Eric i Sher mogli dalej rzucać kartami z talii złości, lecz w pewnym momencie, padło coś, co kończyło rozgrywkę, jednocześnie dając do myślenia.
Cisza.
Będąca niczym kropka po wykrzyczanych przez nich słowach. Szlaban niepozwalający jechać dalej - znaczy, oczywiście, można było pod nim przejść, lecz wiązało się to z ryzykiem wypadku. Bo pociąg wypełniony złością mógł także wyrządzić krzywdę. A do Stonesa zaczynało docierać, że zachował się bezmyślnie i tym samym także skrzywdził Shereen. Bo przecież jaka była pewność, że wróci do domu? Co gdyby Oliver przejął scyzoryk Erica i postanowił pozbyć się zagrożenia, uważając, ba, będąc wręcz przekonanym - żyjąc w swojej bańce - iż tylko ON ma pełne prawo do zielonookiej i tylko ON mógł wyłącznie z nią być. Poza tym w stanie, do jakiego się doprowadził, zagrożenie mogło nadejść nawet od całkowicie nieznajomego człowieka, ponieważ wystarczyłoby, by pijany Eric powiedział coś głupiego, co innej osoby by NIE rozbawiło. Litwin niejednokrotnie był świadkiem bójek oraz czytał o nich w internecie. Ludzie bili się, bo uważali, że dając sobie po twarzy, pokażą swoją wyższość, a także wymuszą coś. Sam także w bójkach uczestniczył. Swoją pierwszą bójkę zaliczył, będąc nastolatkiem, kiedy jego znajomy kulał i był cały posiniaczony, ponieważ odmówił kupienia papierosów typkowi, który często rządał characzy lub wymagał, by coś mu dać bądź kupić, choć do biedoty nie należał, ba! Dzięki bogatym rodzicom wiedział, że nic mu w szkole (uczęszczał do innej niż Eric) nie groziło. Dlatego pozwalał sobie na bullying wobec innych - najczęściej słabszych - dzieciaków. Nastoletni Stones miał gdzieś konsekwencje, zadziałał impulsywnie i zażądał, by kumpel go do typa zaprowadził, absolutnie nie akceptując sprzeciwu. Pamiętał bolące knykcie oraz limo pod okiem, ale szczerze? Po pierwsze, czuł, że zrobił dobrze, gdyż typowi - zdaniem Stonesa - się totalnie należało, a po drugie, był dumny ze swojego czynu. Natomiast w tym roku pobił żula, ale tylko i wyłącznie dlatego, że ten okazał się złodziejem portfeli, a co jak co, ale nienawidził złodziei. Nie rozumiał, jak ktoś mógł uważać, że przysługuje mu cudza własność, na którą np. bardzo ciężko pracowano. Jakby nie patrzeć, istniało prawdopodobieństwo zostania okradzionym przez pierwszą lepszą osobę mijaną na ulicy. A będąc pijanym, stanowił jeszcze łatwiejszy cel. Nie wspominając już momentu, kiedy zapomniał zablokować ekran telefonu… jasne, miał nałożone zabezpieczenie w postaci znanego przez siebie kodu ale był na tyle
inteligentny, że zostawił komórkę na ostatniej wiadomości od Shereen.
Dalej mu było słabo gdy docierało do niego, co ktoś obcy mógł przeczytać, a także zobaczyć… Tak, to było niepokojące.
O tyle dobrze, że raczej nie był geniuszem i nie zrobił kopii zapasowej mojego telefonu. Raczej… z tego, co Eric kojarzył, zdolności informatyczne Olivera nie należały do zbytnio wybitnych. Kilka razy próbował z nim rozmawiać ale jakoś nie wyłapał, by przejawiał skłonności do kodowania, programowania czy
kradzieży kopiowania danych, ale oczywiście, Ericowi mógł mówić jedno, a w rzeczywistości robić co innego…
Nie, nie. Na pewno nie wpadłby na pomysł przerzucenia danych z mojego telefonu. By to zrobić, potrzebowałby laptopa albo małego pendrive’a.
Myślenie o tym powodowało, że zaczynała go boleć głowa, aczkolwiek mogła to być także zasługa kaca oraz woni pomieszanych alkoholi. Absolutnie tego nie wykluczał. Podniósł dłonie, aby pomasować skronie, jednocześnie próbując odrzucić myśl o przejętych danych. Już kiedyś ktoś włamał mu się na konto jednej z platform umożliwiających granie w przeróżne gry, a także ich zakup. Bardzo go to wtedy zirytowało, a dowiedział się, że pomimo poprawnego wpisywania hasła wyskakiwał komunikat o niepoprawnym haśle. Właśnie ten incydent spowodował wybranie cyberbezpieczeństwa jako specjalizacji. To mu pomagało rozwijać skrzydła i patrzeć na zabezpieczenia jako zabezpieczenia, a także jako coś, co można było złamać niczym szyfr. Jako dzieciak lubił rebusy i zagadki, dlatego gdy jego mama miała coś w gazecie, próbował to rozwiązać (np. odnalezienie drogi w labiryncie albo rozwiązanie rebusu złożonego z obrazków). Szczerze? Może i miał aktualnie dwadzieścia pięć lat, ale nie miał problemu, by sięgnąć po krzyżówki albo sudoku - choć z tych dwóch o wiele bardziej wolał krzyżówki. Czuł dumę połączoną z satysfakcją, gdy dał radę wpisać oraz odczytać hasło znajdujące się najczęściej na dole strony.
