ODPOWIEDZ
26 y/o
For good luck!
180 cm
utrzymanek i dusza towarzystwa w bogatym środowisku
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion, jego, jemu
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

   Nie sądził, że ten wieczór skończy się właśnie tak. Zazwyczaj nie przepadał za zmianą swoich planów i nie miał pojęcia, co w ogóle skłoniło go do tego, żeby to zrobił. Lazare, z jakiegoś powodu, budził w nim współczucie, ale nie to sprawiło, że zdecydował się z nim jednak jechać. Byli do siebie podobni pod wieloma względami, nawet jeśli na pierwszy rzut oka nie dało się tego stwierdzić. Alfie początkowo również tego nie widział, ale w sumie nigdy nie zwracał na łyżwiarza większej uwagi. Nie spodziewał się również, że ich drogi kiedykolwiek mogłyby się przeciąć w taki sposób. No ale los bywa przewrotny.
   Dodatkową motywacją, żeby jednak udać z Lazare do jego domu było to, że jego poprzedni klient po prostu zniknął. Cóż… z pewnością nie wpłynie to pozytywnie na jego opinię, ale niezbyt się tym przejmował. Miał całkiem stabilne grono swoich klientów, którzy zapewniali mu odpowiedni zarobek, więc nie potrzebował kolejnych. I tak, wiedział, jak to brzmiało i co o nim świadczyło, ale to, jaką miał opinię, nie obchodziło go. Mało rzeczy go ruszało. Zawsze robił dokładnie to, co chciał bez znaczenia na konsekwencje.
   Droga do mieszkania mężczyzny przebiegła im w wyjątkowej ciszy. Wyglądało to tak, jakby spontaniczność ich decyzji dopiero teraz w nich uderzała. Bloom nie wiedział, czy było to dobrym pomysłem i cały czas gdzieś w głowie rozważał, czy jednak nie powinien wysiąść i wrócić do siebie. No ale z każdym przejechanym kilometrem, wydawało mu się, że oddala się od tej możliwości, aż w końcu było za późno. Moreau był bowiem nieprzewidywalny. Owszem, Alfie widział, że w tym momencie mężczyzna jest raczej bezbronny, ale mogło to być mylnym odczuciem, zwłaszcza jeśli było się zestawionym z kimś, kogo tak naprawdę się nie znało i nie wiedziało się, do czego ten ktoś mógłby być zdolny.
   Postanowił jednak zaryzykować.
   Mieszkanie mężczyzny było całkiem przyjemne. Standardowo beżowe, idealnie wpasowujące się w bogackie wnętrza celebrytów. Nigdy nie zrozumiał tej mody, bo on sam lubił mieszkać tam, gdzie jednak było więcej koloru. No ale każdy miał swoje własne gusta. Zresztą mieszkanie, w którym aktualnie mieszkał również nie odbiegało od tej beżowej mody. Nie należało ono jednak do niego, a zostało mu sprezentowane przez jednego z klientów i Bloom liczył się z tym, że kiedyś może dojść do tego, że będzie musiał się po prostu wynieść, więc nie gromadził rzeczy, które musiałby później przenosić ze sobą. Jego wystrój był więc dość nikły i mieszkanie wydawało się sterylne. Jedyne co posiadał, to jego prywatne rzeczy – kolekcja perfum, książki i oczywiście ubrania. Wszystko to wystarczyło jednak zapakować do kilku walizek i kartonów.
   Wchodząc do mieszkania Lazare jego uwagę niemal od razu przykuła szklana ściana. Spodobała mu się niemal natychmiast. Uśmiechnął się. Lubił ładne rzeczy i coś, co wyróżniało się na tle podobnych pomieszczeń. Przyłożył dłoń do jednej ze szklanych płytek, rozkoszując się przyjemnym chłodem, który czuł.
   – Ładne to – przyznał, odwracając się w kierunku mężczyzny, z którym tutaj przyjechał. Uśmiechnął się lekko i od razu zaczął się rozglądać po wnętrzu. Nie musiał długo czekać na to, by poczuć się tutaj jak u siebie, bo gdy w rzeczywistości nie miało się swojego własnego domu, to można go było sobie zrobić wszędzie tam, gdzie się chciało.

