-
Some people don’t leave your life. They just find new ways to haunt itnieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Gdy była mała, babcia opowiadała jej starą francuską bajkę o trudnościach losu. Taką z puentą. Opowiadała o mężczyźnie, który stracił swoją posadę na francuskim dworze przez sieć nieporozumień i nieprzyjemne plotki. Ani przez chwilę nie zwątpił w swoją wartość i nie dopuszczał do siebie myśli, że tracąc to wszystko, stał się nikim. Mijały dni, tygodnie, miesiące, aż w końcu pewnego lata ktoś zasłyszał, że Ambroge Rousseau był niewinny. Obarczono go winą za coś, czego nie zrobił i w ramach rekompensaty przyznano mu ponownie dwór i posadę. Bajki tego typu zawsze motywowały ją do życia i dzięki nim wierzyła, że wzejście słońca, nawet jeśli burze utrzymywały się tygodniami, było tylko kwestią czasu. W końcu nikt nie mógł trwać w wiecznym kryzysie, to było uciążliwe. Dlatego Shereen załamywała ręce nad ludźmi, którzy po prostu chcieli się poddawać — załamywała je również nad Erikiem. Nie chciała załamywać ich również nad sobą. Nie oczekiwała współczucia, czy litości. Potrzebowała zrozumienia i świadomości, że choć wszystko się waliło i czuła się trochę tak, jakby została przygnieciona ciężką gałęzią ułamaną przez silną wichurę, miała kogoś, kto był jej na tyle bliski, że nie zostawiłby jej samej. I być może Eric był właśnie tą osobą Czuła, że był po jej stronie, że wraz z nią przeżywał ten trudny moment i tak jak ona, czuł się wobec tego bezsilny.
— Wiesz, że nie mogę i nie chcę się załamywać. Tata sobie ze wszystkim poradzi. Będzie po prostu trochę słabszy... — bo na pewno nie martwy. Nie chciała używać tego słowa, zwłaszcza teraz, gdy doskonale wiedziała, że ojciec z całych sił zamierzał walczyć. Zgodził się na operację, na chemioterapię również na pewno się zgodzi. Nie chciała patrzeć na niego jak na osobę, z której powoli ulatuje życie, skoro wciąż się w nim tliło. Był nieco słabszy, bardziej zmęczony, ale nadal widziała w nim tego uśmiechniętego pana w zabawnych okularach i o specyficznym poczuciu humoru. Nawet jeśli nie wszyscy rozumieli jego żarty i czasem musiał je tłumaczyć, żeby ktoś zaczął się śmieć, nigdy nie tracił tego hartu ducha, którego zazdrościły mu córki.
Zaciągnęła się zapachem jego ubrań, gdy się do niej zbliżył. Wtuliła się w niego na tę krótką chwilę, by móc odetchnąć jego obecnością. Czuła się bezpiecznie, gdy ją przytulał. Zupełnie, jakby jego dłonie miały dziwną, magiczną moc, dzięki której mogła na sekundę odetchnąć od nieprzyjemności.
Między innymi dlatego był jednym z jej powodów. Wiedziała, że mogła do niego wrócić. Niezależnie dokąd by wyjechała, Eric by na nią czekał. W końcu na tym polegała prawdziwa przyjaźń, prawda? Na pewno było mu przykro, gdy wyjeżdżała — jej także. Ale robiła to dla siebie, dla swojej przyszłości i niestety był jedną z osób, która musiała zaakceptować podjętą przez nią decyzję. Nie zyskałby za nią doświadczenia zawodowego, nie ukończyłby za nią uniwersytetu. Była odpowiedzialna za ukształtowanie swojej przyszłości i wyjechała po to, by to zrobić. Zrobiło jej się ciepło na sercu, gdy przyznał, że za nią tęsknił. Podziękowała przepełnionym ciepłem uśmiechem. Czuła, że jest dla niego ważna i zależało jej na tym, by on również wiedział, że odwzajemniała to uczucie. Dlatego, choć wydało jej się to zbyt osobiste, wymieniła go jako jeden z powodów.
Zostanie u niego na noc. W jego ubraniach. Nic nadzwyczajnego. To miał być pierwszy taki wieczór, odkąd wróciła i planowała go wykorzystać, skoro sam wyszedł z taką propozycją. Za oknem wciąż było jasno, choć pochmurno, co oznaczało, że mieli jeszcze trochę czasu, dopóki Toronto nie zostanie w pełni pochłonięte przez nocną ciemność. Może w tym czasie powinna rozważyć wstąpienie do swojego domu, chociażby po kosmetyki do włosów? Czy to miało jakikolwiek sens? Nie musiała codziennie nakładać na nie tony olejków i maseczek, ale to była taka jej... Rutyna. I trudno było zrezygnować z tej rutyny, nawet jeśli była to tylko pierdoła. Biła się przez moment ze swoimi myślami. Brała pod uwagę każdy możliwy scenariusz i jak na razie dochodziła do wniosku, że mogłaby szybko skoczyć po te rzeczy, ale z drugiej strony... Nie bardzo jej się chciało. Z tyłu głowy miała tę świadomość, że o n mógł tam gdzieś być. Nie chciała otwierać drzwi z sercem podchodzącym do gardła i obawą, że wejdzie tuż za nią. Ciche westchnięcie, które wyrwało się spomiędzy rozchylonych warg Shereen, zniknęło w materiale t-shirtu, który miał na sobie Eric. Przymknęła oczy, przytulając go w taki sposób, jakby nie chciała go wypuścić.
