ODPOWIEDZ
26 y/o
For good luck!
173 cm
weterynarz w Leslieville Animal Hospital
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3-osobowy
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Życie w Kanadzie czasami wydawało się być spełnieniem jej marzeń, choć nigdy nie ukrywała, że tęskniła za Szkocją. Nie zrezygnowałaby ze swojego obecnego życia, ale wiedziała, że to właśnie rodzinny kraj jest jej ulubionym miejscem na ziemi. Gdyby sytuacja była inna i gdyby jej rodzina była nieco bardziej normalna, nie zdecydowałaby się na wyjazd. Dokończyłaby weterynarię i zostałaby ze swoją miłością życia… chłopakiem spotkanym przypadkowo, choć zdecydowanie jego obecność w jej codzienności nie miała być żadnym przypadkiem. Po latach wychodziła z założenia, że nie powinna go tak nazywać, głównie dla swojego własnego komfortu oraz zdrowia psychicznego, bo czasami świadomość, że straciła tę przeznaczoną dla siebie osobę, strasznie ją przytłaczała. Nie były to myśli, które dręczyły ją na co dzień, jednak zdarzało się, że czasami czuła się po prostu gorzej.

Dzisiaj był właśnie taki dzień, czuła to praktycznie od momentu, w którym się obudziła. Poszła na poranną zmianę do kliniki, na dwa zaplanowane zabiegi i później wizyty czworonożnych pupili, którzy potrzebowali mniej lub bardziej nagłej pomocy. Jej praca była dla niej jak balsam dla duszy, bo uwielbiała zwierzęta i wychodziła z założenia, że futrzaści przyjaciele najlepiej potrafią poprawić humor. Może właśnie dlatego wróciła do domu i postanowiła zaszyć się w czterech kątach mieszkania z własnym kotem, chowając się pod koc i urządzając maraton z mini serialem, który wczoraj znalazła podczas scrollowania. Cieszyła się, że po ciężkich tygodniach, Toronto wraca do swojej świetności (dosłownie), bo niektóre sceny były wręcz dantejskie — Autumn z obawą obserwowała wiadomości i dostosowała się do zaleceń, nie wychodząc z domu w nocy oraz wieczorem, a nawet oszczędzając swoje wyjścia również za dnia. Ograniczała je do minimum, a teraz zdawało się, że wszystko ma wrócić do rzeczywistości… dlatego też rozpieściła się zamówionym jedzeniem, odbierając je w drzwiach od kuriera, kiedy wydarzyło się coś niemożliwego. Snowy ruszyła dzidą przed siebie, wybiegając na klatkę i zbiegając schodami w dół. Autumn pozostało odebrać jedzenie, rzucić je szybko na komodę przy wejściu i ruszyć za kotem, który wykorzystał okazję i czmychnął między nogami sąsiadki, która właśnie wchodziła do klatki. Wymieniła z kobietą zdezorientowane spojrzenie i realnie zaczęła błagać wszechświat, aby jej kot nie wpadł pod jakieś auto.

Los chciał, że mieszkała tuż obok parku. Kot przebiegał między alejkami, finalnie wdrapując się na drzewo, pod którym Ashford stanęła i zadzierając głowę do góry, patrzyła na kotkę siedzącą na gałęzi. — Snowy, złaź na dół, kici kici — zawołała ją, nawet kucając i lekko stukając paznokciami o chodnik, jakby miało to ją jakoś bardziej zachęci; jednak bez szans. Podniosła się na równe nogi, przeczesując dłonią blond włosy i nie spuszczając spojrzenia ze zwierzaka. — Spadniesz stamtąd i będziesz chodzić w kołnierzu albo jeszcze gorzej! — krzyknęła do białej śliczności i miała nadzieję, że ją zrozumie i zlituje się, potulnie schodząc na dół. — Sprzedam cię, przysięgam! — rzuciła w jej kierunku, wystawiając ku górze palec wskazujący. — Chociaż nie wiem, kto by chciał cię kupić, musiałabym jeszcze do ciebie dopłacić. Może lepiej jest cię przerobić na pasztet. — Była wręcz przekonana, że usłyszała jej fuknięcie z góry. Przykładna pani weterynarz właśnie groziła swojemu kotkowi; komedia w biały dzień. Dobrze, że przynajmniej postanowiła spierdzielić za dnia, bo nie wyobrażała sobie stać tutaj wieczorem lub w nocy, zwłaszcza jeśli kilka tygodni temu, w którymś z parków, znaleziono zwłoki kobiety… nie mogła o tym myśleć, już miała wystarczający problem na głowie.

