… wysublimowanie dla przeciętnego czytelnika.
Nie była ekspertką w dziedzinie literatury. Nigdy nie interesowała się tym zanadto poza kryminałami, po które wyjątkowo chętnie sięgała. Nie była ambitną czytelniczką. Wystarczyło jej jedynie, że fabuła była dobra i mogła sama próbować rozwiązać zagadkę przedstawioną w dziele. O ile jakiś autor nie postanowił oszczędzić czytelnikowi szczegółów, które nagle główny detektyw brał nie wiadomo skąd.
— To szczere pytanie czy wstęp do kolejnego beznadziejnego flirtu? — zapytała zaczepnie, nie zaszczycając go na razie konkretną odpowiedzią.
Nie sądziła, aby wyglądała na typ nauczycielki, ale może się myliła. W końcu człowiek każdego dnia mógł się dowiedzieć o sobie czegoś nowego. Czemu miałaby tego nie dokonać dzięki przypadkowemu spotkaniu w barze?

Sameer Shah
Ari
Nie lubię narzucania mojej postaci reakcji i zachowania oraz dopisywania do jej rzeczy czy sterowania nią w jakikolwiek sposób bez konsultacji.
30 y/o
For good luck!
188 cm
walić kapitalizm
Awatar użytkownika
put me on a lie detector and make sure they ask me if I gaf I want yall to see something
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

- I tak, i nie – zastanowił się przez chwilę. – To znaczy, nie jestem jednym z tych ludzi, którzy z zasady bojkotują wszystko, co powstało w ciągu ostatnich dwudziestu lat. Nie uważam, że coś jest dobre tylko dlatego, że jest stare, a nowe automatycznie zasługuje na pogardę. To byłoby dość idiotyczne podejście. Pasowałoby do mnie, ale jednak z jakiegoś powodu go nie wyznaję – uśmiechnął się wesoło. – Ale mam wrażenie, że współczesność często myli nowe z lepszym. A przecież nie zawsze tak jest. Czasami stare… pomysły, rozwiązania, wstaw dowolne są po prostu dobre. Dodatkowo mają sens, charakter, duszę – zatrzymał się na moment, w ostatniej chwili by nie zacząć wymieniać przykładów, bo mógłby tak spędzić resztę wieczoru. – Więc chyba można nazwać mnie miłośnikiem klasyki. Ma w sobie coś czego nowoczesność często nie ma. Nie zawsze tego nie ma, ale często. Zresztą na koniec dnia klasyka chyba wygrywa, prawda? Pomyślmy chociażby o urodzie. Klasyczna uroda zawsze się obroni – zawiesił na niej wzrok odrobinę dłużej, pozwalając, by sens tej uwagi sam się dopowiedział. – Tak jak twoja, na przykład.
Przesunął palcem wzdłuż skrzydełka nosa, niby od niechcenia, a później kolejny raz uśmiechnął się, próbując nadać twarzy mniej poważny wyraz. Cholera, kokaina. To zdecydowanie było to. Miał wrażenie, że każda kolejna myśl pojawiała się w jego głowie zanim zdążył przywiązać się do tej poprzedniej.
Oparł przedramię o blat baru. Drewno. Prawdziwe drewno, co można było rozpoznać nawet spod tej paskudnej, brązowej farby olejnej, którą ktoś uznał za dobry pomysł. W kilku miejscach powłoka odłaziła, odsłaniając jaśniejsze fragmenty pod spodem, jakby sam mebel próbował się z tego wszystkiego otrząsnąć. Przez głowę Sameera przełknęło, że powinni wsadzać do więzienia ludzi odpowiedzialnych za takie rzeczy. Naprawdę. Miało to znacznie bardziej szkodliwy wpływ na społeczeństwo niż drobne kradzieże sklepowe.
