ODPOWIEDZ
39 y/o
For good luck!
165 cm
kierowniczka ds. zgodności Canadian Imperial Bank of Commerce
Awatar użytkownika
Well, my eyes are wandering, can we just eat the news?
And dance around the room in our scattered point of views
Take my hand and breathe, yeah, just count to three
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osb.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Sytuacja w Toronto nie była jeszcze w pełni stabilna, wielu pracowników nie zostało nawet do banku wezwanych, aby ograniczyć zużytkowanie zapasowych generatorów. Mimo swoich zazwyczaj bardzo przejrzystych godzin pracy, przez ostatni tydzień miała pełne ręce roboty i zostawała do późniejszych godzin niż jej się to podobało. Pomijając kwestie, które trzeba było nadrobić, kładziono na niej wiele presji, aby upewnić się, że w tym nieprzewidzianym czasie bank dopełnia wszystkie prawne wymagania. Nie miała w biurze swojej pełnej ekipy, a jedynie kilka kluczowych pracowników i kierowników. W tym znalazł się też Brent – czterdziestopięcioletni kierownik działu rachunkowości, z którym czasami koordynowała pracę w normalnych warunkach. Od czasu awarii ich znajomość robocza zacieśniła się pod wymaganiami ich pracodawcy.
W pierwszej chwili Lynn myślała, że to kwestia stresu, kiedy Brent jakoś tak częściej wchodził z nią w pogaduszki, że przynosił jej kawę, którą wcześniej sam proponował. Wszyscy byli spięci, uznała, że próbował rozluźnić atmosferę i może gdyby jej zmysły nie były przytłumione kiepskim snem, kiepską dietą i ostatnią awarią auta to usłyszałaby swoją intuicję i nie wsiadła z nim do samochodu.
Przedłużający się jednak blackout sprawiał, że powroty z pracy po zmroku nie należały do najprzyjemniejszych. Kiedy Lynn skończyła pracę późnym wieczorem, Brent zaproponował jej podwózkę do domu. Mężczyzna od pewnego czasu zachowywał się wobec niej dość podejrzanie, ale tym razem wydawał się wyjątkowo uprzejmy.
Kiedy dotarli na miejsce Lynn wysiadła z samochodu, a ku jej zaskoczeniu, kierowca zrobił dokładnie to samo.
W pierwszej chwili nie rozumiała co się dzieje. Była wykończona i przez całą trasę myślała tylko o tym, żeby znaleźć się we własnym łóżku. Nawet nie przysłuchiwała się zbytnio temu o czym Brent jej opowiadał, kiwała jedynie od czasu do czasu głową i wtrącała kilka komentarzy, gdy wspomniał o następnej wakacyjnej destynacji, gdy sytuacja się ustabilizuje. To by jej się przydało – solidny tydzień, bezstresowego wolnego.
- No co? Nawet nie zaprosisz mnie na drinka?- zapytał z uśmiechem, ruszając za nią w stronę wejścia.
Zatrzymała się i spojrzała na niego zdezorientowana, z nutką ‘wytłumacz się’ w jej manierze. -Nie, Brent. – Odparła surowo. -Jest późno i nie mam ochoty na towarzystwo.
- Daj spokój, nie bądź taka. Przecież oboje wiemy, że dobrze się dogadujemy. -
Opór mężczyzny ją znacząco otrzeźwił. Rozejrzała się strategicznie na boki, ale ulice nadal były w sporej mierze puste. Kiedy nie było takiej konieczności ludzie nadal przesiadywali w domach. Jeśli narobi wystarczająco rabanu, to sąsiedzi mogliby ją usłyszeć.
-Dogadujemy się, bo w pewnym sensie płacą mi za to, żebyśmy sprawnie współpracowali. Nie myl mojej profesjonalnej uprzejmości z czymś czym nie jest. – Już układała w głowie co będzie musiała napisać w swoim zgłoszeniu do HR, żeby upewnić się, że kretyn nie zaszkodzi jej karierze.
