29 y/o
Mark your calendar for Canada Day
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
you're not as bad as everyone says you are
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Dużo mówiła o nim.
O tym, czego nie powinien chcieć; co powinien zrozumieć, co powinien wreszcie od siebie odsunąć. Układała przed nim kolejne powody, coraz staranniej dobierając słowa, choć przecież wystarczyłoby jedno pytanie o nią samą, żeby cała ta przekonująca argumentacja zaczęła się rozsypywać. Wiedziała, dlaczego tak uparcie pozostawała po jego stronie rozmowy. Po swojej musiałaby przyznać, że ledwie chwilę wcześniej niemal ucieszyła się z czegoś, co dla niego mogło być kolejnym nieszczęściem.
Że nadal jej p o t r z e b o w a ł.
Czuła jak jego palce przesunęły się pomiędzy kosmykami i poczuła je również pod nimi, na odsłoniętej skórze. Mięśnie przy jej łopatkach napięły się odruchowo, ale zaraz później przebiegło po nich coś znacznie mniej niewinnego niż strach; drobny dreszcz, który zszedł niżej.
Przyjęła fakt o jej krzywdzie ze znajomym już ściskiem pod żebrami; przygotowana na wszystko, co mogło przyjść po nich; na akt oskarżenia, którego autorem była już i tak sama. Na kolejne potwierdzenie, że miała rację; i swój własny wniosek że nie powinna była pozwolić sobie nawet na tę krótką, bezwstydną ulgę.
Ale później powiedział również o sobie.
O nim samym, który skrzywdził ją.
Nie zgadzała się, oczywiście że nie. Protest miała już w zasadzie zbudowany i gotowy do przedstawienia mu (zabawne, że akurat tu potrafiła chcieć się sprzeciwić tak po prostu, bez strachu). Rozwarła nawet wargi, by mógł wybrzmieć, ale słowa uwięzły w jej gardle za sprawą tak prostego a dla jej ciała jakże skomplikowanego gestu. Ledwie muśnięcie, otarcie fragmentu skóry o skórę – ale to wystarczyło. Było wystarczające, by wytrącić jej sensowne argumenty z ręki. By nie mogła po nie sięgnąć uziemiona prostym, niemal niepozornym ruchem. Jej serce ścisnęło się rozpaczliwie; jej płuca nie chciały oddać oddechu.
Chciała go.
Nawet teraz, pomiędzy jednym przypomnieniem krzywdy a drugim, jej ciało znajdowało miejsce na coś tak prostego. Coś tak egoistycznego.
Pytanie dotarło do jej ucha, otoczyło je gorącym oddechem, który je przyniósł.
Przez chwilę milczała, z ustami rozchylonymi do odpowiedzi, która wydawała się zbyt mała wobec wszystkiego, co usiłowała w niej zmieścić. Czy myślała o nim? Znalazła czas?
— Tak — odpowiedziała szeptem; tak cicho, że odpowiedź mogłaby umknąć jej autorce. Jej palce zacisnęły się mocniej na ściskanym materiale sukienki.
Tak, kiedy rano robiła kawę i przegryzała zwykłą kanapką a nie rogalem z francuskiej brunchowni. Tak, kiedy siadała na kanapie w tym samym miejscu, które zajęła przy nim. Tak, kiedy nieudany muzyk zza ściany rozpoczynał swoją lekcję.
Tak, również wtedy, kiedy próbowała nie myśleć.
Podniosła spojrzenie do lustra. Odnalazła fragment jego twarzy przy własnej, ciemne włosy, znajomą linię policzka; i uznała że zdecydowanie łatwiej było patrzeć na niego w ten sposób. Łatwiej było powiedzieć to wszystko.
— Każdego dnia, Vincent. — Jego imię przeszło przez jej usta z tą samą miękkością, której przez tyle tygodni nie miała komu dać. Poczuła ją dopiero po chwili i niemal natychmiast zapragnęła cofnąć wzrok; schować się przed tym, jak wiele mogło zdradzić samo brzmienie tych kilku słów. — Zastanawiałam się, jak się czujesz. Czy twoje rany się goją. Czy… — urwała na krótko. — Czy w ogóle jeszcze czasami o mnie myślisz. — Chociaż nie powinna była chcieć, żeby to robił. Powinna życzyć mu spokoju, w którym nie musiałby wracać do jej twarzy i wszystkich rzeczy, które zaczęła dla niego oznaczać. Do jej zdrady; do krzywdy, do której doprowadziła. — Chciałam, żebyś znowu usiadł obok. Żebyś znowu powiedział mi jakie nudne jest moje życie, wypomniał mi krzyżówki, które tak naprawdę zaczęłam rozwiązywać tylko dlatego, że ty mi je zarzuciłeś. — Kącik ust drgnął jej, nie układając się jednak do uśmiechu.
Zamiast tego opuściła spojrzenie.