- To niesprawiedliwe. Powinnaś dać mi możliwość przedstawienia materiału uzupełniającego! – zaprotestował z rozbawieniem, po czym w końcu podniósł szkło z rzeczywistym zamiarem napicia się. Pozwolił whisky rozlać się po języku. Drink był mocniejszy niż sugerował jego kolor i urocza wisienka na samym dnie. Nie był to drink, którego zamówiłby na plaży w upalny dzień, ale w takim miejscu i o takiej porze miał całkiem sporo sensu. Mruknął z uznaniem i zmarszczył lekko nos.
- Mam taką nadzieję. Zawsze trzeba przyjąć jakieś założenia, prawda? Liczę, że te bez obrączek to kobiety, które dobrowolnie nie wchodzą w tę patriarchalną strukturę, a nie oszukują naiwnych chłopców – jego głos był lekki, zaraz jednak Sameer zmrużył lekko oczy i przyjrzał się jej dłonią z uwagą, która mogłaby wydać się nieco przesadna. Przesunął wzrokiem po palcach, zatrzymując się na chwilę u nasady jednego z nich. Może pozostał tam jaśniejszy ślad? Nieopalone miejsce, delikatne odciśnięcie, jakikolwiek dowód. Nie był pewien, czy byłby w stanie – wszystko przez to beznadziejne światło – zauważyć. – Jesteś znudzoną żoną, która szuka ekscytującej odskoczni? – zapytał zupełnie poważnie, podnosząc wzrok z jej dłoni i naprawdę na nią spojrzał. Wbił w nią ciemne oczy, jakby tym razem zamierzał znaleźć odpowiedź bezpośrednio na jej twarzy. Kurwa, miał nadzieję, że nie była niczyją żoną. Bo to byłoby jednak niskie. Bardzo niskie. A Sameer, mimo całego swojego uroki i paru wątpliwych życiowych decyzji, wolał nie dokładać sobie na głowę cudzych małżeństw. Gdyby była mężatką byłby zmuszony szybko dopić drinka, wstać i wrócić do domu. Rachunek zostawiłby jej, rzecz jasna, w ramach rekompensaty za zmarnowany wieczór.
- Nie, niezupełnie. Chociaż to ciekawe, co powiedziałaś o złej naturze. Bo jeśli ktoś rzeczywiście jest zły z natury, to czego właściwie możemy oczekiwać od niego jako czytelnicy? Że pewnego dnia postanowi zachowywać się wbrew własnej naturze, żebyśmy mogli poczuć się lepiej? – zmarszczył lekko brwi. – Ale wiesz, chyba bardziej interesuje mnie sama nasza potrzeba odkupienia. To, jak bardzo chcemy wierzyć, że wszystko można jakoś wyrównać. Ktoś zrobił coś złego, więc powinien za to odpowiedzieć. Jeśli żałuje, powinien naprawić swoje błędy. Jeśli nie, powinien zostać ukarany. A jeszcze ciekawsze jest to, jak bardzo seksualizujemy samą karę, prawda? – urwał na moment, upijając niewielki łyk Rob Roya. - Tylko że przecież nie można cofnąć tego, co się stało. Bo czy kara coś naprawia? Czy tylko powoduje kolejne cierpienia, które sprawiają, że „rachunek został wyrównany”? W każdym razie nie możemy zostawić bohatera bez odpowiedniego zakończenia. A ja chciałbym tego nie rozliczać… Nie wiem, może to strasznie nudna książka – oparł obie dłonie o blat i odchylił się do tyłu, przeciągając lekko. Po chwili zsunął kurtkę z ramion. Pod spodem miał zwyczajną, ciemną koszulkę, prostą i pozbawioną jakichkolwiek nadruków, która niewiele pomagała w utrzymaniu ciepła. Nic dziwnego, ze trochę go przewiało.
