26 y/o
LOT NA 240 METRÓW
171 cm
rezydentka w mount sinai hospital
Awatar użytkownika
life is brutal
and full of zasadzkas
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zaśmiała się głośno, gdy oznajmił, że miała lepsze plasterki od Jose. Oczywiście, że miała, a co on sobie myślał? Zresztą nie tylko plasterki. Abby lubiła być przygotowana na wszelkie sytuacje, dlatego nie tylko nosiła w torbie różnego rodzaju plastry, ale miała nawet takie rzeczy jak piłeczka antystresowa, chyba nagle się okazało, że Joel jednak bał się igły. Ba, miała nawet naklejki dzielnego pacjenta, ale akurat te postanowiła zostawić w środku. Już wystarczająco zadowala go plasterkiem z charizardem. Nie mogła przecież wyciągać wszystkich swoich asów na pierwszym spotkaniu, bo czym zaskoczy go przy ewentualnym kolejnym? Ano właśnie.
Tak jak on ciągle zaskakiwał ją swoją bezczelnością i równie bezczelną budową ciała. Chociaż nie powinna, obserwowała go uważnie, kiedy porusza sie po kuchni. Jej wzrok wodzi po umięśnionych plecach i sposobie, w jaki każdy mięsień napinał się przy najdrobniejszym ruchu. Miał elastyczna ciało i nie dało się tego nie zauważyć i może dlatego, kiedy odwrócił się w końcu w jej stronę, jej wzrok spoczywał na idealnie wyrzeźbionym brzuchu po którym od razu miała ochotę przejechać.
Jak ci to przeszkadza, to powiedz.
Usłyszała go. Dokładnie go usłyszała. Nawet podniosła na niego spojrzenie, wbijając swoje zielone ślepia w te jego, ciemne i przyjemnie czekoladowe. Jednak nie powiedziała ani słowa. Oczywiście z premedytacją, dając mu tym samym jasno do zrozumienia, że nie, nie miała nic przeciwko. Poza tym, jako lekarz mało ruszał ją widok nagiego ciała. Ten jednak trochę ruszał.
Najzwyklejsza czarna — rzuciła w odpowiedzi na pytanie o kawę. Abby nie wybrzydzała. Kawa w szpitalu była tak kurewsko okropna, że nauczyła się pić już je nawet bez mleka, po prostu, żeby przeżyć. Jego ekspress już i tak był niesamowitym upgradem do fusów pływających zazwyczaj w jej kubku. Kiedy kawa w końcu wylądowała przed nią, upiła łyk, uśmiechając się. — Smakuje obłędnie — skwitowała zadowolona, a zaraz potem już słuchała. jak opowiadał o gali. Faktycznie brzmiało jak nudy i smutny obowiązek, który trzeba było odbębnić, chociaż Abby mało obracała się w tego typu sferach. Nie wiedziała jak dokładnie wyglądała taka gala, jednak z tego, co sobie wyobrażała, miała przed oczami jedynie fikuśnie ubranych ludzi, mało smaczne przekąski dla bogaczy i długie rozmowy o niczym z ludźmi, z którymi wcale na co dzień nie chciałoby się rozmawiać. Dopiero kiedy wspomniał o zakładzie, zainteresowała się nieco bardziej.
Chyba lubisz przegrywać zakłady, co? — prychnęła, odnajdując jego ciemne spojrzenie i oczywiscie pijąc do tego, jak dosłownie przed chwilą przegrał przecież kolejny. — O co był tamten? — dopytała, bo nie potrafiła ugryźć się w język. Abby bywała ciekawska, lubiła wiedzieć. Chociaż o co mogła założyć się grupa facetów, grająca zawodowo w siatkówkę. O to kto rzuci najwięcej za trzy?
Moja sobota będzie zdecydowanie ciekawsza — rzuciłą w odpowiedzi na jego pytanie, kręcąc przy okazji głową. — Czeka mnie zajebiście ciekawa zmiana na SORze — specjalne zaakcentowała trzecie i czwarte słowo, by dogłębnie podkreślić ciekawość tego wydarzenia. Nie było tajemnicą, że jako lekarz większość swojego życia spędzała w szpitalu. Szczególnie jako rezydentka robiła wyjątkowo długie dyżury, często zostając na oddziale dłużej, niż powinna, by przypodobać się chirurgom i załatwić sobie potencjalne miejsce przy stole operacyjnym. — Ale niedzielę mam wolną, gdybyś chciał mnie gdzieś zaprosić — dodała po chwili, przyglądając mu się uważnie. Wyszło bezczelnie? Może bardziej bezpośrednio. Chociaz nawet nie liczyła, że on faktycznie po tej krótkiej wizycie będzie jeszcze chciał ją widzieć.

Joel Delaney
kasik
postów z AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
29 y/o
For good luck!
198 cm
niski skrzydłowy w Toronto Raptors
Awatar użytkownika
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Co by się stało, gdyby faktycznie powiedziała mu, że jego roznegliżowana klata jej przeszkadza? Joel zadając to pytanie, nawet nie brał takiej odpowiedzi pod uwagę. Czuł spojrzenie Abby przesuwające się po jego nagim torsie i choć tego otwarcie nie przyzna, to karmiło to jego męskie ego. Bo jak mogłoby nie? Była śliczna i mądra, co dawało jego ulubiony duet. No i jeszcze te zielone oczy, które napotykał przelotnie, gdy krzątał się po kuchni i przygotowywał im kawę. Był nimi zafascynowany, więc wykorzystywał każdą okazję, by w nie spojrzeć.
