-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Na szczęście, Nico zaczął sobie żartować i Leo odpędził od siebie negatywne myśli. To nie był czas i miejsce na smęty, tak? Tak. - Dzięki, Nico, serdecznie dzięki - zaśmiał się na wzmiankę o wariacie i pokręcił głową z niedowierzaniem. Nawet sprzedał Nikosiowi kopa pod stołem i chyba trafił stopą w jego piszczel, ALE ZROBIŁ TO LEKKO, JAKBY CO. No i potem temat zszedł na ich męski wyjazd i urlopy. - Catherine mnie zastąpi. To moja recepcjonistka, wie co i jak, to nie jej pierwszy raz. Pensjonat jest mały, wystarczy ogarnąć rezerwacje i meldować gości, więc z urlopem na żubry nie będzie problemu - wyjaśnił. Gdy bracia zaczęli marudzić o braku kobiet na wyjeździe, Leo ostentacyjnie skrzyżował ręce na piersi i odrobinę się naburmuszył, wydymając wargę jak skrzywdzone dziecko. - Jednego weekendu bez kobiet nie możecie wytrzymać? Poza tym, słuchajcie, mamy jeszcze kilka miesięcy, może do tej pory znajdziecie sobie drugie połówki, who knows - wzruszył ramionami. No bo kto to słyszał, żeby zorganizowanie męskiego wypadu było tak trudne? Czy ich już nudziło własne towarzystwo, że do lasu musieli targać jakieś panie do rozrywki? Focha jednak szybko przetrawił, zwłaszcza gdy Nico zadał to jedno, najważniejsze pytanie. Czy ty w ogóle się cieszysz na myśl o byciu ojcem? Leo zamilkł i pokręcił kieliszkiem, patrząc, jak resztki alkoholu obmywają ścianki szkła. Hmmm... - Nie wiem, czy się cieszę, jeszcze trawię tę informację, ale... zawsze marzyłem o rodzinie, co nie? Poza tym dzieciak miałby zajebistych wujków i ciotkę. Co do matki, nie jestem pewien - wzruszył ramionami. Ciężki temat. Kanadyjczyk mądry po szkodzie, kurwa mać. Trzeba było myśleć przed, a nie po fakcie. Żeby zamaskować nagły atak paniki, machnął lekceważąco ręką na rewelacje o stalkowaniu go w Internecie. - Googlu smooglu. Może jest tak samo nieogarnięta w Internet jak ja. Większość moich zdjęć wrzucał zespół od marketingu - dodał od niechcenia. Pewnie nie on jedyny miał potężny zespół PR, prawda? Jak zwykle, Leo nawet nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo sławny był. Dla niego wyjście po bułki do marketu na piechotę było zwyczajną czynnością, a to, że po drodze trzech nastolatków błagało go o autograf, a starszy facet zbijał z nim piątkę, krzycząc "dobra robota w Monako!"? Nah. Nic wielkiego. Pewnie większość ludzi tak żyła, co nie?
Chwilę później Leo o mały włos nie zakrztusił się chipsem, bo Mark przypomniał im akcję ze zdjęciem Lilian. - Pamiętam tego darta! Masz gdzieś zdjęcie? Ej, a pamiętacie, jak Nico trafił ją prosto w nos? Hahaha - zaśmiał się na samo wspomnienie wydrukowanej twarzy Lilian, którą przykleili taśmą do tarczy do darta, buahaha. Chociaż może nie aż takie buahaha, bo kiedy Davenport zostawiła Nico samego na lotnisku, to razem z Markiem chwytali się naprawdę absurdalnych sposobów, żeby podnieść braciaka na duchu. Słysząc kolejne słowa Nico, że rozmawiał z Lilian tylko chwilę, spoważniał, i wycelował w Nico palec wskazujący. - No ja mam nadzieję, że rozmawialiście tylko chwilę. Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, Nicos, zapamiętaj - upomniał go z miną mentora, machając mu tym palcem przed nosem, jakby młody wciąż miał dziesięć lat i próbował zjeść dżdżownicę z trawnika. Swoją drogą, robili tak z Markiem od zawsze. Byli starsi, więc to oni przecierali szlaki - w podstawówce, liceum, u sąsiadów, w kościele, wszędzie. Uważali za swój święty, braterski obowiązek dawanie Nico rad na każdym kroku. No i młody był chyba za to wdzięczny, co nie?
Mark w międzyczasie pociągnął solidny łyk prosto z gwinta, a zaraz potem Nico. Leo przejął butelkę od najmłodszego i poszedł ich śladem. - Można powiedzieć, że jesteśmy kwita. Nico nie powiedział, że się przeprowadza, a ja nie powiedziałem o randomowym ślubie w Vegas. Mark, chcesz nam powiedzieć coś dziwnego? Jakiś sekrecik? Masz jedyną, niepowtarzalną okazję. Dajesz Mark, teraz albo nigdy - powiedział Leo i poruszył zabawnie brwiami w stronę Marka. Westchnął. - Cieszę się, że będziemy w komplecie - uśmiechnął się do braci. Kurde, chyba naprawdę robił się stary, bo coraz łatwiej było go rozczulić. Widok ich trzech, znowu w jednym mieście, po tylu latach rozjazdów... Rosenhall, ty stary, zardzewiały rowerze, zaraz się poryczysz. - No to jeszcze jeden toast, moi drodzy. Za nas i za życie w Toronto - powiedział, po czym nalał im po połówce kieliszka, bo tylko tyle zostało w butelce, a następnie uniósł kieliszek w górę i grzecznie poczekał, aż bracia do niego dołączą i stukną się szkłem w powietrzu. - NA ZDROWIE! - zawołał i wychylił kieliszek. Skrzywił się niemiłosiernie, bo pili ciepłą wódę, jakby ktoś pytał, po czym zerknął w stronę barku z alkoholami. - To było obrzydliwe. Co teraz? Whisky? Tequila? Tego czegoś z żubrami była tylko jedna butelka - wyjaśnił i aż się wzdrygnął. - Zamawiamy jakąś pizzę albo chińczyka tak w ogóle? Głupio tak pić do popcornu i chrupek - przechylił głowę na bok i wstał, żeby zapoznać się z zawartością barka.
młodziak
najmłodziak