lazare moreau
34 y/o
Welkom in Canada
186 cm
łyżwiarz figurowy wygnany po aferze dopingowej
Awatar użytkownika
Ring the bells that still can ring, forget your perfect offering. There is a crack, a crack in everything - that's how the light gets in.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Nocne światła miasta migały za samochodowym oknem niby zjawy, rozmywające się pod wpływem rozwijanej przez taksówkę prędkości. Jedynym dźwiękiem, który Lazare zdawał się rejestrować, był znajomy, miarowy szmer kół trących o pasma jezdni rozwijające się przed nimi jak długa, czarna wstęga. Od czasu do czasu do melodii tej dołączało rytmiczne tykanie kierunkowskazu, albo nieco niezręczne chrząknięcia kierowcy, który najwyraźniej dobrze czytał między wierszami i prędko domyślił się, że jego dwóch pasażerów nie należy bynajmniej do szczególnie rozmownych, albo zainteresowanych zwyczajowymi, kurtuazyjnymi pogawędkami o niczym. Wraz z tym, jak zmieniał się otaczający ich krajobraz metropolii, i Lazare zyskiwał podobne odczucia do tych, które odzywały się właśnie w Bloomie. Było za późno. Za późno żeby zmienić zdanie, żeby się wycofać albo wyjaśnić, że wcale nie o to mu chodziło (nie wiedział, o co mu chodziło). Za późno, żeby przyznać się do własnego tchórzostwa albo lęku przed konsekwencjami spontanicznie podjętej w klubowej łazience decyzji.
W drodze do własnego mieszkania, Moreau usilnie zatem próbował sobie wmówić własny animusz. Przekonać samego siebie, że istotnie był przecież dokładnie tym, za kogo uważał go sam Alfie: nieprzewidywalnym szaleńcem zdolnym w zasadzie do wszystkiego, nie zaś zwyczajnym, smutnym idiotą, który żadnym sposobem nie potrafił poradzić sobie z własną tragedią. Jego przesadnie przemyślany, ekstrawagancki w swojej ostentacyjnej drogocenności ubiór, wszystkie jego manieryzmy i zachowania, były zagraniami mającymi przekonać widza, że właśnie ta pierwsza wizja była prawdziwa. W końcu wszyscy - na czele z Alfiem - widzieli go dokładnie takim, jakim chciał im się prezentować (a nie takim, jakim kiedyś widział go Nadir). Jak trudnym, do cholery, miało być niby podtrzymanie tej teatralnej maski?


Trudniejszym, okazywało się, niż Moreau kiedykolwiek chciałby przyznać.

Jego mieszkanie rzeczywiście było przyjemne. A do tego anonimowe, sterylne, i nudne jak przysłowiowe flaki z olejem. W miejscu, w którym jeszcze rok temu wisiał pokaźny telewizor - ten sam, który pewnego wieczora blondyn roztrzaskał w przypływie nieokiełznanego żalu i złości - kierowana zachciankami Lazare gosposia zawiesiła teraz nowy, abstrakcyjny obraz. Podobno wybrany, kupiony, i przysłany przez jego matkę, ale łyżwiarz nie zdziwiłby się gdyby było to zwyczajne kłamstwo, opowiedziane mu przez gosposię w przypływie współczucia względem jego żałosnej osoby.
Co zabawne, Lazare nigdy nie zwracał większej, świadomej uwagi na eleganckie przeszklenie, wpisane gładko w topografię jego mieszkania. Ściana była tam, kiedy parę lat temu wprowadził się do apartamentu, i stanowiła pewnik, którego Lazare zwyczajnie nie rejestrował, tak jak robi się to z większością rzeczy, których się nie docenia, dopóki się ich nie straci.
Dopiero teraz, skłoniony ku temu przez komentarz chłopaka, Moreau zatrzymał się w pół kroku. Skupił spojrzenie na szklanych płytkach. Zastanowił się nad tym, jak ich pół-mleczna powierzchnia przepuszczała przez siebie nikłe światło ulicznych latarni, sączące się do pomieszczenia przez odsłonięte okno.
- Dziękuję - Powiedział, teraz z kolei przenosząc wzrok na Blooma, i na sposób, w jaki ten dotykał szklanego przepierzenia. Uważnie, niemal czule. Moreau mógł się założyć, że - nawet jeśli robił to automatycznie, czy półświadomie - Alfie dokładnie zauważa teksturę i temperaturę powierzchni. Przez chwilę zastanawiał się, czy w taki właśnie sposób blondyn dotyka także mężczyzn, którym się... oddaje? Poświęca? Sprzedaje? Nie był pewien, które ze słów byłoby adekwatne, a które obraźliwe. - Nie była to moja decyzja. Większość tego, co widzisz, już tu była, kiedy się wprowadziłem - Dodał, uświadamiając sobie, że po raz pierwszy tak naprawdę mówi w towarzystwie chłopaka coś więcej o sobie, o własnym życiu i doświadczeniach. Bloom miał świętą rację: nie znali się przecież ani trochę, niezależnie od tego ile, i co, słyszeli nawzajem na swój temat w środowisku.
Zdjął wierzchnie odzienie, pozwalając mu zwyczajnie osunąć się na podłogę, a potem z lekkim wzruszeniem ramion podszedł bliżej do ściany, przy której zatrzymał się Alfie. Obszedł ją z drugiej strony, pozwalając by chłopak stał się rozmazaną akwarelą. Docisnął własną dłoń do szkła, na wysokości, na której po drugiej stronie robił to Bloom. Potem się odsunął.
- Na co masz ochotę? - Zapytał. Ot, karykatura uprzejmego gospodarza. Nie sprecyzował przy tym, czy sugeruje towarzyszowi drinka, przekąskę, seks, czy może rozmowę o najgłębszych bolączkach ludzkiej egzystencji. Do wyboru, do koloru.