Jak na przykład wtedy, gdy postawił przed Abby kawę, taką samą jak swoją, bo w jego mniemaniu najzwyklejsza czarna to była właśnie americano. Przyglądał się jej łagodnie, gdy upiła z kubka łyk i skwitował uśmiechem wyrażone zadowolenie. Fakt, była całkiem smaczna. Może nie obłędna, ale najwyraźniej opłacało mu się zamawiać to świeżo palone ziarno. Cóż, teraz pozostało mu jeszcze zachwycić swoją towarzyszkę przepyszną szakszuką, ale to później, bo temat ich rozmowy zboczył na charytatywną galę i Joel aż parsknął z rozbawienia, gdy z ust Abby padło pytanie o przegrywanie zakładów.
- Oczywiście, że nie lubię - odparł szybko, jakby było to coś całkowicie oczywistego. - Zastanowiłbym się raczej, czy ten dzisiejszy faktycznie przegrałem, skoro nie mam na ręce siniaka, mam zajebisty plasterek z charizardem i zjem sobie śniadanie z śliczną panią doktor? - uniósł brew i z rozbawieniem majaczącym w jego ciemnych oczach, popatrzył na Abby. Rozegrane niczym dobra partyjka w szachy!
Zaraz jednak padło pytanie o zakład, który przegrał z chłopakami z drużyny i już otworzył usta, by odpowiedzieć, ale zrobił krótką pauzę, bo uświadomił sobie, że mówienie o tym nowo poznanej dziewczynie może nie być do końca rozsądne.
- O rzuty wolne - skłamał szybko. - Spudłowałem. Ale tylko raz - dopowiedział, chcąc dodać swoim słowom autentyczności. Właściwie miało to całkiem sporo sensu. W końcu o co innego mogli założyć się koszykarze?
Myjąc warzywa pod bieżącą wodą, krótko obejrzał się przez ramię, gdy usłyszał, że sobota Abby będzie zdecydowanie ciekawsza od jego. W jego głowie pojawiło się nawet kilka pomysłów, jak mogłaby wyglądać, ale wtedy blondynka dopowiedziała, że zamierza spędzić ją na SORze. Sobota w pracy nie brzmiała zbyt ciekawie, a nim zdążył nawet na to odpowiedzieć, padły słowa o wolnej niedzieli. W tym samym momencie Joel kładł na blat wyspy deskę z warzywami i niemalże automatycznie uniósł spojrzenie, by odnaleźć zielone oczy Abby.
- A mówimy o randce? Czy chcesz tylko porozmawiać o aspektach naszej dalszej współpracy? - zapytał z zadziornym uśmiechem na ustach. Jeszcze przez chwilę podtrzymywał jej spojrzenie, po czym chwycił pękatą paprykę w dłoń i zaczął ją kroić. Całkiem sprawnie potrafił posługiwać się nożem, kroić szybko, nie obcinając sobie przy tym palców. A nawet gdyby przyszło mu się przypadkowo skaleczyć, to dzisiejszego ranka był wyjątkowo bezpieczny, mając przy sobie takie towarzystwo. To samo uczynił z cebulą i zaraz powędrował jeszcze raz do lodówki, chwilę przestawiając w niej rzeczy. Finalnie wydobył główkę czosnku, która zawieruszyła się gdzieś między pudełkami z kateringiem i z zadowoleniem podrzucił ją, zaraz zwinnie łapiąc w locie.
Wrócił na swoje stanowisko i już zaczął łuskać ząbki, ale zatrzymał się nagle i popatrzył na Abby.
- Będziemy się dzisiaj całować? - rzucił jej pytające spojrzenie, marszcząc przy tym lekko brwi. Nim zdążyła odpowiedzieć uśmiechnął się kącikiem ust. - Nie ważne, jak coś to mam miętówki - stwierdził zaraz i posiekał również czosnek, następnie biorąc się za rozgrzewanie oliwy na patelni.

Abby Wallace
26 y/o
LOT NA 240 METRÓW
171 cm
rezydentka w mount sinai hospital
Awatar użytkownika
life is brutal
and full of zasadzkas
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Może faktycznie strategia Joela miała w sobie więcej sensu i strategii niż Abby z początku zakładała. Bo przecież dla niej wyzwanie samo w sobie było musem, by je wygrać, a przecież jakby to rozłożyć na czynniki pierwsze on faktycznie miał z tego same benefity. Przegrywało jedynie jego ego, ale ono zaś wydawało się być na tak wysokim poziomie, że nie musiał się martwić o deficyt. Kończył ich zakład z brakiem siniaków i kilku warzyw w lodówce, więc faktycznie można było to rozważać w kategoriach win-win.