- Czekaj, czyli czytasz kryminały? – zainteresował się wyraźnie, jakby ta informacja była dla niego znacznie ciekawsza niż cała wcześniejsza rozmowa o jego nieistniejącej książce. Okrycie rzucił na wolne miejsce obok siebie. – To właściwie zabawne. Ostatnio czytałem coś o popularności true crime wśród kobiet. Podcasty, dokumenty, książki, rekonstrukcje zbrodni. Cały ten mało dziewczęcy repertuar – uniósł brwi znacząco. – Myślisz, że to ciekawość, czy próba oswojenia? – przesunął po niej wzrokiem. Oceniając. Niekoniecznie oceniając. Nie rzeczywiście. Jednak nie. Chciał jednak sprawić wrażenie analizowania. – Myślę, że ty jesteś ciekawa – zawyrokował.
Zaśmiał się, odwracając na moment wzrok, jakby jej uwaga rzeczywiście go rozbawiła. Oparł łokieć o blat, a głowę ułożył na dłoni, przyglądając się jej z delikatnym, nieco rozleniwionym uśmiechem. – Beznadziejny flirt? Czy mam już sobie iść? – zapytał, nie wyglądając przy tym na szczególnie przejętego perspektywą wyproszenia. – Pytam szczerze. Masz w sobie taką energię belferki.

Evina J. Swanson
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
KFC
brak AI, niekierowanie i nieczytanie w myślach postaci, ciekawe wątki, czytanie KP, otwarta komunikacja i wzajemne zaangażowanie triggers me
49 y/o
CHRISTMASSY
168 cm
detektywka wydziału zabójstw w Toronto Police Service
Awatar użytkownika
How can you just leave me standing
Alone in a world that's so cold?
Maybe I'm just too demanding
Maybe I'm just like my father, too bold
Maybe you're just like my mother
She's never satisfied
Why do we scream at each other?
This is what it sounds like
When doves cry
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wydała z siebie krótki pomruk, gdy tylko udzielił jej niezbyt konkretnej odpowiedzi. Z jednej strony to dobrze. Wydawało jej się to lepsze niż opcja, w której byłby zatwardziałym miłośnikiem jednej tylko opcji. Takim, którego nie da się przekonać do czegokolwiek, a który też nienawidził wszystkiego, co nie wpisywało się w jego gusta. Na ten moment może i zrobił na niej wrażenie takiego, który ma raczej otwarty umysł, ale nigdy nie mogła być tego pewna w stu procentach.
— Czy wygrywa? Nie wiem. Ona również ma swoje słabe strony i mankamenty, które nieraz dostrzegamy wyraźniej, a innym razem mniej. Wszystko zależy od tego, co do ciebie bardziej przemawia… Często stare jest lepsze przez to, że czujesz do tego większy sentyment i uznajesz, za poważniejsze dzieło, bo jest utarte w kanonie — odparła i poczuła nagle, że chyba był to najdłuższy ciąg słów, który wypowiedziała od dawna. — Domyślam się też, że racze odwołujesz się do klasycznej urody według antycznego wzorca, bo chyba do rubensowskich kształtów mi nieco daleko, a przecież to też klasyka.
Uśmiechnęła się jeszcze delikatnie, chcąc się z nim nieco podroczyć. Sama miała pewien sentyment do starych filmów dla przykładu. Wychowywała się z nimi, związała się nawet na pewnym poziomie, ale doskonale wiedziała, że czasami zwyczajnie kiepskie rzeczy potrafiły stawać się kultowymi. Tak długo jak tylko ktoś się przy nich dobrze bawił. Przykładem pewnie mogłaby być długa lista starych filmów akcji, gdzie fabuła kulała, ale za to rozrywka była przednia.
Na pewno nie miała tak sporej wrażliwości odnośnie sztuki czy piękna jak siedzący obok niej chłopak. Była prostą kobietą. Przyjmowała wszystko takim jakim było. Nie zastanawiała się szczególnie nad tym czy ten blat był brzydki i czy pokrycie go farbą sprawiało, że nagle tracił na wartości. Pasował tak na pewno do całości tego pokręconego, ale wyjątkowo przyjemnego wnętrza.