Alfie Bloom
26 y/o
For good luck!
180 cm
utrzymanek i dusza towarzystwa w bogatym środowisku
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion, jego, jemu
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

   Lubił zapachy i był na nie wyczulony. W nieswoim mieszkaniu miał całkiem pokaźną kolekcję najróżniejszych perfum. I w swoim wyborze rzadko kierował się ceną, chociaż bywał zapachowym snobem. Lubił dobrze pachnieć i czasami perfumy z wyższej półki były po prostu złe. Nie wiedział, jak to było możliwe, że ludzie, którzy mogli sobie pozwolić na wydanie sporej sumy pieniędzy, by dobrze pachnieć, wybierali zapachy, które przypominały dym papierosowy, skórę albo wędzoną kiełbasę. Nie było to coś, co Alfiemu pasowało nie tylko do jego własnego wizerunku, ale również do jego własnego nosa. Bo co to była za przyjemność? Bloom uwielbiał rozkoszować się dobrymi zapachami, ale musiały być one przyjemne. Nie przeszkadzało mu również to, czy były to zapachy męskie czy żeńskie.
   W mieszkaniu Lazare pachniało przyjemnie środkami czystości, tym chemicznym aromatem, który ukrywał się w kątach i do którego człowiek szybko się przyzwyczajał. Pachniało tu też nieco zastanym powietrzem, ale nie był to zapach nieprzyjemny, wręcz przeciwnie – taki, który mówił, że ktoś tu rzeczywiście mieszka. Mieszkanie Blooma również pachniało podobnie, chociaż on z kolei był wielkim fanem otwartych okien, przez co do środka wpadało całkiem rześkie powietrze. Mieszkał dość wysoko, więc zgiełk miejskiej codzienności rzadko do niego docierał. Lubił jednak zapach miasta, który do niego docierał. Nie był on pozbawiony syntetycznych, sztucznych zapachów, ale jednoczenie przefiltrowany ze wszystkich nieczystości i brudu. Oczywiście poza tym jego mieszkanie zawsze pachniało czymś innym, w zależności od tego, co robił, jak się czuł i co miał w planach. Zapachy wprowadzały odpowiednią atmosferę i nastawienie na to, co miał akurat zrobić.
   Dzisiaj na przykład pachniał wiśnią od Toma Forda, chociaż zapach tej wiśni wywietrzał, pozostawiając po sobie kwiatowe nuty. Zawsze starał się psikać w takich miejscach, żeby nie czuć zapachu cały czas, bo nos szybko się do nich przyzwyczajał i później miało się wrażenie, że przestało się pachnieć. Oczywiście trwałość zapachów była mocno uzależniona od ich jakości. Czasami zdarzało się, że kupował coś wyjątkowo tanio, a zapach utrzymywał się dłużej, niż tego oczekiwał. No ale jeśli już wydawał sporo pieniędzy, to chciałby aby to przekładało się na jakość produktu i jego większą trwałość. Nie chciał wydawać ośmiuset dolarów na perfumy, które szybko by mu się skończyły, bo musiałby się nimi spsikać kilkukrotnie, bo nie były one zbyt intensywne.
   Obejrzał się za siebie, gdy usłyszał szmer materiału osuwającego się z ramion swojego towarzysza. Przyjrzał się odzieniu, które miękko wylądowało na podłodze, po czym powrócił do szklanej ściany, którą to ciągle dotykał swoimi opuszkami. Podobały mu się nierówności powierzchni i jednoczesna gładkość każdej ze szklanych płytek. Gdyby zamknął oczy, to mogłoby mu się wydawać, że dotyka ściany lodu, jeśli dałoby się zignorować to, że nie była ona aż tak zimna.
   – To jaki jest twój wkład? – zagaił z ciekawości, widząc jak Lazare obchodzi ścianę i staje po jej przeciwnej stronie. Jego sylwetka rozmazała się teraz w bezkształtną, ciemną masę. Był ciekawy, czy Moreau miał jakiś wkład w urządzanie swojego domu, czy też odpuszczał uważając, że on sam był wystarczającą ozdobą. To by do niego pasowało, a przynajmniej do tej wersji siebie, którą zdawał się kreować w oczach innych.
   Jego dłoń pojawiła się dokładnie w miejscu, w którym po drugiej stronie przyłożył swoją mężczyzna. Uśmiechnął się lekko. Musiał przyznać, że nie spodziewał się po łyżwiarzu takiego delikatnego, niemalże intymnego zachowania. Nie wiedział w sumie, czego miał się po nim spodziewać, bo chociaż ich dzisiejsze spotkanie zaczęło się dość gwałtownie, to Alfie miał wrażenie, pewnie prawidłowe, że była to tylko fasada, którą jednak mógł dość sprawnie przejrzeć. Zupełnie jak teraz te szklaną ścianę.
   Zrobił kilka kroków w tył, rozpinając swój płaszcz, który to następnie złożył na pół i przerzucił przez oparcie jednego z foteli. Następnie rozpiął mankiety swojej koszuli i podwinął rękawy.
   – Trudne pytanie – powiedział, uśmiechając się pod nosem. Nie kłamał jednak, bo w sumie ludzie, z którymi się spotykał, rzadko pytali go o to, czego by chciał. Zazwyczaj wszystko było wybierane za niego, więc możliwość wyboru była przyjemna. Rozejrzał się po wnętrzu ponownie, zastanawiając się, jaki kierunek powinien obrać. Jego spojrzenie niemal od razu wylądowało na kuchni i lodówce.
   Nigdy nie trzeba było mówić mu, żeby czuł się jak u siebie w domu, bo zachowanie to było u niego czymś, co przychodziło mu naturalnie. Podszedł do lodówki i otworzył ją. Poza typowymi artykułami spożywczymi znalazł butelkę wina, która leżała na metalowej półce. Była otwarta, a korek był tylko lekko wciśnięty. Udało mu się też znaleźć dwie szklanki, bo nie uważał, żeby musieli pić wino akurat z kieliszków, mogli poszaleć.
   – Można? – zapytał, przechodząc do salonu i usiadł wygodnie na kanapie.