Zaraz przechodził obok niej mężczyzna, którego postanowiła zaczepić, bo nawet nie wzięła ze sobą telefonu, aby zadzwonić na cholerną straż pożarną, która pomogłaby ściągnąć kota z drzewa. Było jej wstyd zawracać im głowę taką pierdołą, kiedy miasto potrzebowało ich pomocy w innych obszarach… no ale co mogła innego uczynić? — Przepraszam, czy ma pan może przy sobie telefon? Mój głupia kotka wybiegła z mieszkania i nie mam jak zadzwonić po pomoc — zagadnęła, licząc, że mężczyzna nie zignoruje jej, przechodząc dalej. Nawiązała z nim kontakt wzrokowy i po samym jego spojrzeniu czuła, że był dobrym człowiekiem, a jednocześnie… coś ją ścisnęło.

Zupełnie jakby nie pierwszy raz patrzyła w te oczy.

stranger?
29 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
188 cm
Biochemik w ProteinQure
Awatar użytkownika
present's a thought
and a piece of mind
and i want my girl in my arms when I sleep
breathing in her dreams
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Bywały poranki, podczas których człowiek przeczuwał, że wydarzy się coś ważnego, co miało mieć wpływ na dalsze życie. Może spotkanie, może nietypowa sytuacja, może krótka rozmowa. Jakiś dźwięk lub zapach, które miały odcisnąć się w pamięci, przypominając o sobie za kilka lat, kiedy niczego nieświadomy posiadacz wspomnień zajmował się swoją nową codziennością.
Maggio miał wrażenie, że takim porankiem był ten dzisiejszy. Ledwo otworzył oczy, a ogarnęło go uczucie, którego nie potrafił wyjaśnić, a które nie miało niczego wspólnego z Elvirą, która ten nocy spała u jego boku, obawiając się pogrążonego w mroku i chaosie miasta. Wintersowi zależało na jej bezpieczeństwie i nie pozwoliłby jej teraz siedzieć samej wiedząc, jak wiele złego czaiło się na ulicach, nad którymi nie potrafiła zapanować policja.
Czuł się niemal jak zdrajca, kiedy delikatnie gładząc dziewczynę po policzku myślami uciekał zupełnie gdzie indziej. Daleko mu było do jej pełnych ust, do delikatnie poruszających się powiek, które były oznaką snu zaprzątającego jej umysł. Nie, on podążył za przeczuciem, które powiodło go ku wspomnieniom lat, o których pamiętanie nadal bolało. Wystarczył fragment, by serce zapiekło go próbując nie wyrwać się z piersi i tego dziwnego żalu, który nie opuszczał go ani na trochę. Maskował go, próbował ukryć, ale wiedział, że tam był i miał być zawsze. jeśli bowiem kochało się coś tak mocno, tak brutalnie, tracąc to później, człowiek nigdy nie mógł wrócić do normalności.
Bo serce pamiętało.
