31 y/o
NARRATORSKI PIESEK
178 cm
dyrektor wykonawczy valencourt investment group
Awatar użytkownika
since love and fear can hardly exist together, if we must choose between them, it is far safer to be feared than loved
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki-
typ narracji3rd
czas narracjipast
postać
autor

Reakcje jej ciała były na wielu poziomach czymś, czego nie rozumiał. Ulga. Poruszenie. Łzy, które nie spływały jeszcze po policzkach, lecz gromadziły się w kącikach oczu, nadając stalowoniebieskim tęczówkom osobliwy połysk. Delikatny uśmiech igrający na pełniejszych wargach, jak gdyby samo zobaczenie, że był przytomny, stanowiło dla niej wydarzenie wymagające znacznie większej emocji, niż powinno. Raphael obserwował ją przez kilka długich sekund, próbując umieścić to zachowanie w którymś z dobrze znanych mu schematów. Nie pasowało do żadnego. Nie był to pierwszy raz, kiedy wybudzał się z narkotycznego stanu, i z pewnością nie miał być ostatni. W jego świecie podobne sytuacje dawno przestały być czymś, co można było uznać za wyjątkowe. Pamiętał medyków stojących przy łóżku, pamiętał ich spokojne głosy, krótkie pytania i równie krótkie odpowiedzi, pamiętał beznamiętne sprawdzanie parametrów, światło przesuwające się po źrenicach, chłodne dłonie na nadgarstku, urządzenia, które miały mówić za niego, kiedy sam nie był jeszcze zdolny mówić. Pamiętał Marcusa. Zawsze Marcusa. Jego milczącą obecność gdzieś w pobliżu, czujność, która nie wymagała komentarza, i ten szczególny rodzaj profesjonalizmu, w którym troska została całkowicie pozbawiona ciepła, aby mogła stać się funkcją. Wszystko było sterylne. Uporządkowane. Przewidywalne. Człowiek trafiał do takiego systemu, a system miał doprowadzić go z jednego punktu do drugiego: od nieprzytomności do przytomności, od zagrożenia do stabilności. Nikt nie pytał, czy cieszył się, że otworzył oczy. Nikt nie patrzył na niego tak, jak patrzyła teraz Glass.
Ona była przeciwieństwem spokoju.
Z ogromnymi oczami wpatrzonymi w niego, z rozedrganymi lekko wargami i jego własnym swetrem otulającym jej zbyt szczupłe ciało. Raphael pozwolił sobie przesunąć po niej spojrzenie jeszcze raz, tym razem wolniej. Rozpoznał materiał, krój, nawet niewielkie załamanie przy jednym z rękawów. Zobaczył w nim jednocześnie coś absurdalnie domowego i coś, co nie powinno znajdować się tutaj. Ona również nie powinna się tutaj znajdować. A jednak była. I właśnie ten fakt wydawał mu się coraz trudniejszy do zignorowania.
Ciało zapamiętał jeszcze z Paryża. Nieprzyjemnymi miernikami. Kostnymi szczegółami kolan widocznymi pod skórą, zbyt wyraźnymi obojczykami, zapadniętymi policzkami, bladością cery, która w jej wieku powinna mieć więcej życia. Wtedy nie poświęcał temu szczególnej uwagi. Człowiek był dla niego przede wszystkim całością, zbiorem funkcji, decyzji, zachowań i konsekwencji. Ciało stanowiło narzędzie. Jeżeli działało, było wystarczające. Teraz jednak, po trzech dniach własnej fizycznej bezradności, dostrzegał w jej wyglądzie coś, co stanowiło o pogorszeniu. Nie zaś polepszeniu. Szczególnie że różnica nie wydawała mu się wyłącznie złudzeniem.
Delikatnie podniósł się na łokciu. Ruch był prosty tylko z pozoru. Mięśnie zaprotestowały natychmiast, a przez krótką chwilę poczuł, jak ciężar własnego ciała staje się niemal czymś obcym. Nie było już migrenowego bólu, który wcześniej obejmował czaszkę ciasnym pierścieniem. Pozostało jednak osłabienie, głęboka pustka mięśni, brak tej oczywistej siły, której normalnie nie zauważał właśnie dlatego, że zawsze ją posiadał.