A przynajmniej ten ich mały zakładzik, bo ten, który Delaney miał z kumplami był już pełnoprawnie przegrany i raczej nie miał w tym żadnych ukrytych benefitów. No może oprócz faktu, że będzie mógł się najeść za darmo i może — ale tylko może — poznać kogoś ciekawego. Bo chociaż takie gale raczej kojarzyły sie z samymi nudziarzami, kto wie, że pojawi się ktoś podobny do niego, równie zmuszony do uczęszczania, ktoś kto też przegrał zakład z ziomkami i wcale nie taki nudny?
A nie możesz wziąć sobie jakiejś osoby towarzyszącej? — spytała bardziej z ciekawości niż czegokolwiek innego i jeszcze w międzyczasie nachyliła się nad wyspą, żeby ukraść mu z deski kawałek papryki. — Nie żebym była zainteresowana, bo i tak pracuje, ale nie wiem, może wtedy nie byłoby tak nudno? No wiesz, jakbyś miał jakieś ciekawe towarzystwo? — mogliby przecież wtedy o wiele lepiej zabić czas; najeść się, upić i dać się ponieść. Chociaż chyba sportowcy pokroju Joela, to również pewnie alkoholu sobie odmawiali? Skoro przekładał pudełka na dobre jedzonko? Już chciała go o to zapytać, ale nagle zapatrzyła się z jaką precyzją kroił warzywo, a potem już opowiadał jej rzutach wolnych, co skwitowała prychnięciem.
Aż tak źle rzucasz? — dopytała zagryzając paprykę i przyglądając mu się uważnie. — Pewnie nawet ja bym cię pokonała w takim razie — zadowolona opadłą na oparcie i skrzyżowała ręce na piersi. Oczywiście, że za nic by go nie pokonała, ale przecież podrażnić słowinie zawsze można się było, prawda? Abby coś tam grała w kosza, czasami na studiach wyskakiwali na boisko porzucać, jednak było to zdecydowanie daleko od zaawansowanego spotu, czy nawet posiadania jakiejkolwiek techniki.
Uniosła brew, gdy spytał, czy jej wolna niedziela miała cokolwiek do ich potencjalnej randki, czy miało być to stricte biznesowe spotkanie.
Nie wiem — wzruszyła ramionami. — Chyba wszystko zależy od tego, czy mnie na nią zaprosisz — wbiła w niego przeszywające spojrzenie. Ani na moment nie spuściła wzroku z jego ciemnych oczu, nawet kiedy znowu nachyliła się nad blatem, przysuwając bliżej i kradnąc kolejny kawałek papryki. Tym razem jednak wcale nie wróciła się na krzesło. — I od tego czy się zgodzę — dodała po chwili, wgryzając się w słodką paprykę. Czy by się zgodziła? Sama jeszcze nie wiedziała. Joel był ciekawy. Intrygował ją, co prawda jego nadmierna pewność siebie i bezczelność pozostawiała nieco do życzenia, ale chyba ciekawość jednak brała górę.
Zaśmiała się głośno na uwagę o czosnku.
Chciałam ci przypomnieć, że jestem tu w pracy — zauważyła, a nawet delikatnym gestem głowy wskazała na kanapę, gdzie wciąż leżała jej rozłożona torba z przyrządami. — Mam zakaz spoufalania się z pacjentami — to akurat była najprawdziwsza prawda. Mieli to nawet zapisane w wielkim regulaminie i podkreślone na czerwono przez przewodniczącą rezydentów, Savannah. Chociaż tu jej przecież nie było.

Joel Delaney
kasik
postów z AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
29 y/o
For good luck!
198 cm
niski skrzydłowy w Toronto Raptors
Awatar użytkownika
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Nie brał nawet pod uwagę tego, że mógłby wziąć kogoś ze sobą na galę. Raczej tego unikał, bo nie miał stałej partnerki, jak niektórzy jego koledzy z drużyny, a zabieranie koleżanek wiązało się z licznymi pytaniami, docinkami ze strony chłopaków i plotkami, którymi żywiły się pismaki. Było mu to zwyczajnie nie potrzebne, wolał pójść sam, odbębnić co koniecznie i wrócić. Inna sprawa, że przecież nie bierze się drewna do lasu, a na gali miały być również kobiety. Lubił siatkarki, miały ładne… oczy.
- A gdybyś jutro nie pracowała i bym cię zaprosił, to byś ze mną poszła? - zapytał zaciekawiony, śledząc wzrokiem ruchy Abby, gdy nachyliła się, by zwinąć mu kawałek papryki. Mimowolnie wyobraził sobie ją w jakiejś seksownej sukience, zamiast lekarskiego uniformu i aż przełknął głośniej ślinę, bo był to całkiem kuszący widok. A trzeba zaznaczyć, że wyobraźnię Joel miał akurat bujną.
Potrząsnął lekko głową, by ogonić się od niegrzecznych myśli i wrócił do krojenia warzywa, podnosząc wzrok na blondynkę dopiero w momencie, gdy postanowiła mu lekko dopiec.
