— Nie, zdobywanie numerów od pracowników, to straszna nuda — stwierdziła, wykonując lekceważący gest ręką. — Wystarczy, że zalogujesz się do systemów i masz wszystko czarne na białym — powiedziała i chociaż nie podejrzewała Whitmore o takie oszustwa, nie wykluczała, że mogłaby jednak tak zrobić, żeby nieco ułatwić sobie swoje szanse w zakładzie, a to przecież żadna frajda.
Wpakowała sobie czekoladową kulkę do ust, tym samym dając do zrozumienia, że nie była uczulona na czekoladę. Albo była na tyle durna, żeby dostać wstrząsu anafilaktycznego na służbowej imprezie, pochorować się i wylądować w szpitalu. To dopiero byłby szczyt głupoty!
— Chyba strzeliłabym sobie w łeb, gdybym była uczulona na czekoladę — stwierdziła zgodnie z prawdą. Wszyscy uczuleni na czekoladę musieli mieć bardzo smutne życie. I zdecydowanie, podobnie jak Daisy, nie ufała takim ludziom. — Świetnie się składa z tym marcepanem, bo wtedy też nie byłybyśmy koleżankami — powiedziała, po chwili zdając sobie sprawę, jak to zabrzmiało. Koleżanki. Czy teraz nimi były? Czy można w ogóle kolegować się z menadżerką? Kirę chyba trochę poniosło z tym określeniem, ale teraz trudno było się z tego wycofać. No nic, może Whitmore tego nie wyłapie. — Jedyne, na co mam uczulenie, to na pierdolenie. Na przykład takiej Roberty — dodała, dając się pociągnąć w stronę fontanny z czekoladą.
No dobra, musiała przyznać, że robiła wrażenie. Chyba cała organizacja bankietu, wraz z aranżacją i jedzeniem, kosztowała niemałe pieniądze. Ale kto bogatemu zabroni? Gdyby Finch organizowała coś podobnego, byłaby równie rozrzutna. Oczywiście zrobiłaby to zupełnie w innym stylu i pewnie z jeszcze większą pompą, ale nie pożałowałaby ani centa.
Nawet nie zdążyła zareagować, kiedy Daisy wsadziła palec w gorącą czekoladę. Mogła tylko patrzeć, jak odskakuje, nieco przerażona wysoką temperaturą, której ewidentnie się nie spodziewała. Kira parsknęła śmiechem i pokręciła z politowaniem głową.
— A ty myślałaś, że ta czekolada rozpuściła się ot tak? — popatrzyła na nią pobłażliwie i uniosła jedną brew, kiedy Whitmore oblizała skrupulatnie palec. Finch momentalnie poczuła uderzenie fali tak gorącej, jak ta fontanna czekolady. Wciągnęła powietrze i wypuściła je, a potem sięgnęła po dwa widelczyki. Zanim jeden wręczyła menadżerce, zatrzymała wzrok na jej dekolcie. — Coś tu masz — mruknęła i niewiele myśląc, zgarnęła kroplę czekolady palce i umieściła go sobie w ustach. Dobrze, że Roberta tego nie widziała, dopiero miałaby pożywkę do plotek! — Od razu wiadomo, że to nic z dolnej półki — puściła do niej oko i wcisnęła widelczyk w dłoń. A potem, jak gdyby nigdy nic, nabiła na swój sztuciec truskawkę i plasterek banana. — To będzie idealne połączenie — stwierdziła i zanurzyła owoce w czekoladowym fondue.
sweet tooth