Mężczyzna najwyraźniej nie zamierzał przyjąć odmowy. Zbliżył się do Lynn, nie pozostawiając jej zbyt wiele przestrzeni. -Ja myślę, że jednak coś w tym jest. – Uśmiechnął się wręcz cwaniacko i zbliżyłby się bardziej, ale Bennett zrobiła krok do tyłu.
-Ostrzegam cię. – Zniżyła głos do chłodnej przestrogi. -Wracaj do domu, Pelletier.
-Ale Lynn… zrobiłem ci przysługę, tak? Jeden drink mi się należy. Nie udawaj już takiej oburzonej.
Zacisnęła dłoń w pięść. Żołądek przewrócił się na to jak jej imię zabrzmiało w ustach mężczyzny. -Nic ci się nie należy. – Warknęła i odwróciła się na pięcie. Nie zdążyła jednak zrobić nawet kroku, a Brent chwycił jej nadgarstek. Błyskawicznie jej wolna otwarta dłoń chlasnęła jego policzek.

Beatriz Gonzalez
36 y/o
For good luck!
168 cm
sierżant Toronto Police Service Headquarters
Awatar użytkownika
remember the bad guys on the shows you used to watch on saturday mornings? well, these guys aren't like those guys. they won't exercise restraint, they will kill you if they get the chance.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

007.
Lynn Bennett


Toronto wciąż nie wróciło do siebie. Mijały kolejne dni, a sytuacja, która początkowo wydawała się jedynie przejściowym utrudnieniem, coraz wyraźniej odsłaniała skalę problemów, z jakimi musieli mierzyć się mieszkańcy. Miasto funkcjonowało, ale robiło to na własnych, nieco prowizorycznych zasadach. Niektóre dzielnice odzyskały już zasilanie, inne wciąż pozostawały pogrążone w ciemności, a tam, gdzie udało się uruchomić zapasowe generatory, ich możliwości okazywały się dalekie od wystarczających. Sklepy skracały godziny otwarcia, przedsiębiorcy ograniczali działalność, a większe placówki musiały rozważnie gospodarować energią, nie wiedząc, jak długo jeszcze przyjdzie im polegać na awaryjnych rozwiązaniach. Codzienne sprawy wymagały więcej zachodu, niż powinny, i nawet ludzie, którzy początkowo podchodzili do całego zamieszania z pewnym pobłażaniem, zaczynali odczuwać zmęczenie przedłużającą się sytuacją.
Najbardziej dawało się to odczuć po zmroku. Ulice, które zwykle tętniły życiem jeszcze długo po zapadnięciu ciemności, teraz pustoszały znacznie wcześniej. Wyłączona sygnalizacja świetlna zmuszała kierowców do większej ostrożności, a nieoświetlone chodniki i przejścia dla pieszych sprawiały, że powrót do domu nie należał do szczególnie przyjemnych doświadczeń. W oknach pojedynczych budynków migotały światła zasilane generatorami, gdzie indziej mieszkańcy korzystali z latarek, lamp akumulatorowych i wszystkiego, co pozwalało choć częściowo zastąpić zwyczajne oświetlenie. Z czasem ludzie zaczęli przyzwyczajać się do tych niedogodności, choć Beatriz miała wrażenie, że właśnie ta pozorna adaptacja była najbardziej złudna. Można było przywyknąć do braku światła, krótszych godzin pracy czy konieczności planowania każdego wyjścia z domu. Trudniej było jednak przywyknąć do niepewności, która towarzyszyła każdemu kolejnemu dniu.
Jej własna codzienność również zdążyła wywrócić się do góry nogami, choć z zupełnie innych powodów. Odsunięcie od bieżących spraw i skierowanie do archiwum było wystarczająco czytelnym sygnałem, by nie musiała zastanawiać się nad intencjami przełożonych. Zniknięcie Daniela Reeda po wyjściu na warunkowe okazało się problemem, którego ktoś najwyraźniej potrzebował nie tylko rozwiązać, ale i przypisać odpowiedzialność za jego powstanie. A Beatriz, jako jego dawna partnerka, nadawała się do tego aż nazbyt dobrze. Znała go, pracowała z nim, miała dostęp do części informacji, których teraz szukano, a przede wszystkim mogła stać się wygodnym punktem zaczepienia dla ludzi, którzy niekoniecznie zamierzali przyglądać się własnym zaniedbaniom.
