36 y/o
For good luck!
176 cm
stolarz na zlecenie
Awatar użytkownika
Don't let the mold break you
Let the feeling come take you
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Znał to uczucie – to jak spojrzała na niego Jennifer idealnie oddawało jak sam się czuł. Tak głośno wszystko w nim krzyczało, że nie chce tej wspinaczki. Ciało jak i umysł chciał w końcu doznać trochę komfortu, trochę spokoju. Nie było im to jednak pisane.
Z jednej skrajności w drugą, pomyślał do siebie w ramach pocieszenia stwierdzając, że zastałe stawy dostaną teraz dużą dawkę ruchu. Relatywnie nawet zdrowego ruchu i na pozór nieszczególnie wymagającego. Oprócz tego, że musieli wykonać go wiele razy.
Dopiero zaskoczenie Jennifer uświadomiło Bryce’owi, że niebezpośrednio zaprosił ją do swojego mieszkania. W normalnych warunkach nawet nie przeszłoby mu to przez myśl, ale działał praktycznie – potrzebowali informacji, potrzebowali sprzętu do tych informacji. Jego mózg w tym wszystkim bycie w jego mieszkaniu uznał za wręcz drugorzędne.
Zmieszanie wyraźnie wymalowało się na twarzy Livingstona i ten uniósł ręce w geście niewinności. - Nie... um... Tylko jeśli ci to nie przeszkadza. Po prostu... wiem, że mam potrzebny sprzęt i uh... założyłem, że ty nie... - Wyjaśnił, gestykulując w jej kierunku. Czy jego propozycja była... nie ma miejscu? Gdyby nie zmęczenie i warunki wyjątkowe zapewne już zacząłby sobie wyobrażać, że kobieta musiała go mieć za jakiegoś narwańca. - I że będziesz chciała wiedzieć coś więcej. - Była w końcu kimś kto poświęcił wiele czasu na lepsze rozumienie świata owadów i ich samych, po byciu zamkniętym przez tyle czasu musiała chcieć zdobyć więcej informacji na to co się działo poza murami budynku.
Dosłyszał się jej mruknięcie, ale pozostawił je bez komentarza. Uznał, że kobieta poczuje się bezpieczniej, jeśli sąsiad nie będzie jednak wiedział pod którym numerem i na którym piętrze dokładnie mieszka. Tak czy owak, mieli ich jednak kilka do pokonania. Myślał sobie, że winda mogła przecież zatrzymać się trochę wyżej, bo ułatwiłoby im to sprawę teraz. Z drugiej jednak strony strażacy dłużej by się do nich wspinali. Los dał im więc kompromis.
-Wiesz… – Ruszył za nią. Mimo dzielonego braku entuzjazmu Bryce był gotowy szybko pokonać co najmniej pierwsze dwa piętra. Zaraz skakałby po co drugim schodku, gdyby nie to, że nie chciał przepychać się obok Jennifer i zostawić ją w tyle. Stwierdził, że w gruncie rzeczy nic by mu to nie dało. -zawsze mogę argumentować w drugą stronę w ramach wypełnienia czasu. – Mimo tego, pozostał cicho. Nawet jego myśli trochę przycichły jakby musiał konserwować swoje siły, aby dotrzeć do celu.
Kiedy Wheeler się do niego odwróciła spotkał jej spojrzenie i wręcz teatralnie odzwierciedlił jej poważny wyraz, starając się powstrzymać od nawet cienia uśmiechu. Jeszcze nie wiedział co go czekało, ale dostrzegł ten błysk w oku kobiety. I to co usłyszał, było zdecydowanie nieoczekiwane.
Zacisnął teatralnie usta nadal pracując ciężko nad utrzymaniem powagi, chociaż kąciki ust drgały mu z napierającego rozbawienia. W pewnym sensie ze zbudowanego napięcia, ale i tego jak absurdalnym wydało mu się, że on miałaby biegać po mieście i zabijać ludzi.
- Teraz to już człowieka o wszystko oskarżą. - Pokręcił głową w wielkim rozczarowaniu.- Nie można mieć kolekcji noży, ani chodzić po lasach z łopatą. Do czego to doszło? – Urwany śmiech wyrwał mu się z ust, jeszcze nim jego słowa miały czas dla efektu osiąść w ich przestrzeni.