lazare moreau
34 y/o
Welkom in Canada
186 cm
łyżwiarz figurowy wygnany po aferze dopingowej
Awatar użytkownika
Ring the bells that still can ring, forget your perfect offering. There is a crack, a crack in everything - that's how the light gets in.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

- Czasami robię bałagan - Przyznał szczerze, trochę przekornie, pokrótce zastanowiwszy się nad swoim faktycznym wkładem w wystrój własnego mieszkania. Przez ostatnie dwie dekady, Lazare w zasadzie nigdy nie zyskał tej cennej szansy, by pod jakimkolwiek adresem zatrzymać się na wystarczająco długo i bez przerw, żeby móc nazwać je swoim domem. Jasne, mieszkanie w którym się aktualnie znajdowali, było jego własnościową przestrzenią, lecz nadal nie można było o nim powiedzieć, by kiedykolwiek nabrało własnego, specyficznego charakteru, albo wyhodowało jakąkolwiekduszę. Wszystko tu wydawało się wygodne, praktyczne, i jakby przejściowe, w taki sposób, w jaki przejściowe są lotniskowe hale odlotów, i poczekalnie w prywatnych przychodniach dentystycznych. Być może rzeczywiście chodziło o to, że neutralne, trochę bezosobowe tło pozostawiało spore pole do popisu dla Lazare, który przecież nawykowo lubił stawać się punktem centralnym każdego pomieszczenia, w którym się aktualnie znajdował - błyszcząc na salonach, brylując w towarzystwie, a czasem nawet, jak stało się to dzisiaj, będąc gotowym by zrobić scenę przede wszystkim po to, aby skupić na sobie cudze spojrzenia. W ostatnich miesiącach Moreau miał jednak coraz częściej wrażenie, że raczej zlewał się z własnym tłem jakby w wyniku jakiejś smutnej mimikry, a nie wyróżniał w kontraście ze stonowanymi barwami ścian i mebli. Sam blakł - jakby brak zajęć i tęsknota za dawnym życiem stopniowo wypłukiwała z niego cały kolor i smak. Miło było pomyśleć, że choćby przez jeden wieczór mógł przypomnieć sobie, jak to było mieć charakter. Owszem, kontrowersyjny, momentami męczący i irytujący, ale przynajmniej jakiś, zamiast tej nudnej pustki, którą odkrywał w sobie raz po raz w momentach przygnębiającej introspekcji.
Jeszcze przez moment przytrzymywał rękę w miejscu, w którym ta zetknęłaby się z wnętrzem dłoni Blooma, gdyby nie przesłona z chłodnego, matowego szkła. Gdyby ktoś przyjrzał się bliżej, faktycznie można było to uznać za całkiem symboliczny gest, ale Lazare był póki co zbyt wstawiony i zbyt skupiony na wyglądzie rozmówcy, by poddawać swoje pobudki aż tak głębokiej analizie. W końcu - w tej samej, mniej więcej, chwili, w której zrobił to młodszy mężczyzna - oddalił się od miejsca w którym niedawno się spotkali.