- Daj spokój, masz metr pięćdziesiąt w kapeluszu, więc o czym mowa - odpowiedział, absolutnie nie biorąc do siebie jej słów. No dobra, może miała trochę więcej, ale dla Delaneya nadal była malutka i drobniutka, przy jego prawie dwóch metrach. - Ale jeśli jesteś taka pewna siebie… - Och, kto to mówi? - …to możemy kiedyś iść porzucać. Chętnie zobaczę twoje umiejętności - zaakcentował mocniej ostatnie słowo. Dla niego każda chwila spędzona na boisku była cenna, więc jak najbardziej był skory, by spełnić swoje słowa. Trening z graczem NBA? Niewiele osób otrzymywało takie propozycje. Wystarczyło, że Abby powiedziałaby słowo, a Joel już rezerwowałby dla nich halę.
Przez moment przyglądał się Abby badawczo, po czym bez słowa sięgnął do kieszeni swoich spodenek i wydobył z niej telefon. Odblokował go, coś chwilę poklikał, po czym przesunął go po blacie wyspy w stronę Wallace.
- W takim razie musisz mi dać swój numer telefonu, bo inaczej nie będę miał okazji sprawdzić - uniósł brew, patrząc prosto w zielone oczy kobiety. W okienku do wpisywania nazwy kontaktu zdążył już wklepać ,,Pani Doktor’', pozostało uzupełnić to, co najważniejsze. Pewnie gdyby trochę się postarał i popytał, gdzie trzeba to, tak czy siak, udałoby mu się zdobyć jej numer, ale lubił ułatwiać sobie życie tam, gdzie było to możliwe.
Był bardzo ciekawy, jak zareaguje na jego następne pytanie, a gdy odpowiedziała, na ustach Joela pojawił się zadziorny uśmiech.
- Tak? - uniósł brwi. - A jednak zostajesz u mnie na śniadanie. Czy to nie jest spoufalanie się z pacjentem? - zapytał z rozbawieniem. - Nie martw się, to będzie nasza słodka tajemnica, obiecuję - dodał zaraz i przesunął palcami wzdłuż ust, jakby zasuwał je suwakiem. Na koniec puścił do Abby zaczepne oczko i stanął przy patelni, na którą wrzucił cebulę. Poczekał chwilę, aż się zeszkli, po czym dodał również czosnek, a na koniec pokrojoną paprykę. W tak zwanym międzyczasie poszedł do chlebaka po chleb. Miał tylko taki ciemny, z dużą ilością ziarna, więc musiał wystarczyć. Wziął go wraz z czystą deską i nożem z ząbkami i ułożył wszystko przed Abby.
- Proszę, bo mam wrażenie, że się nudzisz - uśmiechnął się kącikiem ust, zaraz nachylając się nad blatem, by sięgnąć po swój kubek z kawą. Przystawił go do ust i wziął dużego łyka. - A, niestety nie mam masła. Nie jadam - dopowiedział, przypominając sobie nagle o tym fakcie. Ale przecież masło, to tylko zbędne kalorie, więc nie powinna mieć mu tego za złe.

Abby Wallace
26 y/o
LOT NA 240 METRÓW
171 cm
rezydentka w mount sinai hospital
Awatar użytkownika
life is brutal
and full of zasadzkas
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Czy gdyby jutro nie pracowała, zgodziłaby się pójść z nim na galę? Sama nie znała odpowiedzi na to pytanie. Z jednej strony Abby lubiła próbować nowych rzeczy, pchać się tam gdzie jeszcze jej nie było, a na takiej gali z pewnością nie miała wcześniej okazji być. Lubiła też poznawać ludzi i po części lubiła Joela — na tyle na ile zdążyli się poznać przez te pół godziny, co u niego była. No tylko czy to były wystarczające powody? Bo jakby na to nie patrzeć, była właśnie u swojego pacjenta i to jeszcze takiego, którego dopiero co przejęła. Raczej nie było sensu narażać tej świeżej relacji na niepowodzenie.
Tylko zaraz okazało się, że Joel już usilnie walczył z tym, żeby ich relacje naruszyć, kiedy to tak bezczelnie i z wielkim rozbawieniem wyśmiał koszykarskie wyzwanie, jakie mu rzuciła.
Jakie metr pięćdziesiąt? — aż się ruszyła na tym stołku i wyprostowała, gromiąc go wzrokiem. Oczywiście wszystko owiane rozbawieniem. — Mam grubo ponad metr siedemdziesiąt! — poprawiła go. Chuj, że grubo ponad było całym jednym centymetrem. Ale było! Już nawet nie wspominając o tym, że przy jego dwóch metrach to i tak była wyjątkowo żałosna cyfra. — Przy moich byłych ledwo mogłam założyć szpilki, żeby za bardzo nie odstawać — dodała, bo to akurat była najprawdziwsza prawda. Jej poprzedni partnerzy nigdy nie grzeszyli wzrokiem, a co za tym szło — Abby raczej chodziła przy nich w trampkach i płaskich butach. I to nawet nie chodziło o nią, bo Wallace miała w głębokim poważaniu, czy byłaby od takiego wyższa, ale tutaj przecież na szali było kruche, bardzo wrażliwe męskie ego, które raczej trzeba było łechtać, a nie deptać, wiadomo.
Uśmiechnęła się szeroko na jego propozycję, żeby pójść kiedyś porzucać. Jasne, zdawała sobie sprawę, że właśnie dostała tą propozycję od zawodnika NBA i pewnie będzie przed nim jednym wielkim pośmiewiskiem, ale z drugiej strony Abby widziała to bardziej jako świetną zabawę. Nie odczuwała w związku z tym żadnej presji.