Westchnął, podnosząc się z łóżka. Przygotował śniadanie pozwalając by jego ukochana pospała jeszcze trochę przed pracą, do której miała się udać. Kolejna egoistyczna myśl nawiedziała jego umysł - naprawdę nie miał niczego przeciwko, że zostanie na chwilę sam. Za bardzo czuł się pogubiony, żeby dać jej to, czego być może potrzebowała. nie teraz, kiedy najpierw musiał wyjaśnić przyczynę emocji, która się czaiła.
Pocałował ją delikatnie, a kiedy ostatecznie pożegnali się obietnicą, że wieczorem znów się zobaczą, Maggio zerknął na Szyszkę, która patrzyła na niego niemal z dezaprobatą. Był niemal pewien, że ten pies czytał w jego myślach i wiedział, co takiego działo się w głowie biochemika.
-Ach, Szyszy, niczego nie wiesz. Twoje piękne psie serce nie zrozumie - westchnął, opadając na kanapę, oddając się bezproduktywnej przyjemności wpatrywania się w ścianę. mógł sięgnąć po książkę, mógł chociażby rozwiązywać krzyżówki - zamiast tego po prostu siedział zatapiając się w myślach. Z tego stanu wyrwało go ciche skomlenie psa, który domagał się spaceru. No tak, to była jego pora!
Chwycił za smycz, przepraszając suczkę chyba z piętnaście razy zanim ostatecznie znaleźli się na zewnątrz. I tu nic nie zapowiadało jakichkolwiek problemów, chociaż uczucie z poranka zostało, teraz intensywniej dając o sobie znać. Ewidentnie potrzebował skupić się na czymś innym. Może nowe hobby? To podobno pomagało, chociaż nie grzeszył zbyt dużą ilością wolnego czasu.
W parku, w którym się znaleźli, rozpętało się niemal piekło, które miało namieszać w życiu blondyna jeszcze bardziej. Szyszka szarpnęła smyczą wyrywając się i biegnąc w tylko sobie znanym kierunku. Maggio w obawie, że ponownie zgubi psa, szybkim krokiem ruszył za nią. W ten sposób minął dziewczynę stojącą pod jednym z drzew, nie poświęcając jej żadnej uwagi. Do czasu, w którym wydarzyły się równocześnie dwie rzeczy - poczuł zapach, który uderzył w niego intensywnością wspomnień oraz nie usłyszał błagania w jej głosie, kiedy się do niego zwracała.
Przystanął nagle, starając się wrócić do siebie. Co to miało być? Czemu nagle zbombardowała go wizja pięknej twarzy, pięknych oczu i uśmiechu, za który oddałby wszystko?
Obrócił się w stronę kobiety, mierząc ją spojrzeniem, ostatecznie zatrzymując się na jej oczach, które były znajome, a jednak dziwnie obce. Czy aż tak zaczęła mu się mieszać przeszłość z teraźniejszością?
Zdając sobie sprawę, że przygląda jej się zbyt długo i zbyt intensywnie, odwrócił spojrzenie, zaraz sięgając do kieszeni.
-Oczywiście, chociaż nie jestem pewien, czy jakakolwiek pomoc się zjawi. miasto niby wraca do normalności, ale służby nadal mają sporo roboty. Może ja mogę jakoś pomóc? kotka gdzieś utknęła? - zainteresował się odczuwając irracjonalną potrzebę wymuszenia na kobiecie odpowiedzi, jakby podświadomość pragnęła słuchać jej głosu.
Popadał w paranoję.