Szczerość była w zasadzie minimum, którą mogła mu podarować po tym wszystkim. Po tym jak brała i brała, każdego dnia okłamując go. Choć nie do samej intencji swojej obecności, nie całkiem, to wobec tego, co o nim postanowiono. Wspólnie z nią.
— Moja normalność przestała być normalna dla mnie — przyznała słabiej. — Stała się pusta bez ciebie.
You were everywhere, especially where you weren't
tamagotchi
anthony bennet
35 y/o
hound dog
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
i can't be your hero so i'll play the villain
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Haze lubiła bawić się w jasnowidza.
Zamiast przyszłości przepowiadała to, czego mógłby od niej chcieć nawet, jeśli wszystko inne stało w bezpośrednim tego zaprzeczeniu. Skupiała się na słowach, rzucanych w złości bądź desperacji, ignorując sposób, w jaki jego wzrok lgnął do jej twarzy, dłonie uparcie pozostawały na swoim miejscu nawet wtedy, gdy jego zadanie zostało wykonane, a sukienka rozpięta.
Wierzył, że w ten sposób okazywała swój własny brak zainteresowania.
To był motyw przewodni całej tej pieprzonej relacji, który wcześniej zrzucił na karb wydawanych jej rozkazów przez Scalviniego. Wygodny, zrozumiały powód, dla którego odmawiała rzeczy tak prostych jak butelka wody i tak zaawansowanych jak położenie się obok niego na jednej kanapie. Dużo prostszy do przyswojenia niż to, że była po prostu cholernie skomplikowana.
A on nieszczególnie jej coś ułatwiał.
Nagła szczerość spływająca z jej ust sprawiła, że zatrzymał się, w tej niebezpiecznej przestrzeni ponad jej ramieniem, gdzie niemal czuł miękkość jej włosów na swoim policzku. Uświadomiła mu o tym czasie, który upłynął i jałowości sposobu, w jaki go spędził.
Przez czterdzieści dni karmił się przekonaniem, że Violet wróciła do swojej normalności zadowolona z tego, że udało jej się wyjść z tego gówna względnie bez szkód. Że z irytującą łatwością wyrzuciła go z życia, zamknęła za nim drzwi i powróciła do tych wszystkich drobnych, niezwykle zwyczajnych czynności, które składały się na jej codzienność.
A teraz tkwiła przed nim w rozpiętej sukience, wyjawiając coś znacznie bardziej wartościowego niż zrobię czego ode mnie chcesz lub bezwartościowe przepraszam.
Ponieważ Monroe był egoistą.
Chciał, żeby tęskniła. Żeby brakowało jej jego głosu, obecności, dotyku, od którego tak długo próbowała się odzwyczaić. Chciał, żeby każda próba powrotu do normalności kończyła się równie żałosnym niepowodzeniem, co jego własna.
Nie chciał być jedynym, który z takim uporem usiłował odnaleźć się w świecie, w którym to drugie pozostawiło po sobie pustkę, samotnym we własnym cierpieniu.
- Myślałem o tobie - przyznał, beznamiętny ton jego głosu brzmiał niewspółmiernie do napięcia, które owładnęło jego ciałem na dźwięk tej szczerości, która być może jako jedyna w była tym, co od samego początku pragnął usłyszeć. - Codziennie rano, gdy wbrew swojej woli otwierałem oczy - mruknął, jego oddech rozbijał się na kobiecej skórze. - Każdego wieczora, gdy wreszcie je zamykałem.
Stała teraz tak blisko, że powietrze, którym oddychał, było nią nasączone.
Znał ten zapach. Rozpoznałby go pośród setki innych, podobnie jak delikatny zarys jej ramion, linię karku odsłoniętego przez rozsunięte włosy i w tę szczególną miękkość skóry, którą zdążył już poznać pod opuszkami palców. Była tu, prawdziwa i namacalna, a jednak wciąż odnosił wrażenie, że za chwilę zniknie.
- Próbowałem zapomnieć - przyznał, dziesiątki kobiet przemknęły przez jego myśli, pozostawiając po sobie smak rozczarowania. Żadna z nich nie sięgała do oryginału, żadna nie pobudzała jego krwi w sposób, w jaki robiła to Violet Haze. - Na wiele sposobów.
Jego dłoń, wciąż tkwiąca przy materiale sukienki przeniosła się na kobiecą talię, kciuk przesunął leniwie po jej boku. Wrażenie jej nieuchwytności nieustannie go nie odstępowało, kiedy gdzieś za jego mostkiem to miejsce wypalone do zera nagle zaczęło się odbudowywać.
Nagle znalazł w nim głód.
- Czy to byłoby takie straszne? - mruknął, jego druga ręka przesunęła się wyżej, wzdłuż kręgosłupa, przez kark, w stronę ciemnej tafli. Palce wsunęły między włosy, zacisnęły na nich lekko u samej nasady i pociągnęły, odchylając jej głowę, ułatwiając dostęp do szyi, na której pragnął składać swoje słowa. - Sięgnąć po coś, czego się pragnie?

