Ta panująca cisza, była dla Erica szokiem. Nie przypuszczał, że wkradnie się między nich po wykrzyczeniu tego, co im leżało na sercach. Przypuszczał, że ich krzyki będą trwały dłużej, ale jak aktorzy powinni wiedzieć, kiedy ze sceny zejść, tak też należało wiedzieć, kiedy powiedzieć pass i po prostu nie kontynuować bezsensownej dyskusji lub kłótni, która mogła prowadzić do nieprzyjemności. Bo złość była jak wiatr dla ognia - z każdą kolejną chwilą podsycała płomienie, aż te wymykały się spod kontroli i pochłaniały wszystko, co stanęło na ich drodze. A żeby naprawić szkody spowodowane pożarem, - zazwyczaj - potrzeba było czasu. Ot tak nic się samo nie naprawiało. Samo też nic się nie sprzątało. Ericowi całkowicie wystarczyło, że miał kuchnię do posprzątania - nie chciał niczego więcej. Szczególnie nie chciał sprzątać swojego serca, bo w nim znajdowała się Shereen. Gdyby ktoś wyjął mu serce i wsadził do skrzyni, on oddałby tę skrzynię Shereen. Oddając jej serce, oddawał jej siebie samego w całości. Tworzyli jedność niczym dwie połówki jabłka oraz dwa kawałki pasujących do siebie puzzli. Każde z nich przechodziło przez życie niosąc różne bagaże doświadczeń, lecz Stones wiedział i zrozumiał jedno
Jej naprawdę na nim zależało.
Gdyby było inaczej, poranek nie wyglądałby tak, jak wyglądał.
Nie przyszłaby do jego mieszkania.
Nie rozbiła butelek.
Nie zachowywałaby się w taki sposób.
Dlatego choć był na siebie wkurwiony i na początku na Sher, tak po wyznaniu zrozumiał, dlaczego to zrobiła. Było to brutalne posunięcie, owszem, ale każda decyzja miała swoje konsekwencje i nie dało się cofnąć czasu, aby sprawdzić, co by przyniosło wybranie innej ścieżki.
Eric nie chciał iść ani za Shereen, ani przed nią. Chciał iść obok niej, ramię w ramię.
Idąc samemu, istniało większe prawdopodobieństwo zaliczenia gleby lub zgubienia się. Idąc we dwójkę, nawet jeśli doszłoby do upadku, jedno pomogłoby drugiemu wstać lub leżeli by na ziemi razem.
Eric mógł przy Shereen leżeć nawet i cały dzień, absolutnie by mu to nie przeszkadzało.
Lubił głaskać ją po włosach i miziać po skórze.
Lubił czuć ją obok siebie, gdy zasypiał i budził się.
Lubił smakować jej ust przed zaśnięciem i po przebudzeniu.
Była jego kołysanką przed snem, i światłem, które rozjaśniało każdy jego dzień.
Uwielbiał, kiedy przeczesywała jego włosy, patrzyła mu prosto w oczy z czułością i kiedy wypowiadała miękko jego imię, powodując automatycznie podniesienie kącików ust.
On w ogóle uśmiechał się przy niej częściej niż normalnie.
Była jego S Z C Z Ę Ś C I E M.
- Fakt.. wodzenie kogoś za nos, by potem odesłać z kwitkiem, należy do… dość słabych zachowań. Ale powiem Ci… że właśnie spełniło się coś, o czym marzyłem… z siedem? Nie… osiem lat temu…- powiedział, przypominając sobie, jak kiedyś przed zaśnięciem patrzył w ścianę, będąc już w stanie zauroczenia, wypowiedział w myślach do samego siebie:
Chciałbym, by Sher zobaczyła kiedyś we mnie kogoś więcej niż tylko przyjaciela… Cóż, nie mówił jej o tym marzeniu z jednej bardzo prostej przyczyny - tej samej przez którą nie wspominał o wysłanych kwiatach - bo zwyczajnie uważał, że NIE musiała o tym wiedzieć. Nie była jej ta wiedza do niczego wtedy potrzebna, a poza tym bał się jej REAKCJI oraz tego, czy nie spowoduje tym rozpadu ich przyjaźni, bo zgadzał się, że nadal byli PRZYJACIÓŁMI. Przyjaźń była fundamentem, na którym powstał ICH związek. Był to - zdaniem Erica - naprawdę WAŻNY fundament, bo nie znali się od wczoraj. Nie musieli się uczyć siebie od nowa - uczyli się jedynie swoich ciał, bo choć widzieli siebie w bieliznach, to nigdy nie doszło między nimi do takich zbliżeń, które pozwalały dokładnie przejechać dłonią wzdłuż klatki piersiowej, zahaczając o pewne, wrażliwe punkty. To było trochę niczym otwarciem świątecznego Mikołaja z czekolady, wiadomo było co jest w środku, lecz często figurka nie posiadała aż tylu szczegółów, jakie dostrzegano na opakowaniu. A Eric BARDZO lubił słodycze. Wszelkiego rodzaju.
Tak czy inaczej, gdyby faktycznie z nim tylko pogrywała, pewnie usłyszałby coś w stylu
Ej bo wiesz co, to co między nami było, nie było na poważnie. Zapomnij o tym. Już wystarczyło, że był zghostowany przez kogoś, z kim myślał, że połączy go coś więcej. Nie potrzebował powtórki z rozrywki, szczególnie jeśli chodziło o kogoś, do kogo czuł coś PRAWDZIWEGO.
Nie chciał, aby puszczała jego nadgarstek.
Zamruczał cicho, kiedy odwzajemniła pocałunek.
- Trzymam za Ciebie kciuki. - odparł, podnosząc zaciśniętą dłoń tak, by pokazać, że NAPRAWDĘ wierzył w umiejętności Sher polegające na tym, by udało jej się go ogarnąć. Przewrócił oczami, kiedy usłyszał zruganie oraz o sprawieniu samemu sobie problemów.
- Może nie narobię. - dodał od siebie, jakby nie był do końca pewien, czy faktycznie za rogiem mogły czaić się jakieś problemy. Uniósł brew, gdy usłyszał rozkaz, tzn. aby pozwolić Sher opuścić blat, lecz nim to zrobił, przeniósł dłonie na talię Sherci.
- Chwila… - wyszeptał, złączając po chwili swoje usta z ustami Sher w pocałunku, a w pewnym momencie, zszedł na szyję dziewczyny. Odsunął się - choć bardzo nie chciał. Chciał jeszcze położyć głowę na udach Sher, ale ostatecznie pozwolił jej wstać z blatu. Poszedł po mopa, dwa wiaderka, rękawice gumowe i szmatki. Rękawiczki dał swojej dziewczynie, ponieważ wolał uniknąć kolejnej sytuacji z okaleczeniem. Już wystarczyło, że miała ranę pod kolanem.
Włączył muzykę ze swojej playlisty z telefonu, a następnie odłożył telefon na szafkę i zaczął zbierać szkło oraz wrzucać do jednej z wiaderek.
- Wiem, że masz rękawiczki, ale proszę, uważaj na siebie. To szkło jest… ajś… - syknął nagle, czując, że właśnie… rozciął sobie zewnętrzną część ręki. Westchnął, widząc spływającą po jego dłoni krew. Oczywiście szybkim krokiem podszedł do miejsca, gdzie odłożył plastry po akcji opatrywania Sher.
love of my life