Musiała przyznać, i nawet przyznała na głos, że zaczynał punktować. Aby wiedział, że obrał całkiem dobry kierunek. Odpowiedni, by próbować się odkuć z tej ujemnej punktacji, którą dzisiaj utrzymywała. Delikatnie ujemnej, ale wciąż. Niemniej Senna, choć wcześniej tego nie wiedziała, lubiła komplementy. I, jak się okazywało, zarówno te proste, jak i te, które nie traktowały o jej wyglądzie, choć tego była bardzo niepewna, a o tym, jaka była. To było ważne, bo, mówiąc szczerze, sama za sobą nie przepadała zbytnio. Nie było niczego, co by w sobie tak naprawdę lubiła, nawet jeśli dla ogółu mogła być ambitna, pracowita czy jakakolwiek. Dla siebie nie była żadna. Żadna taka, aby mieć sens dalszego bycia.
Ale powoli, przy jego boku, podnosiła się z własnych, metaforycznych kolan. A, ironicznie, była tak blisko sięgnięcia po koniec chwilę po tym, jak go poznała. I to nie dlatego, że to on był takim skutecznym zabójcą. To była jedynie zbieżność momentów, na początku której w życiu by nie podejrzewała, że ktoś taki jak on, bardzo nieopatrznie, zatrzyma ją i pomoże jej zacząć się podnosić.
—
Gdyby było dla mnie interesujące, kto ile osób zaliczył, miałabym znacznie inne zainteresowania i ciekawiłaby mnie inna branża. W moim przypadku o wiele ciekawszym body count, i jedynym, o którym chciałaby słuchać, jest ta niszowa definicja. — Wyprostowała się na moment, posyłając mu znaczące spojrzenie. —
O ludziach zabitych można rozmawiać — powtórzyła po nim z pełnym przekonaniem.
Gdyby ktoś z boku tego słuchał, prawdopodobnie uznałby to po prostu za jakiś ich odłam poczucia humoru. I to wystarczyło. Tak naprawdę nie zamierzała przy stoliku w knajpie rozmawiać o tym, ile Damon zabił ludzi na swojej drodze. Sama, lekko licząc, doliczyła się pewnie piątki, której była świadkiem, kilkoro w domyśle, no i dwóch połówek, które cudem uszły z życiem, i to najpewniej tylko dlatego, że on na to pozwolił. Obu jej napastników.
Chciałaby mieć możliwość, przy tym wszystkim, aby lepiej mu pomagać. Nie miała jednak tak rozległej wiedzy i umiejętności, jak faktyczny lekarz, konkretniej chirurg, więc, ilekroć Damon zamierzał przekraczać granice własnego ciała, ona mogła robić tylko to, co faktyczny ratownik medyczny: zabezpieczyć go jak najlepiej i oddać w ręce kogoś bardziej wykwalifikowanego.
Chociaż krąży legenda, że gdzieś w Kanadzie jest ratownik medyczny, który robi dokładnie to, co lekarz, i to bez mrugnięcia okiem. I to on przywozi ciało do koronera, a nie koroner przyjeżdża na miejsce wypadku.
Wysłuchała jego opowieści, po cichu zauważając pewne podobieństwa. Bo jeśli chodziło o kobiety w wojsku, to też były uciśnione. I też zarządzano nimi w taki sposób, choć to nigdy nie było widoczne gołym okiem. Nie mówiąc już o tym, że filozofię potrzeby
złamania kogoś przerabiała na własnej skórze.
Przyglądała mu się przez chwilę, kiedy zamknął własną opowieść, w głowie mieląc jeden z jej elementów, o którym wspomniał. Chodziło o jego matkę. Zastanawiało ją, co z nią było, bo, o ile użył formy
miałem, która sugerowałaby, że kobiety już nie ma, o tyle, dla samego kontekstu i odniesienia do przeszłości, ta forma pasowała.
Chciała więc zapytać o więcej, zwłaszcza że było to coś, co dotyczyło jego życia w Korei, a o którym niezbyt chętnie opowiadał. Aby nie napisać — wcale nie opowiadał. Zatrzymała jednak tę chęć, oddelegowując temat na
późniejszą porę. Miała wrażenie, że to nie był czas i miejsce. Niepewne otoczenie raczej nie zachęciłoby go do otwarcia się nieco bardziej na ten temat.
A może po prostu za dużo myślała.
Przełożyła kolejny wysmażony plaster na jego talerz, aby przypadkiem nie był głodny. Kolejny sama wsunęła do ust, żując go spokojnie. Podniosła jednak spojrzenie na niego, unosząc delikatnie brew.
—
Tak jak mówiłam — zaczęła po przełknięciu kęsa —
nie miałam żadnego długoterminowego partnera. Krótkoterminowego też nie, to nie w moim stylu. — Nie to, żeby miała jakiś styl tak w ogóle, ale relacje na raz czy dwa razy za nią nie przemawiały. W akademii miała piekło, w wojsku jeszcze bardziej. Raczej kiepska zachęta do głębszej relacji.
A może to jej wyrobiło
typ mężczyzny, który miał się podobać. Rzekomy kawał chuja, i to metaforyczny.
—
Widzisz, u mnie prywatnie bardziej statycznie i bez ekscesów. Dlatego pracę mam, jaką mam, dla balansu. — To nie był powód, ale łatwiej było to po prostu obrócić w żart, zanim dotarłoby do niej, że może być faktycznie skrępowana faktem, że w kwestii relacyjnej, zarówno cielesnej, jak i psychicznej, jest mało doświadczona.
Damon Tae