Nie masz szans, Delaney — rzuciła jeszcze zadowolona, chociaż przecież oboje doskonale wiedzieli, że miał te szanse wręcz stuprocentowe, że będzie lepszy od niej. Ale co, mogła sobie chociaż poudawać pewną siebie, póki nie doszło jeszcze do konfrontacji. — Może nawet cię czegoś nauczę — dodała i zagryzła kawałek papryki, chociaż przy tym drugim już wcale nie wytrzymała i prychnęła głośno, kręcąc głową. Żadnych szans z nim nie miała, ale może nauczyłby ją rzucać za trzy? Zawsze miała z tym największy problem.
Przyglądała się, jak wyciągał telefon z kieszeni, a już po chwili jak ta sama komórka wędruje wzdłuż blatu w jej kierunku.
Pani Doktor? — przeczytała na głos nazwę kontaktu i zaraz podniosła spojrzenie na jego hipnotyzujące, ciemne oczy. — Nawet nie zasłużyłam na to, żeby wpisać tu moje imię? — uniosła brew w górę. Przez moment po prostu na niego patrzyła, wyczekując jakiejś odpowiedzi, po czym zasnęła palce mocniej na telefonie i finalnie wpisała mu swój numer. Do tego zmieniła nieco nazwę dodając na początek Moja ulubiona. Moja ulubiona Pani Doktor - brzmiało już o wiele lepiej. Nawet bez imienia. — Trochę poprawiłam — oznajmiła zadowolona i nie ściągając z niego spojrzenia, podsunęła mu telefon po blacie, dokładnie taką samą trasą, jaką wcześniej trafił w jej ręce.
Wcale się nie nudziła, ale zawsze była chętna do pracy, dlatego kiedy uraczył ją chlebem, deską i nożem, to zaraz wzięła się do pracy. Zeskoczyła jeszcze wcześniej z hokera, żeby lepiej się jej kroiło, myślami wracając do jego poprzednich słów.
Jedzenie śniadania jeszcze nie zalicza się do spoufalania, szczególnie kiedy jest wygraną w zakładzie — rzuciła luźno, odkrajając pierwszą kromkę. — Całowanie już trochę bardziej — zauważyła, bo jednak te dwie rzeczy diametralnie się od siebie różniły. Abby może i nie była typem z którym pierwsze trzeba było trochę pochodzić, nie miała problemu z jednorazowymi przygodami, jednak po części zależało jej na tym, by zachować dobre relacje. Po części. Bo ta druga część jej umysłu wciąż odbiegała wzrokiem do jego nagiej klatki piersiowej.
Takie będą okiej? — spytała po chwili, unosząc jedną kromkę w górę. — Pytam, bo nie wiem, zaraz się okaże się obwód ma za duży i makro ci się nie będzie zgadzać — podsunęła mu ją bliżej przed twarz, kiedy podszedł do wyspy, a spojrzenie zawiesiła na jego ciemnych oczach.

Joel Delaney
kasik
postów z AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
29 y/o
For good luck!
198 cm
niski skrzydłowy w Toronto Raptors
Awatar użytkownika
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Z rozbawieniem wymalowanym na twarzy obserwował oburzoną Abby. Był przekonany, że to faceci mają kompleks dotyczący wzrostu, a laski chcą być raczej malutkie i drobniutkie. Dla niego natomiast nie miało to żadnego znaczenia, bo przy jego dwóch metrach prawie każda mogła założyć szpilki jakie tylko chciała, a i tak będzie wyższy. Miało to oczywiście swoje minusy, bo całowanie się z dziewczynami poniżej metra siedemdziesięciu łamało mu kark. Całe szczęście, że Wallace była grubo ponad tę liczbę.
Miał ochotę jeszcze zapytać co nią kierowało, że umawiała się z kurduplami, ale finalnie ugryzł się w język. Co go to obchodziło? Nie chciał rozmawiać o jej zawodach miłosnych. Zaraz zresztą do jego uszu dobiegło przepełnione pewnością siebie nie masz szans, Delaney, w reakcji na co prychnął i uśmiechnął się szerzej, kiwając przy tym pobłażliwie głową.
- Bardzo chętnie skorzystam z twoich porad - odparł. - W zamian wezmę cię na barana, żebyś chociaż raz w życiu dotknęła obręczy kosza - dodał, znowu przekornie pijąc do jej wzrostu. Joel mógł ją nauczyć rzucać za trzy a i napewno przyjemnie spędziliby czas. Był to pomysł warty zapamiętania, a brunet pamięć miał całkiem dobrą. O ile oczywiście Abby odpisze na jego wiadomość z zaproszeniem, choć czemu miałaby nie, skoro wzięła jego telefon, by wpisać tam swój numer.
- Pani doktor brzmi seksownie - wzruszył ramionami, łapiąc z blondynką kontakt wzrokowy i przytrzymując go do momentu, gdy nie zaczęła stukać na ekranie smartfona. Zaraz telefon znowu trafił w jego ręce, a wzrok koszykarza spoczął przez chwilę na poprawionej nazwie kontaktu, po czym odnalazł zielone oczy Abby, a jego brew powędrowała do góry. W porządku, a więc moja ulubiona Pani Doktor. Nacisnął zatwierdź i schował telefon do kieszeni spodenek. - Mam nadzieję, że mnie też podpiszesz odpowiednio. Najprzystojniejszy koszykarz czy coś - dopowiedział. Liczył, że jego numer przynajmniej nie spocznie pod nazwą ten wkurzający od pobierania krwi, ale nie miał jak tego zweryfikować.