— Fakt, że ten tekst wymaga klaryfikacji sprawia, że nie jest ani tak dobry, ani tak zły. Pogódź się z tym — rzuciła w ramach odpowiedzi, obracając w palcach szklankę z drinkiem, który mia jej wystarczyć jeszcze na dłuższą chwilę. — Gdybyś zaczął od pokazania mi tych obrazów i rzucił tym tekstem, gdy mi się nie spodobały to byłoby chyba gorzej. Nie chciałabym być porównana do ohydnie namalowanej postaci.
Nie miała pojęcia o tym jaki styl przedstawiały obrazy wspomnianego malarza. Możliwe, że było to coś, co uznałaby za prawdziwy obraz brzydoty, a wtedy dodatkowo cały ten flirt mógł się zamienić w ciekawą obelgę. Tego jednak się na razie nie dowie. Nawet jej na tym nie zależało. Po prostu chciała w spokoju dopić swojego Rob Roya.
— Nie. Jestem zwyczajną rozwódką, która lubi przyjść do baru, gdy chce wypić coś innego niż zwykle — odpowiedziała, nie odnosząc się już do patriarchalnej struktury, którą rzekomo było małżeństwo.
Z jednej strony było tak z pewnością. Dla niej samej była to swoista formalność. Coś, co sprawiało, że w świetle prawa nabywało się pewnych praw względem drugiej osoby. To potrafiło wiele rzeczy uprościć. Poza tym to też wydawał się pewien symboliczny krok w poważnym związku. Taki, którego pewnie nie powinna się podejmować, bo potem czekało ją chodzenie po sądach. No, ale czy można ją było za to winić skoro wtedy czuła się szczęśliwa i uważała, że to dobry pomysł?
— Każdy zapewne ma nieco inne postrzeganie kary: dla innych to sprawiedliwość, dla innych odpowiedzialność, a jeszcze inni widzą jako zwyczajną zemstę. Ja jestem pragmatyczką. Sądzę po prostu, że izolowanie lub likwidowanie, w przypadku kary śmierci, niebezpiecznych jednostek jest w stanie zapobiec kolejnym ofiarom — stwierdziła, zastanawiając się czy na pewno znajdowała się w odpowiednim stanie trzeźwości lub też nietrzeźwości, aby toczyć jakiekolwiek filozoficzne dysputy.
Powinna mieć do tego jeszcze papierosa, aby wypalać go między kolejnymi łykami drinka i ważnymi spostrzeżeniami. Sięgnęła nawet do kieszeni leżącej obok niej kurtki, aby wyciągnąć z niej zmiętą paczkę Marlboro, ale natychmiast usłyszała chrząknięcie barmana, który zauważył ten ruch. No tak. Zakaz palenia w lokalu. Niech go cholera.
— Nie cofniesz tego, co się stało, ale możesz próbować zapewnić sobie spokój ducha. Zresztą naprawdę każdy ma nieco inne poczucie tego, co można uznać za sprawiedliwe, a książki i inne media… W nich wszystko zależy od tego jak wielką sympatię potrafią wzbudzić u odbiorcy. Nagle można im wybaczyć o wiele więcej lub potępić za mniej — zakołysała jeszcze szklanką w palcach, aby popatrzeć na to, w jaki sposób alkohol delikatnie wiruje w jej wnętrzu, otulając ścianki naczynia. — Niektórzy lubią nudne książki. Mają je za ambitne i dla inteligentów.
Sama siebie nie miała za taką. Może dlatego nie sięgała po nic podobnego, a raczej po coś, co czytało się w miarę łatwo i można było nareszcie nieco odpocząć przy lekturze. Nawet jeśli stymulowała ją do rozwiązania kolejnej kryminalnej zagadki.