Hasłem jego krzyżówki była
Shereen Winfield.
I choć zazwyczaj za rozwiązanie wszystkich krzyżówek można było otrzymać nagrodę, jemu całkowicie wystarczyła nagroda, jaką otrzymał tego dnia, mimo huraganu, jaki wleciał wraz z przyjściem Shereen.
Usłyszenie tych dwóch pięknych słów stanowiło dla niego więcej niż mógłby sobie wymarzyć - bo czy mogło być coś lepszego od świadomości, że jest się kochanym przez kogoś ważnego dla niego, na kim mu zależało już od dawna?
Że pomimo tego co zrobił…
kochała go. A on kochał ją.
Zauważył zaskoczenie wraz z konsternacją, kiedy wspomniał o spełnionym sprzed siedmiu lat marzeniu - co było najprawdziwszą prawdą. Nie kontrolował tego. To uderzyło go całkowicie nagle i wcale nie było takie proste, bo… burza w głowie nastoletniego chłopaka była bardzo głośna, a on próbował ją uciszyć wszelkimi sposobami - pływając, grając w gry, oglądając głupie filmiki na YT… najgorsze jednak było, gdy kładł się spać, bo to wtedy atakowały go wspólne momenty, w których doszukiwał się czegoś więcej.
A ona robiła maślane oczy do innego kolesia. pamiętał to doskonale. Pamiętał, jak wzdychała i narzekała, bo na nią nie spojrzał. Ani trochę nie było to przyjemne uczucie.
Miał wrażenie, jakby ktoś wbijał mu coś bardzo ostrego prosto w serce lub wbijał nóż prosto w brzuch. Czas zadziałał niczym magiczny płaszcz, który pomógł mu przykryć ból, choć nigdy nie wyłączył go całkowicie. Można to było porównać do wzięcia leku przeciwbólowego - ból został uśmierzony, lecz nie wyleczono Stonesa całkowicie. Nie potrafił ot tak się od niej odciąć ze względu na te wszystkie wspomnienia i to, ile o nim wiedziała. Jednocześnie, doskonale pamiętał jak zamiast odprowadzić ją do domu, czmychnął czym prędzej ze szkoły, wysyłając Sher wiadomość, że źle się poczuł, dlatego nie mógł dotrzymywać towarzystwa podczas powrotu do domu.
Nie kłamał.
W środku naprawdę NIE czuł się dobrze…
A oczywiście jego mama jakby miała jakiś radar, od razu zobaczyła, że jej środkowy syn… coś było nie tak. Pamiętał, że zrobiła ramen i bez naciskania czekała, aż Eric zechce porozmawiać.
Eric musiał przyznać jedno - Shereen mimo wieloletniej znajomości - potrafiła go NAPRAWDĘ zaskoczyć.
Jako dziecko bardzo lubił niespodzianki. Doskonale pamiętał ogarniającą go ekscytację, kiedy dostawał prezent urodzinowy, nie mając pojęcia, co mogło znajdować się w środku, albo kiedy niespodziewanie Stones senior podczas podróży zajeżdżał do McDonalda. Świadomość, że za chwilę miał zjeść frytki i hamburgera , automatycznie sprawiała, że na twarzy Eriza zaczynał gościć uśmiech. Ogólnie lubił kiedy rodzice organizowali wyjazdy do takich miejsc, których wcześniej nie odwiedził, aczkolwiek z roku na rok, takich wyjazdów było coraz mniej, niczym płatków kwiatów porywanych przez człowieka albo liści zdobiących gałęzie drzew, które opadały wraz ze zbliżającą się jesienią. Na szczęście, odkąd zdał prawo jazdy oraz posiadał samochód, mógł sam decydować o tym, gdzie chciał pojechać, a odkąd miał dziewczynę, jego wycieczki nie odbywały się wyłącznie w samotności - choć nocne tripy czasem wciąż praktykował, najczęściej wtedy, gdy odnosił wrażenie, jakoby jego głowa była zbyt ciężka, zbyt nasiąknięta tymi wszystkimi usłyszanymi słowami, podniesionymi tonami, gestykulacjami, zbyt PRZECIĄŻONA. Jasne, chodził na fajka ale szczerze powiedziawszy, nic go tak nie wyciszało, jak… Shereen. Gdyby miał stworzyć ranking tego, co go najbardziej wyciszało i odprężało, wyglądałby on następująco: trzecią pozycję zajmowałaby nocna jazda wraz z oglądaniem filmów lub seriali, drugie, łowienie ryb łącznie z muzyką, a pierwsze… jego wyjątkowa dziewczyna. Jej objęcia, albo raczej ramiona, stanowiły bezpieczną przystań. Jej dłonie potrafiły zdziałać naprawdę wiele, tak samo jak i usta, które najchętniej całowałby bez przerwy. Jej zielone niczym szmaragd oczy, hipnotyzowały go - zabawne, znał Winfield odkąd przyjechał do Toronto, a nie potrafił się uodpornić na spojrzenie dziewczyny. Ani jej prosząco-błagalny ton.