Warzywa cały czas dochodziły na patelni, więc Joel przyglądał się, jak Abby bierze się za krojenie chleba, nie zamierzając się w to absolutnie wtrącać. Nie skomentował również jej wzmianki o spoufalaniu się, jedynie uśmiechnął się kącikiem ust bo to, że odpuścił temat na ten moment nie oznaczało, że jeszcze nie zamierzał do niego wrócić. Może w jakichś bardziej korzystnych warunkach. Ciężko było go zniechęcić.
Powiódł wzrokiem za dłonią Wallace, która trzymała kromkę chleba.
- Jest idealna - odparł. Tak idealna, jak kromka chleba mogła w ogóle być. Wyjął ją z dłoni kobiety i palcami oderwał kawałek, zaraz pakując sobie do ust. Zapach smażonej cebuli i czosnku sprawiał, że robił się coraz bardziej głodny. - Już ci mówiłem, że mogę wyrównać wszystkie nadwyżki dobrym kardio - rzucił jej wymowne spojrzenie, po czym bez pośpiechu ruszył na drugą stronę wyspy, do patelni. Zamieszał warzywa i wziął jeszcze jednego gryza chleba, po czym sięgnął po puszkę krojonych pomidorów. Otworzył ją i wlał zawartość na patelnię. Następnie rozsunął szufladę z przyprawami i zaczął wyjmować te, które go interesowały. Popieprzył, posolił, zawahał się dopiero nad płatkami chilli.
- Lubisz na ostro? - zapytał, podnosząc wzrok na Abby. On lubił.


Abby Wallace
26 y/o
LOT NA 240 METRÓW
171 cm
rezydentka w mount sinai hospital
Awatar użytkownika
life is brutal
and full of zasadzkas
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Trzymam cię za słowo — skwitowała praktycznie od razu, kiedy powiedział, że weźmie ją na barana, by chociaż raz w życiu dotknęła obręczy. Miło z jego strony, że miał zamiar pokazać jej świat ze swojej perspektywy. — Dobrze, że nie mam lęku wysokości — bo przecież on sam miał z dobre dwa metry, więc jakby do tego dołożyć jeszcze Wallace od pasa w górę, to robiła się całkiem pokaźna sumka w centymetrach. Jakby trafił się ktoś taki z lękiem wysokości, to mogło zrobić się nieciekawie. Całe szczęście żadnego z nich się to nie tyczyło, więc mogli spokojnie umówić się na randkę na boisku do koszykówki.
Numery już mieli, więc wystarczyło tylko ustalić datę, miejsce i godzinę i można było działać. To znaczy on miał jej numer, jednak nim Abby oddała mu telefon, praktycznie od razu puściła do siebie strzałkę, żeby również móc sobie zapisać.
A co powiesz na ten jeden, który boi się siniaków? — spytała zaczepnie, przy okazji przyglądając mu się uważnie. Finalnie jednak faktycznie zapisała go sobie jako przystojny koszykarz, który zabierze ją na barana. Tak dokładnie, taka długa była ta nazwa. Nawet odwróciła telefon, żeby mu pokazać, gdyby jednak nie chciał jej uwierzyć, po czym schowała komórkę do tylnej kieszeni w spodniach.
W tej kuchni nikt nie był bierny, każdy miał coś do roboty — ona kroiła chleb, a on robił całą resztę. Uczciwy podział obowiązków. Szczególnie, że jak się po chwili okazało, kromki produkowane przez nią były i d e a l n e.
No i super — uśmiechnęła się, chociaż na uwagę o cardio praktycznie od razu podniosła spojrzenie na jego ciemne oczy. Ba, była nawet na tyle bezczelna, żeby wykonać krok w przód w jego kierunku. — I co, będziesz godzinę dłużej jeździć na rowerku? — przechyliła głowę, przyglądając mu się uważnie. Oczywiście, że się z nim drażniła. Jakoś nie potrafiła inaczej, biorąc pod uwagę, że od dobrych pół godziny prowadzili ciągle słowne gierki, które aż zbyt jawnie i bezczelnie okrawały się o flirt. Czy miała z tym jakiś problem? W żadnym wypadku. W szpitalu musiała się pilnować, by zachowywać z pacjentami odpowiednie stosunki, jednak tutaj przecież byli sami, na jego terenie, a raczej sam Joel nie pokosiłby jej do przełożonej, że cokolwiek z jej zachowania było nieprofesjonalne. Szczególnie, że sam ją do tego prowokował, a Abby… cóż, zaczynała czuć się u niego aż za bardzo swobodnie.
Uniosła w górę brew, gdy spytał, czy lubiła na ostro. Nawet zatrzymała kawałek chleba, który bezczelnie podjadała w połowie drogi do ust i spojrzała w jego ciemne oczy.