- W gruncie rzeczy, zawsze chciałem mieć psa. I więcej roślin - Wzruszył ramionami, pół-świadomie spuściwszy gardę, za którą zazwyczaj ukrywał podobne informacje o własnych marzeniach i potrzebach - Ale możesz sobie wyobrazić... - Powiedział, choć w zasadzie nie mógł mieć pewności, czy chłopak mógłby, albo w ogóle chciałby wyobrażać sobie, jak wyglądały jego życiowe ograniczenia - ...że nigdy nie miałem takiej możliwości. A teraz, kiedy przynajmniej w teorii byłoby to wykonalne, jakoś nagle straciłem zapał. - Co było dla niego dość typowe, pomyślawszy, że Moreau zawsze miał w sobie coś z przysłowiowego psa ogrodnika.
Spod przymrużonych nieco powiek, niemal sennie przyglądał się Bloomowi, gdy ten coraz pewniej i bardziej nieskrępowanie panoszył rozgaszczał się w jego mieszkaniu. Podążał za nim powoli, dając tym samym Alfie'mu możliwość dość swobodnego decydowania, co zrobi w następnej kolejności. Charakterystyczny dźwięk otwieranych drzwi lodówki, i lekkie pobrzękiwanie butelek ustawionych na znajdującej się na tych drzwiach półeczce, poinformował Lazare, że Alfie z pewnością nie zaspokoi się dzisiaj wyłącznie wodą. I całe szczęście.
- Miło, że pytasz - Powiedział, nie mogąc jednocześnie powstrzymać się od przekornej ciekawości co by się stało, gdyby odmówił. Czy Alfie potraktowałby to poważnie, czy raczej automatycznie uznał, że Lazare zwyczajnie się droczy? Nie spodziewał się, że łatwo by Blooma tym sposobem onieśmielił lub wystraszył - chłopak mógł wyglądać na wiele różnych rzeczy, ale z pewnością nie na kogoś, kogo łatwo dawało się spłoszyć. Jednocześnie przyjemnym było usłyszeć, że ktoś pyta go o zdanie. W trakcie swojej kariery, Moreau skutecznie przyzwyczaił się do faktu, że zawsze pytano go o opinię, a potem i tak zwyczajnie ignorowano ją jak gdyby nigdy nic. Jak gdyby był dzieckiem, albo domowym zwierzątkiem, które jest oczywiście urocze, ale pozbawione jakiejkolwiek większej sprawczości. Jak wówczas, gdy pytano go w którym hotelu chce się zatrzymać podczas igrzysk, a potem i tak rezerwowano inny, dogodniejszy, albo wtedy, kiedy tylko pozornie miał wpływ na robione przez siebie kampanie, bo ostatecznie i tak stawiano go przed faktem dokonanym. - Oczywiście, że można - Powiedział też zaraz, przypominając sobie, że Alfie nadal nie otrzymał odpowiedzi. - Na dole jest lód - Dodał, ruchem głowy wskazując dolne drzwi lodówki, za którymi znajdowało się sprytne urządzenie produkujące zgrabne kostki lodu niemal na zamówienie.
Niewiele później, znalazł się obok Alfie'go na kanapie, ale - o dziwo - w zaskakująco bezpiecznej odległości.
- Dlaczego trudne? - Zapytał, z jakimś roztargnieniem wracając do wcześniejszych słów chłopaka - Pytanie. Możesz mieć ochotę na cokolwiek, Alfie. Masz tu pełne pole do popisu, droga wolna. Nie mam żadnych planów na wieczór - Ani na jutro. Ani, w zasadzie, na całą resztę własnego życia.

Alfie Bloom
ODPOWIEDZ

Wróć do „#15”