Najgorsze pozostawało to, że nawet kiedy próbowała zająć myśli czymś innym, sprawa wracała do niej przy najmniej odpowiednich okazjach. Wystarczył telefon, nieznane nazwisko czy przypadkowa rozmowa, by ponownie zaczęła zastanawiać się nad tym, co wiedziała, a czego jeszcze nie udało jej się ustalić. Czasem miała wrażenie, że bardziej męczy ją konieczność zachowania pozorów niż samo poszukiwanie odpowiedzi. W pracy miała wykonywać polecenia, w domu nie powinna rozpamiętywać spraw, a w kontaktach z Sawyerem zachowywać tyle rozsądku, by nie dać mu nadmiernej swobody. Całkiem sporo jak na kogoś, kto jeszcze niedawno miał zwyczajnie wykonywać swoją pracę.
Tego wieczoru starała się jednak nie myśleć o żadnym z nich. Wracała do siebie, a chłodniejsze powietrze i względny spokój znajomych ulic pozwalały jej na chwilę odetchnąć od ostatnich dni. Miała na sobie zwyczajne ubrania, ciemną kurtkę, wygodne spodnie i buty, które zdecydowanie bardziej nadawały się do codziennego chodzenia niż do dłuższych patroli. Nie wyglądała jak ktoś, kto jeszcze niedawno nosił odznakę podczas służby, i właściwie nie miała dziś ochoty nikomu o tym przypominać. Była po prostu mieszkanką okolicy wracającą do domu, z telefonem w kieszeni i głową wciąż nieco zbyt zajętą sprawami, które nie chciały zostawić jej w spokoju.
Na ulicach panował niewielki ruch. Z jednego z budynków dobiegał jednostajny pomruk generatora, kilka samochodów przejechało przez skrzyżowanie z wyłączoną sygnalizacją, a w witrynie małego sklepu nadal paliło się światło. Beatriz szła chodnikiem, odruchowo wodząc wzrokiem po najbliższym otoczeniu. Nie potrzebowała do tego munduru ani zawodowego powodu. Niektóre nawyki pozostawały z człowiekiem na długo po tym, jak ktoś postanowił odebrać mu możliwość korzystania z nich w pracy.
Najpierw zwróciła uwagę na samochód zaparkowany przy jednym z budynków. Później na mężczyznę, który wysiadł od strony kierowcy i ruszył za kobietą kierującą się do wejścia. Przez moment nie widziała w tym niczego szczególnego. Ktoś kogoś podwiózł, odprowadzał do drzwi albo zamierzał jeszcze przez chwilę porozmawiać. Dopiero kiedy dostrzegła, że kobieta wyraźnie zwalnia, a mężczyzna wcale nie zamierza wracać do samochodu, jej uwaga zatrzymała się na nich nieco dłużej.
Nie znała okoliczności. Nie wiedziała, jak długo się znali ani co wydarzyło się podczas podróży. Z pewnością nie zamierzała wyciągać pochopnych wniosków na podstawie samego faktu, że mężczyzna wysiadł z samochodu. Było jednak coś w jego zachowaniu, co nie do końca pasowało do zwyczajnego pożegnania. Kobieta wyglądała na zmęczoną, jakby myślami była już zupełnie gdzie indziej, podczas gdy on zdawał się mieć jeszcze sporo do powiedzenia.
Beatriz zwolniła, nie przerywając jednak marszu.
No co? Nawet nie zaprosisz mnie na drinka?
Słowa dotarły do niej wyraźniej, kiedy znalazła się nieco bliżej. Kobieta zatrzymała się i odwróciła w jego stronę. Jej reakcja była dość wymowna. Nie było w niej ani rozbawienia, ani zaskoczenia kogoś, komu właśnie zaproponowano coś miłego. Raczej dezorientacja, która szybko ustąpiła miejsca stanowczości.
