Złość Laurenta rozbijała się o jego drażniącą stateczność jak fale przyboju o potężny klif. Logan nie naciskał. W zasadzie nie powiedział już nic w temacie rancza, skoro wywoływał w dzieciaku tak potężne emocje. W takim stanie raczej nic nie wskóra.
I Laurent miał rację, nic o nim nie wiedział, ale wiedział za to, co te słowa znaczyły tak naprawdę. Przypominało mu to chwilę sprzed pięciu lat, gdy po śmierci matki jedenastoletni Travis wykrzyczał dokładnie to samo. Logan wiedział, że było tylko próbą obrony autonomii, zaznaczeniem prawa o definiowaniu samego siebie i paradoksalnie podkreśleniem, że czuje się niezrozumiany. Może nie powinien podchodzić podobnie do buntu trzydziestolatka, ale nic nie mógł na to poradzić. Laurent nawet nie zdawał sobie sprawy, że swoim wybuchem sprawił tylko, że Logan wyraźniej niż wcześniej dostrzegł w nim zagubionego szczeniaka.
-
Na ciebie też to działa? - zapytał tylko, gdy Laurent wciąż wzburzony poinstruował go jak obchodzić się ze szczekającym szczurem.
Oddał mu psa i lekko się do niego przychylił, sprawiając że woń wyprawionej skóry, koni i potu stał się intensywniejszy.
-
Dopilnuj proszę, żeby nie straszył koni. Dopóki nie sprzedasz rancza, jesteś jego właścicielem i odpowiadasz za nas wszystkich, szefie. - Podkreślił ostatnie słowo i odchylając się, poprawił swój kapelusz. Potem po prostu odwrócił się i sprężystym krokiem ruszył w drogę powrotną, zostawiając zirytowanego Laurenta na drodze.
Podczas kolacji Logan był jak zawsze milczący. Odpowiadał na opowieści Margy półsłówkami albo mruknięciami, czym kobieta w ogóle się nie przejmowała. Zdawała się nawet prowadzić z nim w ten sposób konwersację, jakby wiedziała co każdy z pomruków dokładnie oznacza.
- Wyobrażasz sobie, że znów są problemy z tą nową Emily?
Chrząknięcie.
- Prawda? To, że Grant w ogóle powierzył jej opiekę nad takim biznesem, to się w głowie nie mieści.
-
Mhm.
- Tak, przywiózł sobie panienkę z miasta i wiadomo było, że będą z nią kłopoty.
Kolejne chrząknięcie, tym razem niższe i krótsze.
I tak to wyglądało.
Margy była więc wniebowzięta gdy mogła sobie poplotkować do kogoś, kto odpowiadał jej całymi zdaniami. Oczywiście był jeszcze Travis, ale on raczej nie interesował się życiem sąsiadów. Nie żeby Laurent wykazywał większe. Nie przeszkadzało to jednak starszej pani w zasypywaniu ich wiadomościami i dokładkami przepysznego gulaszu.
Travis ożywił się, gdy Laurent zwrócił się do niego. Do tej pory jadł w milczeniu przypominając w tym swojego staruszka.
- Tak - odparł, zerkając z dumą na grzecznie leżącego w korytarzu Jet’a. - To znaczy z tatą. Byłem jeszcze mały jak go dostałem, ale mógłbym spróbować z Beau. Może na początek nie karm go przy stole? To podstawowy błąd - zauważył ze śmiechem, pochylając się lekko, żeby zobaczyć jak szpic drepcze podekscytowany przy krześle swojego pana.
- Właśnie, Larry. To zła praktyka - podjęła Margy, stawiając przed nim talerz z tartą i zabierając ten z niedojedzonym obiadem. - Zabieram bo sam już nie jesz a zaraz przekarmisz tego słodkiego puszka. Dzisiaj już go karmiłam.
Logan oblizał wargi z gulaszu, a potem otarł je wierzchem dłoni i podziękował mrukliwie, gdy Margy zabrała jego pusty talerz. Na Beau nawet nie spojrzał, przynajmniej dopóki piesek nie wspiął się łapkami na jego łydkę.
Rozwydrzony jak jego właściciel, pomyślał.
-
Już, siad - burknął, ale Beau oczywiście nie posłuchał, za to radośnie zamerdał podwiniętym ogonem.
Travis obrócił się na krześle i zwinął ze swojego talerza ostatni kawałek mięska. Zawołał szpica, a gdy skupił jego uwagę, pokazał mu smakołyk. Czarne ślepka rozbłysły.