A familiar stranger
26 y/o
For good luck!
173 cm
weterynarz w Leslieville Animal Hospital
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3-osobowy
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Autumn nauczyła się nie rozmyślać. Powrót wspomnień zdawał się być zawsze bolesny, więc wychodziła z założenia, że zapomnienie o tym było lepsze. Łatwiejsze. A przynajmniej tak jej się zdawało, dopóki obraz Maggio nie nawiedzał jej w najpiękniejszych snach, przypominając, co straciła. A straciła miłość, to poczucie bezpieczeństwa, które dawał jej z taką łatwością, a także ciche obietnice, że świat będzie teraz lepszy. Wspominała miłe wieczory, długie noce, krótkie poranki, szybkie pocałunki między zajęciami i długie spojrzenia, kiedy raz na semestr zdarzało się, że mieli jakieś wspólne wykłady. Życie, które prowadziła w Glasgow było jej drugim, alternatywnym życiem, jednak wieczorami wracała do Edynburga, próbując sprostać oczekiwaniom rodzicom, bo nauczyła się, że już od dziecka w zasadzie niewiele miała do gadania.

Dlatego podejmowanie własnych decyzji było tak przyjemnie nowym uczuciem.
A jednak zdarzały się fuckupy. Tak jak dziś.

Stała pod drzewem, niepewna, co w zasadzie powinna począć. Mieszkała tutaj kilka lat, ale nie znalazła przez ten czas żadnej miłości, utwierdzając się w przekonaniu, że jej szczęście zostało w Szkocji. Miała kilku znajomych, mogła zadzwonić do Cassie, ale z pewnością większość osób próbowało teraz zorganizować sobie w jakiś sposób życie, aby dostosować się do nowej rzeczywistości. Rozkładała bezradnie ramiona, a jednak na horyzoncie pojawił się jej wybawca. Cieszyła się, gdy był jeszcze daleko, ale gdy dotarł bliżej, ukazując swoją twarz… nie wiedziała, czy powinna się cieszyć.
Mogła mieć omamy, ale barwa jego głosu coraz bardziej utwierdzała ją w przekonaniu, że przed nią stał Maggio. Jego dorosła wersja, w której zmężniał, ale nadal bił od niego ten sam spokój. Nie, tego nie mogła pomylić z nikim innym. Była tylko jedna osoba na świecie, której obecność i uspokajające słowa działały na nią jak balsam na duszę. Kiedy wpadała w panikę, nie potrafiąc mu powiedzieć, o co chodzi — poprawka, nie mogła mu powiedzieć. Jak miała wyznać mężczyźnie, którego kochała, z którym powoli zaczynała układać sobie prawdziwą przyszłość, że tak naprawdę była narzeczoną z przymusu i kilka tygodni dzieliło ją od stanięcia na ślubnym kobiercu? Swój najgorszy moment miała dwa miesiące przed. Niby jeszcze dużo czasu, ale wiedziała, że ich wspólne chwile się kurczą. Ta świadomość działała na nią obezwładniająco i dzień przed ślubem, który notabene nie doszedł do skutku, wystawiła go. Wystawiła, znikając i odcinając się od niego, traktując go jak nic nieznaczący paproch.

Spojrzała na niego, a ciepły głos drżał w jej mózgu, wywołując gęsią skórę na plecach. Przeniosła wzrok na drzewo. — Siedzi tam, gnida mała — stwierdziła, brodą wskazując w kierunku gałęzi, bo przecież nieładnie było wskazywać palcem. — Nie wiem, czy może pan jakoś pomóc. Jeśli nie postanowi sama zejść, to raczej trzeba będzie tam wejść, ale to niebezpieczne. Dlatego przydałby się wóz strażacki. — Albo wysięgnik. Albo jedno i drugie, chociaż samo drugie nie zawracałoby głowy osobom, które z pewnością mają poważniejsze prace niż ściąganie kota z drzewa. — Przepraszam, nie chcę zabierać czasu. Poradzę sobie z nią, a może w końcu zdecyduje się zejść. To kot kanapowy, raczej nie jest przyzwyczajona do życia w dzikiej naturze — parsknęła, chociaż park nie mógłby być nazywany dziką naturą… chociaż czy poniekąd nią nie był? Dla Snowy z pewnością sama wiewiórka była dzikim zwierzęciem.