W końcu posłał jej łagodniejsze spojrzenie z rozwijającym się na twarzy uśmiechem. -Chyba nawet jakbym był, to nie miałbym siły na morderstwa. – Przyznał i pozwolił sobie przejść obok niej i wyprzedzić ją na schodach. Uznał, że jeśli w jej pytaniu było ździebko prawdziwej obawy, to może poczuje się lepiej nie mając go za swoimi plecami. -Jak kogoś nie zastrzelisz to jest z tym strasznie dużo roboty, nie myślisz? Targać kogoś, albo organizować chemię, albo sprzątanie, czy właśnie kopanie. – Machnął ręką i zaraz chwycił się mocniej poręczy, żeby podciągnąć się na kolejny stopień. -Kto ma na to czas? – Podsumował swoje zdroworozsądkowe rozmyślania absurdalnych scenariuszy.
-Statystycznie… to ty mogłabyś być seryjnym mordercą… – Tym razem to on zatrzymał się na chwilę i odwrócił przez ramię. -Ale tak tylko chce wspomnieć, kompletnie bez powodu … – Zaczął znowu się wspinać. -Potrafię być przydatny… w naprawach, mogę kopać doły też… potrafię zacząć ognisko bez zapałek, zbudować fort z poduszek… tak tylko mówię, że jestem bardziej przydatny żywy, niż martwy.

Ginny Wheeler
zeszyt
35 y/o
For good luck!
164 cm
wykłada entomologię na University of Toronto
Awatar użytkownika
it's probably nothing. it's just a little neighbourhood murder.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Bryce Livingston


Szerszy uśmiech powoli wpływał na jej usta z każdym kolejnym słowem, które wypowiadał. Zapewne mimo wszystko trudno byłoby go dostrzec w półmroku panującym na klatce schodowej, gdzie jedynym źródłem światła pozostawały wąskie smugi dziennego blasku wpadające przez niewielkie okna. Rozlewały się na ścianach i stopniach, nieśmiało wydobywając z ciemności kolejne fragmenty przestrzeni, ale nie na tyle, by można było swobodnie rozejrzeć się dookoła. Ginny zdążyła już przywyknąć do tej nieco klaustrofobicznej atmosfery. Po trzech godzinach spędzonych w nieruchomej windzie nawet ciemna klatka schodowa wydawała się całkiem rozsądną alternatywą.
Zagarnęła włosy za ucho i kiwnęła głową, przyglądając mu się z wyraźnym rozbawieniem. Jego nieco niepewna odpowiedź wydała jej się rozczulająca, choć nie zamierzała dawać mu tej satysfakcji.
– Tylko się droczę – wyjaśniła powoli, pozwalając, by uśmiech jeszcze przez chwilę utrzymywał się na jej ustach.
W gruncie rzeczy trudno było jej oprzeć się pokusie. Cała ta sytuacja miała w sobie coś absurdalnego. Z jednej strony awaria prądu, godziny spędzone w windzie i konieczność pokonywania kolejnych pięter na piechotę, z drugiej zaś przypadkowa znajomość, która właśnie zaczynała nabierać nieco bardziej osobliwego charakteru. Nie była pewna, czy zaproszenie Bryce'a do jego mieszkania należało potraktować jako zwyczajną, sąsiedzką propozycję, czy też kryło się za nim coś więcej. Nie miała zresztą szczególnego powodu, by doszukiwać się drugiego dna, a jednak myśl o tym, że za kilka chwil znajdzie się w cudzym mieszkaniu, nieco mocniej niż wcześniej przykuwała jej uwagę. Nie dlatego, że mężczyzna wzbudzał w niej niepokój. Raczej dlatego, że wciąż niewiele o nim wiedziała. A ostatnie trzy godziny z pewnością nie były wystarczającą podstawą do obdarzania przypadkowych znajomych pełnym zaufaniem.
Z drugiej strony, gdyby miała podejrzewać o niecne zamiary każdego, kto zaoferował jej pomoc, życie stałoby się wyjątkowo męczące.
Nie można mieć kolekcji noży ani chodzić po lasach z łopatą. Do czego to doszło?