Lubię — prosta odpowiedź na proste pytanie, czyż nie? W żadnym wypadku nie przeszkadzało jej chilli. Oczywiście w odpowiednich proporcjach, bo gdyby nagle wrzucił na patelnię całe opakowanie mogłoby być to co najmniej niejadalne.
Kiedy pokroiła chleb przeszła się swobodniej do miejsca, w którym już bulgotały pomidory wraz z całą resztą warzyw. Wyglądało to co najmniej obłędnie, a pachniało jeszcze lepiej. Chociaż trwało strasznie długo.
Czasami mam ambicje, żeby gotować sobie przed wyjściem do pracy, a potem przypominam sobie jak dużo czasu to zajmuje — stwierdziła, przyglądając się, jak Joel po raz setny miesza wywar. Kiedy skierował się do lodówki po jajka, Abby pozwoliła sobie nachylić się nad kuchenką i zwiększyć nieco moc, żeby przyspieszyć ten proces. Tylko wtedy nagle sos z patelni zaczął mocniej bulgotać i chlapać w jej kierunku, a ona w pierwszym odruchu… wskoczyła tyłkiem na blat tuż obok, siadając wygodnie, przy okazji podnosząc spojrzenie na Delaneya. No chyba nie miał nic przeciwko?

Joel Delaney
kasik
postów z AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
29 y/o
For good luck!
198 cm
niski skrzydłowy w Toronto Raptors
Awatar użytkownika
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

- Wcale nie boję się siniaków - popatrzył na Abby trochę spode łba, niczym mały chłopiec, któremu ktoś sprzątnął najfajniejsze autko sprzed nosa. Trwało to jednak tylko krótką chwilę, bo widząc, jak rzeczywiście został podpisany, pokręcił z rozbawieniem głową, ale nie komentował. Pierwsze dwa słowa w zupełności go satysfakcjonowały, więc reszta była nieistotna.
Satysfakcjonowały go też kromki chleba krojone przez blondynkę, bo nie zamierzał się czepiać w tak nieistotnych kwestiach. W końcu to jego szakszuka miała być gwoździem programu, a chleb tylko dodatkiem. Ale nawet jako dodatek smakował wybornie, gdy było się piekielnie głodnym.
- Znam przyjemniejsze sposoby niż rowerek - nawet nie drgnął, gdy Wallace zrobiła krok w jego kierunku, wlepiając w nią swoje ciemne oczy. Patrzył tak na nią przez chwilę z góry, po czym wziął gryza chleba i poszedł doprawiać bulgoczące na patelni warzywa, a gdy Abby odpowiedziała, że lubi na ostro, uśmiechnął się kącikiem ust, po czym poprószył pomidory płatkami chili. Nie za dużo, tak tylko dla smaku.
Zerknął przelotnie na kobietę i zaraz wrócił do mieszania zawartości patelni, marszcząc lekko brwi.
- To co? Wcale sobie nie gotujesz? - zapytał i jeszcze na moment złapał jej spojrzenie, gdy obrócił się, by pójść do lodówki po jajka. - Same fast foody i kanapki z kafejki w szpitalu, hmm? - zapytał, kompletnie nie świadomy, że w tym samym czasie Wallace majstruje coś przy jego pysznej szakszuce. Zorientował się, dopiero gdy usłyszał bulgotanie i jakiś dziwny odgłos, a gdy się odwrócił, by to sprawdzić, to Abby już siedziała na blacie obok.
- W taki sposób, to co najwyżej spalisz nam śniadanie - powiedział i szybko zmniejszył ogień, zanim cały sos zdążył wychlapać się na blat. Równie szybko jednak wrócił do Abby i bez większych ogródek chwycił ją za dłoń, podnosząc do góry. - Sparzyłaś się? - zapytał, przez moment przypatrując się jej palcom. Były całe, bez śladów gorących pomidorów, więc Delaney szybko uznał alarm za fałszywy i puścił jej rękę. Zamiast tego nachylił się i oparł dłońmi o blat po dwóch stronach siedzącej na nim kobiety. Ich twarze były teraz niemalże na tej samej wysokości, a Joel popatrzył jej głęboko w oczy.
- Teraz sobie tutaj grzecznie posiedzisz i poczekasz, aż skończę, zrozumiano? - zapytał tonem nieznoszącym sprzeciwu. Przesunął spojrzeniem po ślicznej buzi, zaraz znowu odnajdując zielone oczy. - Nie mam więcej pomidorów w puszce, żebym mógł ci pozwolić na sabotowanie mojego przepisu - dodał i odepchnął się lekko rękami, prostując się i wracając do gotowania. Właściwie to dokończenie zajęło mu już tylko chwilę i wkrótce pachnąca szakszuka była gotowa.
- Zapraszam do degustacji. Możesz zajadać i chwalić do woli - powiedział, kładąc na wyspę podkładkę, na której postawił gorącą patelnię. Wyjął z szafki dwa talerze, wziął też sztućce i postawił na wyspie, zajmując miejsce na jednym z hokerów.