you're the only one i want
29 y/o
Mark your calendar for Canada Day
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
you're not as bad as everyone says you are
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jego słowa osiadały w niej ciężko, zajmując coraz więcej miejsca, chociaż nie potrafiła jeszcze znaleźć dla nich odpowiedniego kształtu. Myślał o niej – rano, kiedy otwierał oczy; wieczorem, kiedy je zamykał. W tych samych porach, w których ona próbowała przyzwyczaić się do własnego mieszkania bez niego, on również musiał odnajdywać coś, czego wcześniej w nim nie było. Jakąś n i e w y g o d n ą pozostałość po niej. Nie odważyłaby się nazwać jej tęsknotą. Nie odważyłaby się wcześniej ułożyć podobnego obrazu nawet wyłącznie dla siebie.
Kiedy odszedł, zostawiając ją w magazynie, chciała wierzyć, że zdoła o niej zapomnieć. Że wraz z gojącymi się ranami na ciele odsunie również wszystko inne; jej twarz, jej głos, wszystkie powody, dla których potrafił spojrzeć na nią w tamten sposób. Życzyła mu tego szczerze, choć gdzieś pod tą szczerością nadal chowało się coś znacznie mniej przyzwoitego; coś żałosnego – rozpaczliwa niezgoda na to, żeby rzeczywiście potrafił.
Ale próbował. I podobno na wiele sposobów.
Przez chwilę w umyśle znowu widziała kobiecą dłoń na jego koszuli; palce przesuwające się po materiale; to jak blisko znajdowała się przy nim tamta brunetka; a później widziała i jego własną rękę, która zacisnęła się na jej udzie, zatrzymując ją przy sobie. Pamiętała ten ruch z żałosną wręcz dokładnością. Pamiętała też że udawała wtedy przed samą sobą, że chodziło wyłącznie o niezręczność rozmowy przy kimś obcym.
Nie był jej.
Powiedział jej to dostatecznie wyraźnie, później nawet pokazał, a ona i tak potrzebowała powtarzać sobie te słowa przy każdym kolejnym przesunięciu cudzych palców. Karciła się za tę zazdrość jeszcze później, kiedy obraz wracał nieproszony; za rozczarowanie, do którego nie miała prawa, za własną czelność, żeby po wszystkim nadal chcieć dla siebie miejsca, które mógł przecież oddać komukolwiek.
A teraz okazywało się, że nie potrafił.
Wspomnienie straciło ostrość, kiedy jego dłoń znalazła się na jej plecach i przesunęło po skórze. Grzbiet napiął się odruchowo i zatrzymał spięte mięśnie przez moment; przez krótką chwilę kiedy czuła ten niewielki ruch; ciepło każdego opuszka z osobna i mrowienie, które zostawało po nich.
Dotyk stawał się czymś okrutnie mylnym dla jej umysłu. Ciało rozpoznawało go przecież bezbłędnie; wiedziało, które palce pozostawiały po sobie to obrzydliwe, rozchodzące się pod skórą palenie, a których obecność chciało zatrzymać. Przy jednych traciła po kawałku własną wolę, własny głos, własną obecność. Przy drugich zaczynała odnajdywać je z powrotem; wracały razem z ciepłem jego dłoni.
Czuła drogę jego palców, kolejne miejsca, przy których zatrzymywała się jej uwaga; kiedy wsunęły się między włosy, własne dłonie zacisnęła mocniej na materiale sukienki, którą tak desperacko przytrzymywała przy sobie.
Delikatny nacisk przy nasadzie włosów wystarczył by poddała mu głowę, odchylając ją powoli, ostrożnie, jak gdyby większy ruch mógł zdradzić zbyt wiele; coś czego nie powinien. Odsłonięta skóra na szyi stała się nieznośnie wrażliwa na ciepło jego oddechu. Przełknięcie śliny nagle wymagało wysiłku; jej usta rozchyliły się odrobinę, wypuszczając powietrze, którego nie potrafiła już utrzymać przy sobie cicho.
To, jak dopasowywała się do niego dała się spiąć jednym słowem – posłuszeństwo. To również było znajome w codzienności, ale teraz inne. Nie czekała rozpaczliwie aż zabierze rękę; nie marzyła o tym, aby w końcu się odsunąć – przeciwnie. Chciała, żeby nadal jej dotykał.
Rozluźniła jedną dłoń na sukience, pozostawiając materiał w uścisku drugiej. Wolne palce odnalazły jego rękę przy talii; najpierw dotknęły jej ostrożnie, później osiadły pewniej na znajomej skórze; przesunęła po niej kciukiem z tą samą zachłannością, którą jeszcze przed momentem chciała przed nim ukryć.
— Chcę tego, Vincent — przyznała cicho. Wypowiedzenie tego nie uciszyło sumienia. Poczuła je niemal natychmiast, razem ze ściskiem w gardle i wspomnieniem wszystkich poprzednich chwil, w których również pozwalała sobie chcieć. — Ale nie chcę znowu chcieć za dużo.
You’re the one i never want to be without
tamagotchi
anthony bennet
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Entertainment District”