Chyba nawet jakbym był, to nie miałbym siły na morderstwa.

Tym razem nie zdołała powstrzymać reakcji. Cichy śmiech wyrwał się z jej gardła zupełnie niekontrolowanie, choć niemal natychmiast przysłoniła usta dłonią. Wciąż uśmiechnięta, pokręciła głową, jakby właśnie usłyszała coś, co należało poddać znacznie poważniejszej analizie.
– Morderca też by tak powiedział – odparła po chwili, przeciągając nieco ostatnie słowo.
W jej głosie wciąż pobrzmiewała rozbawiona nuta, ale spojrzenie, którym go obdarzyła, miało w sobie odrobinę teatralnej podejrzliwości. Ginny nie potrzebowała szczególnego powodu, by podtrzymać podobny żart. Zwłaszcza że cała rozmowa pozwalała jej na chwilę oderwać się od mniej przyjemnych konsekwencji awarii. Tych, które coraz wyraźniej dawały o sobie znać w jej ciele.
Ruszyła za nim, ostrożnie stawiając stopę na pierwszym z kolejnych stopni. Zaraz potem przeniosła ciężar ciała na drugą nogę, mocniej zaciskając palce na poręczy. Dopiero teraz, kiedy nie musiała już tkwić w jednej pozycji, dotarło do niej, jak bardzo zastygła przez ostatnie trzy godziny. Kolana pobolewały przy każdym zgięciu, stawy zdawały się niechętne najmniejszemu ruchowi, a plecy przypominały o sobie nieprzyjemnym, tępym napięciem. Próbowała wyprostować się nieco bardziej, ale mięśnie dolnej części kręgosłupa odpowiedziały na ten pomysł kolejną falą dyskomfortu. Skrzywiła się ledwie zauważalnie, zaraz jednak wracając do poprzedniego wyrazu twarzy.
Nie było sensu narzekać. Winda nie zamierzała magicznie ruszyć tylko dlatego, że jej pasażerowie mieli już dość, a droga na górę i tak pozostawała jedynym rozsądnym rozwiązaniem. Przynajmniej Bryce mieszkał niżej. Ta myśl pozwalała jej zachować resztki optymizmu, choć wciąż czekało ją kilka pięter, na których pokonanie nie miała najmniejszej ochoty.
Przesunęła dłoń po poręczy i ostrożnie weszła na następny stopień. Potem kolejny. I jeszcze jeden. W ciemności musiała pilnować każdego ruchu, zwłaszcza że granice między poszczególnymi stopniami nie zawsze były wyraźne. Wąskie okna dostarczały niewiele światła, a ich blade prostokąty urywały się na ścianach, pozostawiając dalszą część klatki schodowej w cieniu. W takich warunkach nawet zwyczajne schody wymagały nieco więcej uwagi, niż powinny. Ginny szła więc spokojniej, niż pozwalałaby jej na to cierpliwość, raz po raz przesuwając palcami po chłodnej powierzchni poręczy. Nie zamierzała dokładać sobie jeszcze skręconej kostki do całego zestawu atrakcji tego popołudnia.
– Można rozłożyć folię w miejscu przestępstwa – stwierdziła po chwili namysłu, jakby kontynuowała zupełnie rzeczową rozmowę. – Wtedy sprzątanie ogranicza się właściwie do jej złożenia. Którą zresztą można później wykorzystać do zapakowania ciała.
Wzruszyła ramionami, jakby właśnie podsunęła mu całkiem praktyczne rozwiązanie problemu. Jedną dłonią nadal trzymała się poręczy, drugą odruchowo przesunęła po plecach, próbując rozmasować miejsce, w którym najbardziej dawało jej się we znaki wcześniejsze siedzenie. Nie była pewna, czy bardziej bawił ją sam temat rozmowy, czy fakt, że prowadziła ją z człowiekiem, którego jeszcze niedawno prawdopodobnie minęłaby na korytarzu bez szczególnej refleksji.
– Ja mordercą? – podchwyciła, unosząc lekko brwi. – A jak niby miałabym pozbywać się ciał?