- Nie. Nie. Spokój - przemawiał do zwierzaka cierpliwie, podczas gdy ten podskakiwał i szczekał. - Siad, Beau. Siad.
-
Travis, nie przy stole. - Logan upomniał go szorstko, bo świdrujący szczek psa działał mu na nerwy.
Chłopak nie próbował nadwyrężać cierpliwości ojca. Dał psu smakołyk, a potem oblizując palce, posłusznie odwrócił się do stołu.
- Potrenuję go w weekend - zapewnił Laurenta.
Logan odmówił tarty i wstał od stołu wymawiając się od towarzystwa tym, że musi jeszcze coś zrobić w stajni. Wychodząc, zamknął przed nosem drzwi Beau, który z jakiegoś powodu wyjątkowo upodobał sobie jego towarzystwo.
Tej nocy spał gorzej niż dotychczas. Zwykle nie miał problemów ze snem, jedynie jakiś czas po śmierci Harper, gdy musiał przywyknąć do pustego łóżka i samotności. Dzisiaj powodem był zapewne stres skumulowany z ostatniego tygodnia, doprawiony nieprzyjemną konfrontacją z dzieciakiem Luke’a.
Wybudzony kolejny raz, zdecydował się pójść po szklankę wody. Albo piwo. Może wtedy go ulula.
Na zegarze była druga trzydzieści. O tej porze posiadłość Ashcroftów wypełniały cienie i cisza tak głęboka, jaka nawiedza tylko miejsca takie jak to, zbyt daleko od cywilizacji, by docierał tu poszum samochodów czy odgłos kłócących się sąsiadów z mieszkania obok.
Zszedł po schodach do kuchni, omijając schodek, który skrzypi. Nikogo i tak by nie obudził, ale wolał nie ryzykować. Poruszał się cicho mimo niedźwiedziej postury, poza tym znał tu każdy kąt, każdą deskę i każdy mebel - nie musiał zapalać światła.
Kiedy przestąpił próg kuchni i zobaczył przy stole półnagiego Laurenta, zatrzymał się wpół kroku. Dzieciak siedział z głową wspartą na dłoniach, modląc się do w połowie pustej szklanki wody. Wpadające przez okno blade światło pogodnej nocy sprawiało, że jego skóra wydawała się biała jak mleko.
Wyglądał na udręczonego.
Logan zawahał się tylko moment, zamierając z dłonią na futrynie i twarzą, na której głębokie cienie podkreślały ten niezwykły, kojący spokój.
-
Nie możesz spać?
Nie podniósł głosu. W zupełnej ciszy był ledwie głośniejszy od szeptu. Miękki i niski.
Kiedy Laurent podniósł wzrok, on szedł już do lodówki. Sięgnął po dwa piwa, odwrócił się i otworzył jedno o drugie z łatwością człowieka, który robił to tysiące razy. Kapsel odskoczył i z brzękiem potoczył się po podłodze. Logan najpierw postawił otwartą butelkę przed Laurentem, dopiero potem rozejrzał się za zgubą. Podniósł ją i drugą otworzył już nożem zgarniętym z blatu. Wszystko w kilka sekund.
Wreszcie oparł się tyłkiem o blat. Miał na sobie jedynie luźne spodnie od piżamy, tak nisko, że podkreślały wąskie biodra i pas mięśni brzucha. Jego sylwetka wyrobiona latami fizycznej pracy, jazdy konnej i życia spędzonego pod gołym niebem była imponująca nawet w koszulce, a bez niej prezentowała się zdecydowanie lepiej - potężne barki, mocne ramiona poznaczone drobnymi bliznami, szeroka pierś i twarde, wyraźnie zarysowane mięśnie, którym daleko było do sterylnej perfekcji siłowni. Była w nich pierwotna, surowa siła.
Księżyc rysował na jego skórze chłodne refleksy, wydobywając nierówności mięśni i zagłębienia obojczyków, podczas gdy resztę sylwetki pozostawiał w miękkim cieniu. Jasne światło odbiło się od szyjki butelki, gdy uniósł ją do ust.
Piwo było przyjemnie zimne i gorzkie. Odchylając głowę, wziął kilka długich łyków, a napięte mięśnie szyi poruszyły się pod skórą. Potem wypuścił powietrze powoli, niemal bezgłośnie, i oparł butelkę o blat. W ciszy słychać było jedynie cichy stuk szkła o drewno oraz odległe cykanie świerszczy dobiegające zza otwartego okna.
Laurent Ashcroft