Abby Wallace
26 y/o
LOT NA 240 METRÓW
171 cm
rezydentka w mount sinai hospital
Awatar użytkownika
life is brutal
and full of zasadzkas
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ona też znała przyjemniejsze sposoby na cardio niż rowerek, jak to Joel zresztą słusznie zauważył. Bieżnia na przykład. I Abby chyba miała całkiem dobre pojęcie na temat tego, co Delaney miał na myśli, jednak postanowiła zostawić to bez komentarza. Dać temu wybrzmieć i pozwolić, by słowa po prostu zawisły w powietrzu, a każde z nich dopowiedziało resztę w głowie. Abby na pewno to zrobiła, wpatrzona w jego ciemne oczy, od których chwilami ciężko było się oderwać.
Chociaż starała się tyle na niego nie patrzeć, to czasami wychodziło jej to mocno średnio, jednak nie można było zapomnieć, że mężczyzna paradował przed nią bez koszulki, a to już było z góry skategoryzowane jako granie nieczysto.
Nie no, coś gotuje — oznajmiła, machając luźno ręką, jakby tym właśnie chciała zaprezentować to co gotuje. — Nawet całkiem zajebiście, ale to głównie jak mam wolne w pracy albo więcej niż kilka godzin przerwy i kiedy akurat nie odsypiam — wzruszyła ramionami. Praca w rezydenturze była ciężka. Bardzo ciężka. Szczególnie jeśli chciało się to pogodzić z dodatkowymi zleceniami i nadgodzinami, nie wspominając nawet o utrzymywaniu kontaktów towarzyskich i posiadaniu jakiegokolwiek życia. Nie było łatwo, chociaż Wallace wydawało się, że wychodziło jej to całkiem nieźle — ten balans pomiędzy pracą, a życiem. Z drugiej strony patrząc na Joela, który od rana przechadzał się w bajecznym apartamencie, pałaszując smaczne szakszuki, a jego największym problemem był trening i przymiarki garnituru, to może jednak coś tam ją faktycznie omijało?
I może nawet zastanowiłaby się nad tym chwile dłużej, ale akurat na to nie było czasu, bo sos zaczął strzelać, a sama Abby wylądowała na blacie.
Przysięgam, że nie próbowałam sabotować tego zajebistego śniadania — zaśmiała się głośno, odsuwając jeszcze trochę od papki z pomidorów, do której on zaraz doskoczył i przerzucił na chwile na drugi palnik, by uspokoić bulgowanie. Była pod wrażeniem jego refleksu. W pierwszej sekundzie stał przy patelni, a przy drugiej już między jej nogami. sprawdzając stan ręki. — Jest okej, serio. Jak coś to znam całkiem dobrego lekarza — prychnęła. Mówiła o sobie? No raczej, że tak, ale trzeba było przyznać, że troska z jaką Delaney oglądał jej dłoń było na swój sposób… urocze. Chociaż czy urocze przy przyjemnym mrowieniu na wskutek jego dotyku było odpowiednim słowem? Pewnie niekoniecznie. A już na pewno nie ten ciepły prąd, który powędrował wzdłuż kręgosłupa, kiedy zagrodził jej drogę ucieczki i nachylił się w jej kierunku.
Przez moment po prostu na niego patrzyła. Z bliska (i tego samego poziomu wysokości) jego twarz wydawała się jeszcze bardziej przystojna, nie wspominajac o oczach, które czarowały. Ręką jej drgnęła, prosząc się o to, by wyjść do przodu i musnąć chociażby jego gęste włosy, kiedy tak dyktował jej warunki, jednak finalnie powstrzymała się resztkami silnej woli.
Zrozumiano — powtórzyła zaraz po nim, chociaż Abby swoje wypowiedziała o wiele wolniej, przechylając delikatnie głowę i przyglądając mu się uważnie. — Jeszcze jakieś życzenia? — dodała równie spokojnie, wodząc spojrzeniem po jego twarzy. Sama nie wiedziała, co dokładnie oczekiwała od tej nagłej scenerii, ale zdecydowanie podobało jej się rosnące w powietrzu napięcie.
Westchnęła z zawodem, kiedy w końcu się odsunął i resztę czasu, gdy szakszuka dochodziła do siebie, a jajka sie ścięły, Wallace spędziła grzecznie na blacie. Dokładnie tak, jak jej kazał. A kiedy jedzenie było gotowe, zeskoczyła w końcu i usiadła przy stole.
Sprawdźmy to cudo — nałożyła sobie solidną porcję i nawet nie czekając, aż Joel powie cokolwiek więcej, po prostu złapała za widelec i zaczęła się zajadać. Jedzenie było pyszne. Jajka idealnie ścięte, a ostrość wcale nie była przesadzona z chilli. — No, muszę przyznać, że jest to całkiem zajebiste — oczywiście musiała tam wrzucić słowo całkiem, co by za bardzo nie podkręcić ego Joela, które swoją droga i tak oscylowało gdzieś w chmurach. — No, zdecydowanie warto było nie zrobić ci żadnego siniaka — zauważyła i podniosła wzrok na chłopaka. — Na która masz trening? — dopytała, bo chyba wychodziło na to, że pojedzą i trzeba będzie się zbierać? Ona też miała jeszcze masę roboty w szpitalu.

Joel Delaney
kasik
postów z AI, czytania mojej postaci w myślach i braku inicjatywy.
ODPOWIEDZ

Wróć do „#6”