ODPOWIEDZ
26 y/o
Welkom in Canada
179 cm
Prezes w firmie ojca Nexora Technologies
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkifajne
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Ten wieczór nie miał się skończyć w taki sposób. Ambrose liczył, że po krótkim spotkaniu z koleżanką, która poprosiła go o pomoc w odstawieniu do domu, wróci do siebie, odczuwając ulgę, że dziewczyna bezpiecznie siedzi w mieszkaniu. Niestety, wszelkie pozytywne założenia szybko zostały zweryfikowane przez rzeczywistość, ponieważ na ich drodze stanęły osoby, które akurat dzisiaj postanowiły potencjalnie trochę zarobić, dopuszczając się kradzieży. I Rose nie byłby sobą, gdyby nie starał się w pierwszej kolejności ratować właśnie dziewczyny, która w jego oczach była znacznie łatwiejszym celem. Dokładając do tego upór, który nie pozwolił mu oddać swoich rzeczy, ostatecznie dostał zwyczajny wpierdol. Nie żałował jednak ani przez chwilę, że stanął w obronie kobiety, bo jej bezpieczeństwo było dla niego znacznie ważniejsze niż kilka siniaków, rozwalona warga, czy obite żebra. Och, gdyby tylko napastnicy uznali, że to wystarczy mógłby się z tego śmiać. Zamiast tego skończyło się trochę gorzej i może tylko cudem w postaci przechodnia, który zagroził wezwaniem policji, udało mu się to przeżyć.
Propozycja wezwania karetki spotkała się z natychmiastową odmową, bo dla niego szpital nie wchodził w grę. Proszę, takie właśnie dojrzałe decyzje potrafił podejmować, ale jego zdaniem były osoby, które bardziej zasługiwały na pomoc, niż on. Zresztą nie miał ochoty spędzać kolejnych godzin na izbie przyjęć. Nic mu nie było - przynajmniej tak długo, jak nie próbował się poruszać, głębiej oddychać albo przypominać sobie, ile właściwie razy oberwał w twarz. Wystarczyło kilka godzin snu, może jakieś środki przeciwbólowe i powinien stanąć na nogi. Tak sobie przynajmniej wmawiał, kiedy wsiadał do samochodu i ruszał w stronę swojego mieszkania.
Musiał przyznać, że droga do domu była prawdziwym utrapieniem. Z każdą chwilą żebra bolały go bardziej, a krew sącząca się z rozciętej brwi raz po raz spływała mu po twarzy, co kwitował jedynie ruchem dłoni, która miała zetrzeć ciesz. Ciekawe jak musiał wyglądać, taki cały umorusany szkarłatem.
Odetchnął niemal z ulgą, kiedy znalazł się w bloku, windą udając na swoje piętro. Obawiał się, że znowu mu się zatnie, ale nie miał siły wchodzić schodami - jeszcze by się z nich spierdolił.

Podpierając się dłonią, szedł powoli w stronę mieszkania, starając się nie narobić hałasu. jeszcze tego brakowało, żeby jakiś uczynny sąsiad się nim zainteresował. Sięgnął dłonią po klucze, które zaraz mu z niej wypadły. Wspaniale, jakby los mało mu dowalił.
-Nieźle się urządziłeś, Sinclair, nie ma co - zaśmiał się do siebie, zerkając na breloczek. Zaklął zaraz pod nosem, próbując się pochylić, ale już samo wykonanie tego ruchu sprawiło, że przed oczami zatańczyły mu ciemne plamy. Odetchnął głęboko, opierając się plecami o ścianę korytarza, powoli osuwając się po niej na podłogę. Przymknął oczy, oddychając głęboko, po raz kolejny przesuwając dłonią po twarzy. Potrzebował kilku chwil, żeby doprowadzić się do porządku licząc, że jedyną osobą, która pojawi się na korytarzu będzie jego współlokator.

Valentin Montclair
ODPOWIEDZ

Wróć do „#8”