— Zamierzam cię namówić na jakiś durny serial... Poza tym to twoje mieszkanie. Po pierwsze, nie powinnam wyganiać cię na kanapę. Po drugie i tak oglądalibyśmy w twojej sypialni, a istnieje duże prawdopodobieństwo, że po prostu zasnę — wyjaśniła, albo raczej wymruczała wprost w jego ramię, przesuwając nieco głowę, by mogła zerknąć na profil jego twarzy.
— Ale zanim do tego dojdzie... Pomożesz mi jakoś namierzyć te wiadomości, czy jest to niemożliwe? — nie zapomniała o powodzie swojej wizyty, choć w towarzystwie Erica nietrudno było zapomnieć o trudnościach.
Eric Stones
-
PC freezes? Oh well... turn it off and turn it on
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3-ecio osobowaczas narracji-postaćautor
w i e c z n i e. Wszystko miało swój początek i koniec. Każdy produkt miał datę ważności i człowiek jakby nie patrzeć także.
Telefon do klienta? Szybko wykonać, powiedzieć, co nie działa, wyjaśnić, że robione jest wszystko, byleby jak najszybciej przywrócić prawidłowe działanie i jazda - to tak jak ze ściąganiem plastra, przyklejonego na ranę.
Kod się wykrzaczył? Pewnie jeszcze niejednokrotnie się wykrzaczy ale grunt, to żeby działać i próbować go naprawić.
A to, że gdzieś po drodze Eric się zgubił, otworzył o jedne drzwi za dużo i zaczął nieco bardziej lubić pić, to już inna historia. Imprezy, złamane serce, nerwy, zwątpienia przede wszystkim w samego siebie… to wszystko się w nim kumulowało i choć cieszył się, że miał przy sobie przyjaciół oraz siostrę, tak nie potrafił ot tak po prostu wszystkiego wyrzucić. Dlatego łatwiej mu było nalać sobie whisky i ją wypić. Czasami wystarczyła mu szklanka, a czasami cała butelka, po której szedł spać.
Eric złapał Sher za ramiona, a następnie spojrzał jej prosto w oczy, chcąc by skupiła na nim swoją uwagę albo raczej na kryjącym się za słowami, które chciał wypowiedzieć przekazem. Bo oczywiście całkowicie rozumiał, co przed chwilą powiedziała, lecz chciał jeszcze dorzucić swoje trzy grosze.
- Słuchaj - zaczął poważnym tonem, patrząc Sher prosto w oczy. - po pierwsze, świat się nie zawali, jeśli raz się załamiesz z całkowicie zrozumiałego powodu. Ja będę przy Tobie i będę Cię trzymał za rękę, żeby pomóc wstać lub po prostu byś mogła się na niej wesprzeć. - powiedział zgodnie z tym, co podpowiadało mu serce i skierował wzrok na swoją rękę, jakby chciał Winifield pokazać, gdzie i o której części ciała przed chwilą wspomniał. Nawet jeśli mówił metaforycznie, bo zdawał sobie sprawę, że nie zawsze ktoś dosłownie potrzebował czyjejś dłoni. Czasem wystarczała sama obecność drugiego człowieka. - A druga kwestia to oczywiście, że Twój tata sobie poradzi. Na pewno jego organizm będzie walczył, bo ma dla kogo żyć. Ma wspaniałą, niesamowicie mądrą i piękną córkę, dlatego myślę.. nie. - pokręcił energicznie głową. - Ja WIEM, że w jakimś stopniu to właśnie Ty będziesz jego siłą. - powiedział całkowicie szczerze, zjeżdżając rękami z ramion, na dłonie Sher, by sekundę później zacząć kciukami gładzić ich zewnętrzną stronę. Miała gładką i bardzo przyjemną w dotyku skórę - nie miał pojęcia, czy to za sprawą kremów, czy naturalnie tak miała, bo nie pytał, czy kremowała ręce, poza tym, odkąd pamiętał, takie miała i dlatego tak lubił je dotykać.
Po swojej przemowie wykonał jej prośbę i przytulił - w sumie o to mogła go prosić codziennie, nie narzekałby ani trochę. Potrzebował tego i uświadomił sobie po kilku sekundach, gdy jego ciało przylegało do ciała Sher. Wdychał zapach jej perfum i na chwilę przymknął oczy. Otworzył je, gdy usłyszał, co przyjaciółka zamierzała.
Parsknął śmiechem.
- W sumie, durny serial byłby dobrym odmóżdżaczem. Ja w sumie… już dawno dobrego serialu nie oglądałem. - odparł zgodnie z prawdą, wzruszając lekko ramionami. On jak już, to sobie włączał albo jakiś mecz, albo film. I szczerze? Jakoś tak miło mu się znowu zrobiło, bo no... nie wyganiała go, ba! Dała mu zielone światło, by mogli r a z e m leżeć w JEGO łóżku. Aż kąciki ust mu same do góry powędrowały.
Słysząc pytanie, skinął głową, by dać znać, iż dało się namierzyć nadawcę wiadomości.
- Pomogę. Zrobię, co się da, obiecuję. - odparł z błyskiem w oczach świadczącym o tym, że naprawdę zamierzał poważnie podejść do tematu. Nie raz i nie dwa pomagał namierzać telefony czy lokalizacje, dlatego był pewien, że także w przypadku Sher oraz tego, z czym do niego przyszła, da radę - jak nie on, to kto? Potrzebował jedynie czasu oraz telefonu Winifield, który będzie należało podłączyć do skarbnicy, jaką był jego laptop.
- Mogę? - spytał, niechętnie wykonując krok do tyłu i wyciągając rękę po komórkę Sher.
Mon Sheri