— Czytam. Czy to takie dziwne? — zapytała w pierwszym odruchu, ale zaraz otrzymała od niego kolejne pytanie, na którym musiała się skupić. — Ciekawość, fascynacja… Każdy ma swoje własne powody. Chociaż chyba teraz wiele osób odkrywa, że pragnie czegoś prawdziwego, a nie wymyślonej historii z ekranu. No, a kto nie lubi makabrycznej historii? Zwłaszcza, gdy tyle razy ostrzegano cię, żebyś czegoś nie robiła, bo skończysz jak jedna z tych ofiar.
Nie była psychologiem. Ciężko było jej to do końca ocenić, bo może była to zwyczajnie taka moda, której dziewczyny i kobiety się powoli poddawały. Nie znała konkretnych czynników, które mogły odpowiadać za coś podobnego, a sama po prostu lgnęła do tego, bo wydawało jej się to fascynujące.
Zaśmiała się krótko z pewnym rozbawieniem, gdy stwierdził, że jest ciekawa. Coraz bardziej schlebiała jej uwaga młodego mężczyzny. Odwróciła na dłuższą chwilę spojrzenie w jego stronę i zawiesiła je na jego twarzy. Twarzy, która posiadała łagodne, chłopięce niemal rysy, a jednak kryło się w nich coś niezaprzeczalnie męskiego.
— Aż tak łatwo się poddajesz? — rzuciła, gdy tylko spytał czy ma sobie iść.
Przekręciła się na hokerze w jego stronę. Być może całkowitym przypadkiem, a może z drobną celowością na chwilę otarła się o niego kolanem, gdy przyjmowała zupełnie nową pozycję. Porzuciła swoje uprzednie zajęcie i skupiła w pełni na swoim rozmówcy.
— Nie sądziłam, że ktokolwiek mnie o to kiedyś posądzi. Nie. Nie jestem belferką i nie chciałabym posiadać podobnej energii — zaprzeczyła natychmiastowo.
Nauczycielki kojarzyły jej się głównie z wyjątkowo nudnymi kobietami, a sama na pewno taka nie była. Przynajmniej miała nadzieję, że nie wygląda na taką, a jednak ktoś atakował jej poczucie, że jest bardziej interesująca niż kobiety, które poświęcały życie, aby wtłoczyć jakąś wiedzę dzieciakom do głów.

Sameer Shah
Ari
Nie lubię narzucania mojej postaci reakcji i zachowania oraz dopisywania do jej rzeczy czy sterowania nią w jakikolwiek sposób bez konsultacji.
30 y/o
For good luck!
188 cm
walić kapitalizm
Awatar użytkownika
put me on a lie detector and make sure they ask me if I gaf I want yall to see something
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zatrzymał się na moment z lekko rozchylonymi ustami. Przez ułamek sekundy wyglądał niemal na zaskoczonego, ale zaraz potem kąciki jego ust uniosły się w uśmiechu.
– Nie wiem. Nie zwracałem uwagi na twoje ciało. Chodziło mi o urodę duszy – oznajmił zupełnie poważnym tonem.
Barowe światło odbijało się w szkle wystawionych za kontuarem butelek, a czerwone lampki zawieszone gdzieś w pobliżu mrugały na tyle dyskretnie, że łatwo było zapomnieć o ich świątecznym przeznaczeniu. Ich refleksy przesuwały się po jego twarzy, łapały ciemne tęczówki i sprawiały, że miał w sobie coś z diabelskiego chochlika. Trudno jednak było brać tą minę całkiem poważnie, zwłaszcza że za udawaną powagą kryło się szczere rozbawienie. Wyglądał, jakby sama myśl o tym, że żył i był w tym barze, w którym pieprzył głupoty, sprawiała mu niemal rozkoszną przyjemność.
Na wieść o rozwodzie jego twarz na moment wykrzywiła się w grymasie, który trudno byłoby uznać za szczególnie elegancki. Zmarszczył nos, uniósł brwi i cicho syknął przez zęby, jakby właśnie usłyszał coś wyjątkowo niezręcznego. Był to jedyny komentarz, na jaki zamierzał sobie pozwolić.