Zamrugał kilkakrotnie, bo nie spodziewał się, że Shereen naprawdę nie miała pojęcia o tym, że Stones za nią i do niej (gdy był sam) wzdychał.
- Nie żartuj… naprawdę nie wiedziałaś? - zapytał zaskoczonym tonem, unosząc brwi, a zaraz dodał:
- Czyli dobrze maskowałem swoje uczucia. Nie masz pojęcia, ile wysiłku mnie to kosztowało, Sher. - taka była prawda. Podniósł dłoń i położył ją na policzku Sher. Był ciepły. Uczuć nie dało się ot tak wyłączyć przyciskiem, tak samo, jak nie istniała w mózgu funkcja usuwania wspomnień.
- A więc mógłbym zostać aktorem. - tak mu jeszcze przyszło po chwili, będąc z siebie dumnym, wyobrażając sobie siebie na teatralnych scenach, w telewizorze oraz na ściankach wraz z robiącymi albo raczej strzelającymi lampami błyskowymi po oczach paparazzi. Jakby nie patrzeć, nigdy nie próbował swoich sił w aktorstwie - znaczy, jasne, brał udział w szkolnych przedstawieniach, lecz nigdy nie brał takiej ścieżki kariery pod uwagę. Pamiętał, jak grał Kaia z Królowej Śniegu, Jasia z Jasia i Małgosi, myśliwego podczas wystawiania i… kaczątko w Brzydkim Kaczątku - zdjęcia ze wszystkich przedstawień mama Erica miała zachowane w albumie ze zdjęciami, a album stał na jednej z półek komody u niej (i jego taty) w domu. Oczywiście wszystkie te sztuki były wystawiane, gdy Eric uczęszczał do podstawówki, a jego łamany angielski na pewno brzmiał rozkosznie.
On jednak od nauki tekstów oraz wcielania się w role, wolał skręcać i rozkręcać różne rzeczy. Albo budować z klocków lego - aktualnie także zdarzało mu się kupować różne zestawy, gdy były na promocji.
Eric naprawdę nie chciał się odsuwać od Sher - było mu tak cholernie dobrze przy niej, ale no… Butelki się same nie sprzątną. pomyślał, a słysząc pytanie, przeczesał dłonią włosy.
- Raczej niczego nie można być pewnym, ale liczę, że tak właśnie będzie. - odpowiedział, wzruszając lekko ramionami. Pytanie brzmiało, czy on, Eric Stones, faktycznie mógł odciąć się od problemów? Czy to nie było trochę tak, że czaiły się na niego niczym dzikie zwierzęta?
Naprawdę chciał jak najszybciej posprzątać te butelki, by móc wrócić do przyjemnych czynności w postaci przytulania i całowania swojej dziewczyny, której podarował rękawiczki, by przypadkiem nie rozcięła sobie skóry. Jak się jednak okazało, to on potrzebował rękawiczek, no ale cóż… wiedział, do czego będzie się dotykał i w sumie to… może nawet zasługiwał na to, by ostra końcówka przecięła jego skórę. Była to kolejna kara za zachowanie sprzed kilku godzin. Obserwował swoją spływającą z ręki krew, gdy nagle poczuł dłonie Sher w tylnych kieszeniach jego spodni, co w sumie było jednoznaczne z dotknięciem jego pośladków, co absolutnie mu nie przeszkadzało. Odwróciwszy się w stronę Shereen, spojrzał na nią niczym zbity pies i skinął głową, wyrażając tym samym zgodę na pomoc.
Miała zielone światło.
Mogła działać. Mogła…
- Bądź moją osobistą pielęgniarką. Zapłacę Ci. - powiedział ze świecącymi oczami, pozwalając Sher działać. Jasne, mógł unieść się dumą i samemu sobie ogarnąć tę ranę, ale skoro zielonooka wyrażała chęć pomocy, nie zamierzał jej powstrzymywać.
my nurse