Absolutnie n i c z tego, co mówił i co – omijając najważniejsze – starał się wytłumaczyć.
„Zawsze tak było, dlaczego teraz miałoby być inaczej?”.
Z ust Gardnera wydobył się podobnie gardłowy śmiech.
Zasrana zosia-samosia, pomyślał, jednocześnie krzywiąc się nieznacznie przy kolejnym dotyku rany. W tamtym momencie o wiele bardziej drażniła go oczywistość, że Helena z uporem maniaka traktowała samowystarczalność jak pieprzoną cnotę. Udowadniała to na każdym kroku. Jakby przyjmowanie czyjejkolwiek pomocy było oznaką słabości, a pakowanie się samotnie w każde możliwe gówno – dowodem siły.
Wkurwiała go.
Nawet nie przyszło mu do głowy, że sam od lat funkcjonował dokładnie w ten sposób. Pomoc odrzucał odruchowo, ludzi trzymał na dystans, a problemy dusił w sobie tak długo, aż zaczynały zżerać go od środka.
„Możesz sobie darować, bo wiem, co by zrobili, to nie jest, kurwa, moja pierwsza sprawa, ani nawet najtrudniejsza”.
Znów drwiąco się zaśmiał.
Szybko jednak zamilkł, z wściekłości zaciskając palce na swoim udzie. Następne słowa Heleny trafiły w słabszy punkt.
— Gdybym ciebie słuchał, nic by się nie wydarzyło? — powtórzył zajadle. — A kto się, kurwa, podał informatorowi jak na złotej tacy? To nie moje auto i nie moja forsa są głównym problemem. — Syknął, bo klej właśnie zaczynał się nagrzewać. — Ty nim jesteś. Odkąd tylko zaczęłaś grzebać w tej sprawie — wycedził.
Nie odrywał od niej wzroku.
Zwłaszcza, gdy dostrzegł w jej oczach prawdziwą emocję. Mylił się, drganie kącika ust nie zwiastowało płaczu, a furię. A im dłużej patrzył, tym bardziej ta furia udzielała się i jemu.
„Myślisz, że miałabym s z c z ę ś c i e, gdybym przyszła o pięć minut za późno? Gdybym nie zorientowała się, że zostałeś w Edmonton?”.
Wyglądał trochę tak, jakby zaraz miał złapać ją za kark. Zamiast tego przesunął spojrzeniem po jej twarzy, kiedy się zbliżyła, a potem rzucił:
— Słyszałaś. — Zabrzmiało dokładnie w jego stylu. Krótkie, szorstkie stwierdzenie pełne aluzji. — A mimo to dalej pytasz — dodał w myślach.
Bo tak było łatwiej, niż przyznać się przed nią, że się martwił. Że gdyby tylko posłuchał, zawrócił samochód i wrócił do Toronto, nigdy by sobie nie wybaczył, gdyby coś jej się stało.
Co za pierdolona bzdura.
Gwałtownym chwytem wyrwał Helenie jeden z bandaży i przyłożył do swojego ramienia. Zaczął owijać ranę; dopiero wtedy poczuł, że wciąż trzęsą mu się dłonie.
Zachowywał się absurdalnie, jak idiota. Wcale nie był z siebie dumny.
I nie miał już wątpliwości. Wiedział, że będzie musiał się napić. Raz jeszcze. Choćby miał się doczołgać do barku na kolanach.