Nie zdążyła jednak doczekać się odpowiedzi. Mężczyzna zatrzymał się nagle, zupełnie niespodziewanie, a ona, zajęta własnymi rozważaniami i nieco mniej uważna na odległość dzielącą ich na schodach, zdążyła zrobić jeszcze jeden krok. Następny moment przyniósł jej krótkie, głuche uderzenie. Ginny poczuła, jak jej klatka piersiowa niemal zderza się z plecami Bryce'a, a ciało odruchowo napina się w próbie odzyskania równowagi.
Zamarła.
Przez ułamek sekundy miała wrażenie, że serce podskoczyło jej gdzieś pod samo gardło. Zaskoczenie było tak nagłe, że zanim zdążyła zorientować się, co właściwie się wydarzyło, już cofała się o krok, gwałtowniej, niż wymagała tego sytuacja. Palce zacisnęły się na poręczy, a na twarz wypłynął jej wyraz szczerego zakłopotania. Poczuła ciepło rozchodzące się po policzkach. Niby nic wielkiego. Przecież zwyczajnie na niego wpadła. Nie było w tym żadnej szczególnej niezręczności, a jednak świadomość, że przed chwilą niemal wylądowała na jego plecach, podczas gdy jeszcze moment wcześniej opowiadała o pozbywaniu się zwłok, wydała jej się wyjątkowo kompromitująca.
Spojrzała na niego, próbując odczytać jego reakcję, po czym zaśmiała się cicho, tym razem znacznie mniej pewnie. W geście przeprosin uniosła nieznacznie dłoń, jakby mogła w ten sposób zrekompensować niespodziewany kontakt.
– Przepraszam – mruknęła, wciąż nieco rozbawiona własną niezdarnością.
Odsunęła się jeszcze odrobinę, przywracając między nimi bezpieczny dystans. Dopiero wtedy wypuściła powietrze, które najwyraźniej wstrzymała na moment zderzenia. Przez chwilę miała ochotę skwitować wszystko kolejnym żartem, ale najpierw musiała pozbyć się tego drobnego, nieoczekiwanego zawstydzenia. Nie przepadała za sytuacjami, w których jej własne ciało postanawiało działać szybciej niż głowa. Zwłaszcza w obecności kogoś, kogo dopiero poznawała.
Wróciła do wspinaczki, tym razem pilnując już nie tylko kolejnych stopni, ale i odległości między nimi. Stawiała stopy ostrożniej, raz po raz kontrolując, czy nie zostawia sobie zbyt mało miejsca na następny krok. W ciemności łatwo było stracić orientację, a Ginny nie miała zamiaru ponownie udowadniać, że nie potrafi utrzymać odpowiedniego dystansu od człowieka stojącego przed nią.
– Tak czysto teoretycznie... – podjęła po chwili, wracając do wcześniejszego tematu, jakby nic szczególnego się nie wydarzyło. – Mam rozumieć, że oferujesz mi współpracę?
Zerknęła na niego z ukosa, a na jej ustach ponownie zagościł uśmiech. Tym razem nieco bardziej figlarny, podszyty ironią, która zdawała się być jej całkiem naturalnym sposobem na oswajanie niezręczności.
– W sumie ze wspólnikiem zawsze raźniej. Można podzielić się obowiązkami, wymieniać alibi, a w razie potrzeby wzajemnie potwierdzać swoje wersje wydarzeń. – Zrobiła krótką pauzę, jakby naprawdę rozważała wszystkie zalety takiego układu. – Chociaż z drugiej strony zwiększa to ryzyko wykrycia. Statystycznie, oczywiście.
Ostatnie słowa wypowiedziała z niemal przesadną powagą, zupełnie niepasującą do tematu. Jej spojrzenie znów na moment uciekło ku sylwetce Bryce'a, a kącik ust drgnął zdradliwie. Być może powinna była zachować większą ostrożność w rozmowach z nowo poznanymi sąsiadami. Szczególnie tymi, którzy zapraszali ją do siebie, posiadali niezbędny sprzęt i najwyraźniej nie mieli nic przeciwko snuciu hipotetycznych planów pozbywania się ciał. Ale skoro najgorsze, co mogło ją spotkać, to kolejna godzina rozmowy o morderstwach, chyba była w stanie podjąć takie ryzyko.
O ile, rzecz jasna, nie skończy w worku.
ODPOWIEDZ

Wróć do „#18”