- Ukrywanie treści: włączone
- Hidebb Message Hidden Description
Próbował jakoś ukrywać swoją niepewność, kiedy mówił lekko o czymś, o czym tak naprawdę nigdy nikomu innemu nie mówił. Trudno było mu to jednak ciągnąć, kiedy Tristan patrzył na niego tak, że w żołądku zacisnął się mocno supeł, a na twarzy mimowolnie pojawił poważny wyraz twarzy. Przełknął z trudem ślinę słysząc w tonie głosu chłopaka coś, co dodatkowo wprawiło go w poczucie winy. Co ciekawe chodziło bardziej nie o niego, a o to, że Tristan poczuł się źle z tym, co mu powiedział. Mógł po prostu przemilczeć ten temat, ale teraz było już za późno.
—
Jak to co zrobili? Co masz na myśli? — zapytał nie bardzo rozumiejąc. Sam doszedł co prawda do wniosku, że to nie jest normalne, ale chyba bardziej miał na myśli, że nie jest częste, może jest dla niektórych gorszące, ale po tym, w jaki sposób skomentował to Blackwell odniósł wrażenie, że chodziło mu chyba o coś więcej. O coś, czego Bowie nie łapał. Poczuł lekkie napięcie, wpatrując się w zatroskaną twarz mężczyzny z większą uwagą, niż zwykle.
Potem było chyba jeszcze gorzej.
Przesuwał zaskoczonym spojrzeniem po twarzy Tristana, której wyraz zmieniał się z każdą chwilą. Wyglądał jakby był przerażony. Czy czuł się tak już w momencie, w którym odbierał go z lotniska? Pomyślał, że mógł się bardziej pilnować i nie mazać przy nim, ale wtedy nie potrafił się powstrzymać i kiedy zobaczył, że Tristan na niego czeka, po prostu całe zdenerwowanie puściło i jakoś musiał je odreagować. Teraz jednak nie był pewien czy powinien sobie na to tak swobodnie pozwalać, skoro tak mocno oddziaływało to na aktora.
—
Ja… Znaczy on po prostu chciał mnie przelecieć, nic wielkiego — mruknął, wzruszając lekko szczupłymi ramionami, chcąc mimo wszystko jakoś opanować sytuację. —
Był nachalny, więc w końcu go popchnąłem, może trochę za mocno. Nie wiem, bo potem po prostu wziąłem rzeczy i pojechałem na lotnisko. Lisa nie powiedziała mi, że planuje imprezę, myślałem, że będziemy we dwoje. Chociaż mogłem się domyślić, to jest takie, kurwa, w jej stylu — syknął, wypowiadając ostatnie słowa z lekką irytacją. Można było się domyślić, że to bardziej zachowanie matki go rozwaliło, niż natrętnego typa.
Często mówił do matki po imieniu, jakoś dziwnie by się czuł, gdyby mówił
mamo. Może dlatego, że Alissa Wright Vance była kimś, kto nigdy nie wyglądał i nie zachowywał się jak prawdziwa matka.
Parsknął cicho, rozbawiony, i trochę się rozluźnił, kiedy z ust Tristana padła uwaga o byciu zaszczyconym. Podciągnął się trochę, usadawiając pośladkami na jego udach, rękami obejmując za szyję. Przyłożył czoło do jego czoła i głęboko odetchnął, a potem oddał pocałunek, przez chwilę zadowolony, że to odwróci ich uwagę od przykrego tematu. Zauważył jednak, że Blackwell płacze i znowu trochę spochmurniał, cofając dłonie, żeby objął twarz chłopaka i kciukami otrzeć jego łzy.
—
Nic nam nie jest, ok? — rzucił, nawet starając się to ująć w taki sposób, żeby nawiązać do tego, że teraz są tutaj razem i faktycznie nie dzieje się nic złego. Nachylił się i musnął wargami wilgotny kącik oka Tristana, a potem przygarnął do siebie jego głowę, opierając ją o swoją klatkę piersiową i objął ją, składając na jej czubku kolejny pocałunek. Jedną z dłoni wplótł w jego jasne kręcone kosmyki włosów i zaczął go lekko gładzić po głowie, sam patrząc bez celu przed siebie, za chwilę skupiając się na kolejny słowach gwiazdy.
—
Wiem o czym mówisz. Rywalizacja moich starych z twoimi zawsze była w top trzy tematów w naszym domu. Chociaż chyba tak nie naciskali, przeświadczeni o tym, że zawsze byli i zawsze będą lepsi od Blackwellów — mruknął, przekręcając przy tym oczami. —
Mogę cię jednak pocieszyć. Prawdopodobnie zawsze byłeś ode mnie lepszy, bo do tego naprawdę nie trzeba wiele — zauważył i uśmiechnął się lekko pod nosem, bo takie były fakty. Bowie nigdy się nie starał. Ciągnął kasę od starych, żyjąc lekko i wygodnie. Skończył co prawda studia (jakimś cudem), miał tam jakieś swoje talenty i zainteresowania, ale nigdy nie był jakoś super ambitny, bardziej żyjąc w cieniu sławy swoich starych, niż budując coś własnego. Z Tristanem było inaczej, bo u nich w rodzinie to on był sławny, on był tym, który odniósł największy sukces i osiągnął to nie poprzez znajomości, a poprzez ciężką pracę.
Popatrzył na twarz Tristana, kiedy ten odchylił głowę i zauważył, że po policzkach spływały kolejne łzy. Znowu je otarł, bo trudno było patrzeć na ten smutek, nawet jeżeli piękne oczy mężczyzny lśniły dzięki łzom jeszcze bardziej, niż zwykle. Przez chwilę zatonął w tych oczach, które przypominały turkusowe laguny, które widywał na Malediwach, Karaibach albo wyspach greckich.
—
A jaki jestem? — wyrwało mu się, zanim zdołał się powstrzymać. Chyba wcale nie chciał tego wiedzieć, ale było już za późno. Zaledwie sekundę później usłyszał wyznanie, które sprawiło, że wstrzymał na chwilę powietrze w płucach. Uwierzył mu od razu i chociaż poczuł ukłucie strachu, bo wyznanie zabrzmiało bardzo poważnie, to przecież nie było w tym chyba nic wiążącego. Poza tym Bowie zdawał sobie dobitnie sprawę, że też lubił Tristana. Nawet bardzo.
—
Mhm… ja też — odparł więc po chwili, czując że sam zaczyna się wzruszać, więc odchrząknął i uciekł wzrokiem. —
Tylko się nie przyzwyczajaj. Wiele razy słyszałem, że jestem dupkiem, bo nie dzwonię po seksie — wymruczał bardziej rozbawionym tonem i pociągnął krótko nosem. Może i chciał rozładować tym sytuację, ale to akurat była prawda. Bowie wśród innych bananowych dzieciaków miał opinię kogoś, z kim można łatwo wylądować w łóżku, ale nigdy liczyć na coś więcej. Taki był faktycznie, ale mu to pasowało, więc się nie przejmował.
tristan blackwell