Nie, Brent. Jest późno i nie mam ochoty na towarzystwo.
Beatriz nie znała jeszcze jego nazwiska, ale zapamiętała imię. Tak samo jak ton kobiety. Krótki, chłodny i pozbawiony niepotrzebnych wyjaśnień. Nie zostawiała miejsca na domysły, nie próbowała też osładzać odmowy. Właściwie trudno było zrobić to jaśniej.
Mężczyzna najwyraźniej miał jednak własną interpretację całej sytuacji. Ruszył za nią, kontynuując rozmowę, jakby jej odpowiedź była jedynie kolejnym elementem towarzyskiej gry. Beatriz zerknęła na ulicę. W pobliżu nie było zbyt wielu ludzi, a najbliższe okna pozostawały ciemne. Nie oznaczało to oczywiście, że nikt nie mógł ich usłyszeć, ale w obecnych warunkach mieszkańcy znacznie rzadziej przesiadywali przy otwartych oknach czy krążyli po okolicy bez konkretnego powodu.
Daj spokój, nie bądź taka. Przecież oboje wiemy, że dobrze się dogadujemy.
Kobieta odpowiedziała niemal od razu. Beatriz nie usłyszała każdego słowa, ale wyłapała wystarczająco dużo, by zrozumieć sens wypowiedzi. Profesjonalna współpraca. Uprzejmość. Brak jakichkolwiek podstaw do mylenia jednego z drugim.
Poczuła niewielkie ukłucie irytacji. Nie było to jeszcze nic, co wymagałoby interwencji, ale znała już ten schemat. Ktoś wyraźnie odmawiał, druga osoba traktowała odmowę jak zaproszenie do negocjacji. Im więcej wyjaśnień otrzymywała, tym bardziej skupiała się na tym, by znaleźć w nich coś, co pozwoliłoby jej nadal robić swoje.
Mężczyzna podszedł bliżej. Beatriz dostrzegła, że kobieta cofnęła się o krok. Drobny ruch, niemal niezauważalny dla kogoś, kto nie zwracałby na nich większej uwagi, ale wystarczający, by zmienić charakter tej rozmowy. Nie chodziło już o nieudane pożegnanie czy niezręczną propozycję. Jedna ze stron próbowała odzyskać przestrzeń, którą druga konsekwentnie jej odbierała.
Gonzalez przystanęła na moment. Odruchowo oceniła dzielącą ich odległość, możliwość podejścia i położenie samochodu. Potem poprawiła pasek torebki na ramieniu i ruszyła w ich kierunku. Nadal nie zamierzała robić zamieszania, jeżeli nie było takiej potrzeby. Być może wystarczyłoby jedno zdanie wypowiedziane z odpowiednim naciskiem. Być może mężczyzna w końcu zrozumiałby, że nie jest mile widziany, i wrócił do samochodu.
Ostrzegam cię. Wracaj do domu, Pelletier.
Tym razem nie miała już wątpliwości, że kobieta chce zakończyć tę znajomość. W jej głosie pojawiła się wyraźna przestroga, a Beatriz niemal odruchowo przeniosła wzrok na mężczyznę. Ten jednak nie wyglądał na szczególnie przejętego. Nadal się uśmiechał, jakby cała sytuacja była dla niego przede wszystkim kwestią urażonej dumy, a nie cudzych granic.
Ale Lynn… zrobiłem ci przysługę, tak? Jeden drink mi się należy. Nie udawaj już takiej oburzonej.
Lynn.
Beatriz zapamiętała imię, choć w tej chwili bardziej niż ono interesował ją sposób, w jaki mężczyzna je wypowiedział. Z poufałością, która wcale nie brzmiała przyjaźnie. Z przekonaniem, że podwiezienie kobiety do domu powinno zapewniać mu coś więcej niż zwykłe podziękowanie. Jakby przysługa była rodzajem transakcji, której warunki zamierzał ustalić dopiero po fakcie.