Rozwódka. W porządku! Zdecydowanie lepiej niż mężatka!
- Właściwie chciałem jeszcze wrócić do czegoś, co powiedziałaś o barach – odezwał się po chwili, jakby przypomniał sobie o tym wątku dopiero teraz. Wcześniej zupełnie mu umknął. – Bo nie kupuję tego, że chodzi wyłącznie o to, że ktoś ma ci zrobić coś, co musiałabyś sobie sama przygotowywać. Nie kupuję historii o szafce alkoholu i skomplikowanych technikach. Zamówiłaś Rob Roya – spojrzał na nią znacząco. Jakby nie patrzeć nie był to żaden suflet w świecie drinków. – A jednak przyszłaś tutaj i usiadłaś właśnie w takim miejscu – przesunął wzrokiem po blacie, jakby chciał wskazać na coś, co powinno być oczywiste dla każdego, kto choć raz znalazł się w barze. – To nie jest przypadek, prawda? – ciągnął, zerkając na nią z lekkim uśmiechem. – Wybierasz miejsce, do którego ktoś może się niezobowiązująco dosiąść. Nie chowasz się w kącie, nie zajmujesz stolika pod ścianą. Siedzisz tutaj, przy blacie – palcem wskazującym uderzył dwa razy w śliską warstwę farby. Miał ochotę ją zdrapać. – Można podejść, zamówić coś do picia, rzucić jakąś uwagę i zobaczyć, czy rozmowa się potoczy. Niby od niechcenia. Tak, żeby pozwolić toczyć się sprawie jak gdyby przypadkiem – zawiesił na niej wzrok, wyraźnie zadowolony z własnego rozumowania. – I teraz najważniejsze pytanie: czy ja wpisuję się w twoją wizję dzisiejszego wieczoru?
Upił łyk drinka i mruknął potakująco, jakby od razu chciał odpowiedzieć na jej słowa. Musiał jednak najpierw przełknąć. - Tylko że przecież nie izolujemy wyłącznie niebezpiecznych jednostek, prawda? – podchwycił unosząc lekko brwi. – To znaczy, jasne, rozumiem ten argument. Jeśli ktoś stanowi zagrożenie, odizolowanie go może zapobiec kolejnym ofiarom. Tylko co, jeśli ktoś popełnił zbrodnię, ale wcale nie musi oznaczać to, że zrobi to ponownie. Weźmy Gypsy Rose. Albo braci Menendez. Zabójstwo rodziców, oczywiście, nie zamierzam udawać, że to drobne przewinienie, ale czy naprawdę możemy założyć, że bez więzienia zaczęliby mordować kolejnych ludzi? Czy byli niebezpieczni dla wszystkich, czy raczej dla bardzo konkretnych osób, w bardzo konkretnych okolicznościach? I jeśli to drugie, to co właściwie miała dać ich izolacja? – zrobił krótką pauzę, jakby sam zastanawiał się, czy nie zapędził się za daleko. – Gypsy już wyszła, swoją drogą. Jest influencerką. Zresztą… Po co właściwie siedziała w więzieniu? Żeby zapobiec kolejnemu morderstwu, którego prawdopodobnie nigdy by nie popełniła? Można tak pomyślęć o wielu sprawach. Oczywiście nie zawsze. Są zabójstwa, które wynikają z określonego światopoglądu, ale to już trochę inna rozmowa – sięgnął po drinka, po czym najwyraźniej przypomniał sobie coś jeszcze, bo zaraz odstawił go z powrotem. – A skoro już mówimy o kobietach i morderstwach… Lizzie Borden! – rzucił. Nie oglądał netflixowego kutu. Słyszał tylko rozmowy i obejrzał jeden bardzo długi film o tym, że kobietom nie pozwala się być potworami. Co było, swoją drogą, dobrą rozrywką, którą A.J. z całych sił starał się połączyć ze swoimi badaniami do książki. – Można się domyślić, że pozbyła się tatusia i macochy, jednak została uniewinniona, a potem, o ile mi wiadomo, nie zabiła już nikogo więcej. Co jest, swoją drogą… - urwał i przez chwilę patrzył na brunetkę z lekko uniesionymi brwiami, jakby nagle zobaczył siebie z boku. No proszę. Miał przed sobą kobietę, drinka, przyjemny wieczór, a właśnie prowadził wykład na temat morderstw, systemu penitencjarnego i kobietach. Gdzieś po drodze zgubił pierwotny zamysł tej rozmowy. Zresztą, Samira pewnie powiedziałaby, że to typowe dla mężczyzn: zaczynają od flirtu, a kończą na wykładzie, w którym sami są głównym bohaterem.