a beautiful past that haunts me
29 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
188 cm
Biochemik w ProteinQure
Awatar użytkownika
present's a thought
and a piece of mind
and i want my girl in my arms when I sleep
breathing in her dreams
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Wspomnienia potrafiły być prawdziwym koszmarem. Kiedyś Maggio uważał, że stanowiły jeden z piękniejszych elementów znajomości, która miała trwać wieczność nawet, kiedy skończy się świat, jednak z czasem, który zweryfikował jego podejście, przekonał się, że były niemal trucizną, wlewającą się do jego ciała w najmniej odpowiednim momencie, przeszkadzając mu w poznaniu szczęścia na nowo. Wątpił, by kiedykolwiek potrafił wrócić do stanu, w którym trwał w pierwszych latach studiów, ale chciał chociaż trochę ustabilizować swoje życie, by serce przestało tęsknić za widmem dawnego życia.
Obrazy jednak mu nie dawały. Wdzierały się do głowy, kiedy tylko jego wzrok napotkał rzecz, która przypominała mu o niej. Czerwony liść na jesiennym drzewie powiewający delikatnie, jakby muskany oddechem. Błysk promieni słonecznych na wodzie, które mieniły się zupełnie jak jej oczy, kiedy tylko wpatrywał się w nie godzinami. Szept wiatru pomiędzy koronami drzew, który niósł ze sobą cichy dźwięk jej głosu.
Czemu właśnie teraz tak nachalnie go obezwładniały, kiedy wielokrotnie szedł tym parkiem, wyprowadzając psa? To była niemal rutynowa trasa, która zmieniała się jedynie za sprawą nowych ludzi, jak również działania pór roku oraz pogody. Nie podobało mu się to. Czuł się jak zdrajca względem Elviry, która przez niemal dwa lata była jego ostoją. Tą samą, której nie mógł w pełni dać siebie. Przecież ją kochał, była dla niego ważna. Czemu więc tak trudno było mu się do tego dostosować, coraz częściej uciekając w wir pracy, zamykając się w laboratorium?
Z tych rozmyślań wyrwała go nieznajoma, która go zaczepiła. Nigdy nie odmawiał ludziom pomocy chyba, że dotyczyła dołożenia się do alkoholu. Od tego stronił - nie miał zamiaru przykładać ręki do czyjegoś upadku, kiedy sam każdego dnia leciał w dół.
Kiedy obróciła głowę, przyjrzał się jej profilowi. Serce próbowało mu powiedzieć, że były to nad wyraz znajome rysy, jednak umysł blokował wszelkie informacje, jakby w ten sposób chcąc go chronić. Nie potrzebował teraz przytłoczenia, tak działała reakcja obronna. Dlatego nieświadomie, z dziwnym poczuciem, że coś mu nie pasowało, stał przy niej urzeczony przyjemną wonią jej perfum. Mieszanką wiosennego powiewu z nutką jesiennego deszczu. wyraziste, ale nie nachalne.
-W takim razie koniecznie trzeba ją stamtąd znieść. Nie jestem mistrzem we wspinaniu się na drzewa, ale kto wie, może umiejętności z dzieciństwa nie zanikają - powiedział, uśmiechając się do niej. Chciał wodzić wzrokiem po jej uroczej twarzy, ale zdawał sobie sprawę, jak dziwnie by to wyglądało. Nie chciał zostać odebrany jako stalker lub inny creeper. - Pan - zaśmiał się na jej słowo. - Dawno nikt tak do mnie nie mówił. Maggio jestem, jeśli nie przeszkadza ci przejście na ty - powiedział łagodnie, wyciągając w jej stronę dłoń pod wpływem impulsu. - Ludzie zazwyczaj nie szastają tak swoimi imionami, ale kto wie, może ta przygoda będzie początkiem naszej znajomości - dodał licząc, że nie wzięła go za żadnego zboczeńca, ani nachalnego typa. Czuł jednak niewyobrażalną potrzebę, by podzielić się z nią swoimi personaliami. Był teraz marionetką w rękach losu, który pociągał za sznurki.
-Nie przeszkadzasz, naprawdę. Cała przyjemność po mojej stronie, bo jaki mężczyzna nie chciałby zostać Rycerzem na Białym Koniu dla takiej niewiasty - wyrzucił z siebie bezwiednie, niewiele myśląc.
W tym samym momencie podbiegł jego pies, który najwidoczniej wyczuł obecność kota. Stanął pod drzewem usilnie szczekając i skacząc po pniu.
-Szyszy! Uspokój się bo wystraszysz kocią damę! - fuknął na psiaka, który niczego sobie z tego nie robił. - Przepraszam za nią, to aż dziwne, że tak reaguje - westchnął, przeczesując dłonią włosy. Teraz obecność jego pięknej suczki była mu wyjątkowo nie na rękę.

You are an unknown memory from the most beautiful dreams
26 y/o
For good luck!
173 cm
weterynarz w Leslieville Animal Hospital
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3-osobowy
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Nie oczekiwała niczego, naprawdę. Jej jedyną prośbą było użyczenie jego telefonu, aby zadzwonić o pomoc i w duchu modlić się, aby jakiś strażak zlitował się nad jej mizernym losem i przyjechał tu z drabiną lub innym sprzętem. Nie wiedziała, jakie były procedury ratowania kotów z drzew i nie czuła potrzeby, aby zdobyć takie informacje. Najwidoczniej kotka dbała o edukację swojej pańci i postanowiła ją czegoś nauczyć… a może po prostu Snowy była przekornym losem, który próbował jej coś podpowiedzieć? Póki co, Autumn była o krok od padnięcia przez palpitacje serca, bo nie wiedziała, czy jeśli jej kot kanapowy zacznie spadać, to czy zdąży odpowiednio ją złapać. — Naprawdę? — zapytała, niedowierzając, że spotkała tak miłego człowieka. Ze wszystkich możliwych, udało jej się spotkać kogoś, kto chciał realnie pomóc, a nie tylko przypatrywać się razem z nią zwierzęciu.