Poczuła znajome napięcie w szczęce. Nie miała szczególnej cierpliwości do ludzi, którzy nie potrafili odróżnić własnych oczekiwań od cudzych zobowiązań. Sama przez ostatnie tygodnie miała aż nadto okazji przekonać się, jak wiele osób potrafiło wykorzystywać czyjąś dobrą wolę, a później przedstawiać ją jako coś, co im się należało. Nie chciała jednak przenosić własnych frustracji na obcego człowieka. To, co działo się przed nią, powinno wystarczyć.
Lynn zacisnęła dłoń. Potem odwróciła się, wyraźnie zamierzając odejść.
Wszystko wydarzyło się niemal jednocześnie. Mężczyzna wyciągnął rękę i chwycił ją za nadgarstek. Kobieta zareagowała błyskawicznie. Jej wolna dłoń przecięła powietrze, a otwarta ręka trafiła go w policzek z siłą, która na moment odwróciła jego twarz.
Beatriz przyspieszyła. Nie zastanawiała się już, czy powinna się wtrącać. Widziała, jak palce mężczyzny zaciskają się na kobiecym nadgarstku, i to wystarczyło. Kiedy znalazła się kilka kroków od nich, jej głos zabrzmiał wyraźnie, stanowczo, pozbawiony wcześniejszej powściągliwości.
– Puść ją. – Nie krzyczała. Nie było takiej potrzeby. Zatrzymała się w odpowiedniej odległości, z której mogła obserwować oboje, i nie spuszczała wzroku z mężczyzny. Jej postawa zmieniła się niemal niezauważalnie. Ramiona wyprostowały się, twarz straciła wcześniejszy wyraz zmęczenia, a uwaga skupiła się na dłoni zaciśniętej na nadgarstku Lynn.
Przez krótką chwilę miała wrażenie, że cała sytuacja zawisła w miejscu. Mężczyzna z policzkiem, na którym zapewne zaczynał już pojawiać się ślad po uderzeniu, Lynn z ręką nadal uwięzioną w jego uścisku i ona sama, stojąca obok jako nieproszony świadek ich prywatnego nieporozumienia. Tyle że nie było w tym niczego, co można byłoby nazwać nieporozumieniem.
– Chyba wyraźnie powiedziała, że nie ma ochoty na twoje towarzystwo – dodała, patrząc prosto na niego. – Nie wiem, czego jeszcze nie zrozumiałeś.
Dopiero potem przeniosła wzrok na kobietę. Zauważyła napięcie w jej ramionach, sposób, w jaki trzymała wolną dłoń, i próbę zachowania spokoju po tym, co właśnie się wydarzyło. Nie chciała zasypywać jej pytaniami ani robić z niej centrum uwagi, szczególnie przy mężczyźnie, który najwyraźniej już teraz mógł próbować przedstawić całą sytuację w korzystniejszym dla siebie świetle.
– Wszystko w porządku? – zapytała nieco łagodniej, choć jej spojrzenie na moment zatrzymało się na nadgarstku Lynn.
Miała świadomość, że sama obecność kolejnej osoby może zmienić przebieg zdarzeń. Czasem wystarczało, by ktoś wreszcie zobaczył, że nie jest sam, że zachowanie drugiej strony nie pozostaje niezauważone. Beatriz miała nadzieję, że tak będzie również tym razem.
Nie miała odznaki na widoku, nie była na służbie i ostatnią rzeczą, jakiej potrzebowała, było kolejne nazwisko pojawiające się w raporcie, który ktoś później mógłby zechcieć dokładnie przeanalizować. Nie zamierzała jednak pozwolić, by ostrożność, której wymagała od niej obecna sytuacja zawodowa, zamieniła się w obojętność. Nie po to przez lata uczyła się reagować, by teraz odwracać wzrok, kiedy wystarczyło zrobić kilka kroków.
A jeśli Brent Pelletier potrzebował dodatkowego wyjaśnienia, dlaczego powinien puścić cudzy nadgarstek, Beatriz nie miała nic przeciwko temu, żeby mu go udzielić.
ODPOWIEDZ

Wróć do „#20”