Przyłożył palec do ust i kilkukrotnie stuknął nim o dolną wargę. Przez chwilę rozglądał się po barze, jakby odpowiedź na pytanie, co właściwie powinien teraz zrobić znajdowała się gdzieś pomiędzy butelkami alkoholu, a nieestetycznie pomalowanym blatem. W końcu wypuścił powietrze przez nos i pokręcił głową z rozbawieniem.
- Zaczepiłem się tekstem o Egonie Schiele. A teraz pieprzę od rzeczy… Co jest, kurwa, ze mną nie tak? – jego wzrok powędrował niżej, ku kurtce kobiety. Wystająca z kieszeni paczka papierosów przyciągnęła jego uwagę na tyle skutecznie, że niemal natychmiast znalazł rozwiązanie całej sytuacji. – Dostaję słowotoku, kiedy się stresuję. Dość uciążliwe. Możemy wyjść zapalić. Ochłonąć. Znaczy, ja ochłonę. Ty możesz po prostu dotrzymać mi towarzystwa.
Uśmiechnął się i pokręcił lekko głową, jakby chciał zapewnić brunetkę, że nie zamierzał oceniać jej czytelniczych wyborów. – Nie, nie jest to dziwne… - zawahał się na moment, po czym uśmiechnął nieco szerzej. – Zapytałbym cię o ulubionego mordercę, ale to byłoby zbyt dziwaczne.
Shah mógł sprawiać wrażenie człowieka, który nie przywiązywał większej uwagi do zasad, a już na pewno nie pozwalał, żeby zbyt często stawały mu na drodze. Miał jednak kilka własnych reguł, których trzymał się z uporem, choć nie zawsze potrafiłby wyjaśnić innym, skąd się właściwie wzięły.
- Nie poddaję się. Po prostu… jesteśmy dorośli, oboje wiemy, co próbuję tutaj zrobić, i nie widzę powodu, żeby uciekać się do walki. Mój kompas moralny mi na to nie pozwala. Jestem pacyfistą – wyjaśnił, unosząc lekko dłonie w geście kapitulacji. Kiedy ich kolana się zetknęły opuścił wzrok, zatrzymując go w miejscu, w którym dotknęły się ich nogi. Usta poruszyły się w delikatnym uśmiechu. Pochylił się odrobinę w jej kierunku i przekrzywił głowę. – Właściwie… czy to już odpowiedni moment, żebyśmy się sobie przedstawili?
Uśmiechnął się pod nosem, rozbawiony reakcją kobiety. – Nie chciałbym, żebyś pomyliła to z obelgą. Nauczycielki od lat zajmują całkiem wysokie miejsca w męskiej wyobraźni – zawiesił na niej wzrok. - Miałem na myśli to, że wydajesz się konkretna, inteligentna, dojrzała. Jak ktoś, kto potrafi wydawać polecenia i oczekuje, że zostaną wykonane. Co, jeśli mam być szczery, jest całkiem atrakcyjne.

Evina J. Swanson
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
KFC
brak AI, niekierowanie i nieczytanie w myślach postaci, ciekawe wątki, czytanie KP, otwarta komunikacja i wzajemne zaangażowanie triggers me
ODPOWIEDZ

Wróć do „Mimmo's Place”