Sama uśmiechnęła się, słysząc jego śmiech. Wręcz melodyjny dźwięk, który wywoływał falę ciepła na jej sercu. Było to tak cholernie znajome, że aż przerażające. Poczuła niepokój przez to, że nie mogła dopasować tego dźwięku do konkretnej osoby, jakby mózg próbował oszczędzić jej bólu, jednak rzeczywistość zdawała się nieubłaganie gonić panienkę Ashford.


Maggio.


Poczuła paraliż. Obezwładniające uczucie, które przez moment nie pozwoliło jej ani się poruszyć, ani odezwać, a po prostu przez dobre kilka sekund wpatrywała się w niego jak debilka, choć przez jej umysł przeleciały dwa, najpiękniejsze lata z jej życia. Nie wierzyła w przypadki, a przynajmniej nie na taką skalę. To podobieństwo, znajomy dźwięk jego głosu i śmiech, który teraz było jej o wiele łatwiej dopasować. To był absurd, spotkać miłość swojego życia po tylu latach i nie wiedzieć, co powinna teraz uczynić. Rzucić mu się w ramiona? Przeprosić? Przyznać się do winy? Udawać nieznajomą, jak gdyby nigdy nic? Ostatnia opcja wydawała się być najprostsza, w końcu wydawało się, że jej nie poznał. Głowa wybuchała jej od nadmiaru myśli. — A…sh. Jestem Ash — przedstawiła się, krótko zacinając się na początku, ale na poczekaniu wymyślając jakikolwiek pseudonim, który akurat wzięła od swojego nazwiska. Nie miała serca zrujnować mu życia. Nie po takim czasie, kiedy z pewnością ułożył sobie życie i ostatnią rzeczą, o której myślał, była głupia blondynka, która wodziła jego nosem; która zawładnęła jego sercem i która tak doszczętnie go zraniła. Miała świadomość swoich czynów, swojej okropnej decyzji, a jednak wtedy wiedziała, że nie miała innej opcji. Ba, nadal tak uważała. Prawda i świadomość, że oszukiwała go przez dwa lata, zraniłaby go tak samo jak cicha ucieczka i przeświadczenie, że kobiety były obłudne i kłamliwe.

...ale kto wie, może ta przygoda będzie początkiem naszej znajomości.
Wiedziała, że nie było takiej opcji. Przedstawiła mu się, znowu go okłamała. Może po prostu była okropnym człowiekiem? W odpowiedzi posłała mu blady uśmiech, zdając się tylko na tyle. Chciałaby, żeby to wszystko wyglądało o wiele łatwiej, chciałaby móc na nowo zagościć w jego życiu, a jednak gdzieś czuła, że nie miała do tego prawa. Boże teraz wszystko łączyło jej się w całość — nawet sposób, w jaki mówił, w jaki formułował zdania, z jaką manierą. Nie wiedziała, jak mogła przegapić to od samego początku. — Prawdziwy dżentelmen — rzuciła z uśmiechem, będąc nieco onieśmielona całą sytuacją.

Kotka się zjeżyła, kiedy psina podbiegła pod drzewo i już widziała, jak łapka osuwa się jej z gałęzi. Serce biło jej jak oszalałe przez całą sytuację z ucieczką, potem przez fakt, że przed nią stał właśnie jej Maggio… znaczy, no już nie jej. Teraz serce podskoczyło jej wręcz do gardła, kiedy miała wizję, że jej kanapowy kot wcale nie spadnie na cztery łapy. — A widziała kiedyś kota na drzewie? — zagadnęła, przyglądając się zwierzętom. Kiedyś planowali mieć razem psa i kota, był to jeden z wielu scenariuszy, które snuli, a które nigdy nie miały prawa bytu. — Może przestraszy ją i sama zleci. — A potem suczka złapie jej kotkę między zęby i tyle będzie. Albo wpadną pod auto. — Nie chcę, żebyś może zleciał z tego drzewa, może… po prostu mnie podsadzisz? — zasugerowała, bo to wydawało się być bezpieczniejsze, niż małpi gaj, który mieli w planach urządzać od początku. Liczyła, że jeśli dobrze się wyciągnie, to dosięgnie Snowy i przynajmniej ta historia znajdzie swój happy end.

be my superman
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Dzielnica Mieszkalna”