35 y/o
Mark your calendar for Canada Day
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Przytaknął skwapliwie, nie chcąc, by zmieniła zdanie - kolejne kłamstwo dorzucone na stertę wszystkich innych, które wypowiedział w trakcie ich znajomości. Żaden dyskomfort związany z szyciem nie mógł równać się z bólem zadawania rany, którą należało zamknąć, ale wiedział, że nie będzie to należało do przyjemnych doświadczeń. Wodził spojrzeniem za jej dłońmi gdy odsunęły się od jego ciała, jakby pragnąc, by natychmiast do niego wróciły - przynajmniej dopóki nie wydobyła z apteczki zapakowanej hermetycznie igły.
Krew odpłynęła z jego twarzy na widok tak prostego, tak niewinnego przedmiotu. Irracjonalny wstręt sprawił, że odwrócił wzrok od jej dłoni gdy ją nawlekała, zamiast tego wodząc po jej profilu. Po włosach opadających lekko na policzek, skupionym spojrzeniu ciemnych oczu spoglądających przed siebie spod długich rzęs.
Nie odwrócił wzroku gdy skierowała się w jego stronę. Kątem oka widział błysk zbliżającej się ku niemu igły - umysł podpowiadał mu obraz jej zaostrzonej końcówki przebijającej skórę z tym charakterystycznym w r a ż e n i e m, od którego włoski na jego karku stawały dęba. Wyczuł, jak zbliża się do jego ciała, do otwartej w nim rany i jego klatka piersiowa uniosła się gwałtownie w nagłej potrzebie zaczerpnięcia powietrza.
Jego ramię znów zareagowało instynktownie, jakby oderwane od reszty, niekontrolowane przez jego starający trzymać wszystko na wodzy umysł - poruszyło się naprzód. Jego ręka zacisnęła się lekko na kobiecym udzie, szukając oparcia w rzeczywistości, z której prymitywny strach próbował go przepędzić. Czerwień jego knykci kontrastowała z szarym, jednolitym materiałem jej spodni, który zmiął się pod wpływem jego dotyku.
Pragnął poprosić ją o to, by coś powiedziała - c o k o l w i e k, lecz Mercer zawsze myślami była na tym samym torze i czy robiła to świadomie, czy nie, zawsze wiedziała czego potrzebował. Jego brwi zmarszczyły się lekko na dźwięk nazwiska, które jeszcze godzinę temu wzbudzało w nim niekontrolowaną wściekłość, a teraz z każdą sekundą stawało się t y l k o nazwiskiem. Sięgając wspomnieniem do pierwszych słów, które do niego wypowiedziała stając w progu, powoli, ociężale łączył ze sobą fakty, co okazało się znacznie trudniejszym zadaniem niż się tego spodziewał.
Nie wiedział, co rozpraszało go w tej chwili bardziej - igła wbijające się w jego skórę, czy kobieta, która ją dzierżyła.
Słowa Margo powoli osadzały się na jego ciele i duszy, zalewając je świadomością - tego, że nie wiedziała o planach Evansa. Że ich dyskusja w komisariacie nie była jej wyborem mężczyzny stabilnego i nieskomplikowanego. Że cały ten czas operowali na innym poziomie wiedzy na temat zaawansowania związku, który, jak się okazało, wygnał ją z własnego mieszkania złością.
I zaprowadził do jego drzwi.
- Myślałem, że wiedziałaś - odpowiedział, skupiając się na jej twarzy, jej słowach, a nie na ruchach jej dłoni. Rana nie była duża - myśl, że nie zajmie jej wiele czasu na zszycie jednocześnie napełniała go radością, jak i niezrozumiałym smutkiem. - Nie sądziłem, że jest tak głupi, by pójść do niego nie pytając cię najpierw o zgodę.
Kącik jego ust wygiął się w półuśmiechu, który był szczytem tego, na co był gotowy tak długo, jak w jej dłoni znajdowała się igła.
- Chyba niezbyt dobrze cię zna - mruknął, otwarcie wodząc spojrzeniem po jej twarzy gdy jej własny wzrok tkwił utkwiony w pracy przed sobą.

margo mercer
ODPOWIEDZ

Wróć do „#15”