Sięgnął jednak po wyciągniętą w jego stronę szklankę. Palce zacisnęły się na szkle, które zaraz też przechylił ku ustom. Pierwszy łyk niemal natychmiast wywołał kaszel. Woda w gardle była jak sól sypana na świeże rany. Nabłonek, wysuszony przez długie godziny bez przyjmowania płynów, zdawał się rzucić na nią z niemal zwierzęcą zachłannością. Raphael zakrztusił się, odsunął szklankę na sekundę, zaczerpnął powietrza, a potem ponownie przyłożył ją do ust. Tym razem nie próbował już pić powoli. Opróżnił zawartość niemal jak człowiek, który po wielu godzinach na pustyni odnajduje wodę i przez pierwszą chwilę nie potrafi myśleć o niczym innym. Oczy zaszkliły mu się od reakcji ciała.
Odetchnął ciężko. Nie z powodu jej słów. Nie z powodu frustracji. Jego ciało po prostu powoli wracało do rzeczywistości i każdy jego element domagał się własnego czasu. To było irytujące. Ciało nie rozumiało rozkazów. Nie przyspieszało tylko dlatego, że jego właściciel tego chciał. Nie można było nakazać mięśniom, żeby przestały być słabe, podobnie jak nie można było nakazać żołądkowi, aby przestał reagować na trzydniową pustkę.
Podziękował jej nikłym ruchem głowy i odstawił szklankę, nie odzywając się. Wciąż leżał na boku, podpierając się słabym łokciem, ale zmiana pozycji z leżącej — nawet przy wysiłku, który uważał za przesadny, i mimo braku jakichkolwiek zaleceń, żeby robić to samodzielnie — wydawała mu się lepszą opcją. Leżenie odbierało mu perspektywę. W pozycji siedzącej mógł przynajmniej patrzeć na nią z wysokości, która przywracała choćby namiastkę dawnego porządku. - Dlaczego więc chudniesz? - spytał. Jego spojrzenie wbiło się w stalowoniebieskie oczy. Nie było w tym pytaniu oskarżenia. Była obserwacja.
Dopiero po dłuższej chwili przesunął wzrok wyżej. - Twoje włosy - skomentował tylko. Widział zmianę. Nie miały tego samego blasku co wcześniej. Nie układały się tak samo. Zdawały się cieńsze, bardziej kruche, pozbawione tej naturalnej sprężystości, którą pamiętał. Może było to złudzenie. Może światło. Może jego własne osłabienie wciąż wpływało na sposób, w jaki postrzegał rzeczy. Nie wierzył jednak w opowieść o nie-głodzeniu się. Była zbyt wygodna. Zbyt prosta. A przede wszystkim nie odpowiadała temu, co widział.
Ponownie poprawił pozycję. Tym razem chciał usiąść. Przez chwilę ciało nie współpracowało. Jedną dłonią oparł się o materac, drugą przesunął za plecy. Zdołał podnieść tułów, lecz gdy znalazł się w pozycji siedzącej, musiał pozostać nieruchomo. Plecy miał lekko zgarbione. Oddychał wolniej, kontrolując rytm oddechu, ponieważ serce przez kilka chwil pracowało zdecydowanie zbyt szybko. Patrzył przed siebie w nieistniejący punkt i czekał. Nie chciał, żeby zauważyła, jak trudno było mu utrzymać tę pozycję. Dlatego właśnie czekał, aż świat przestanie choć odrobinę falować. Aż serce zwolni. Aż ciało zaakceptuje pion.
Wreszcie poczuł stabilność i dopiero wtedy ponownie spojrzał na kobietę znajdującą się obok. I wyciągnął ku niej dłoń. Nie spieszył się. Palce wsunęły się w jej włosy. Najpierw poczuł skórę głowy pod opuszkami, potem przesunął je dalej, pozwalając włosom przelewać się przez wnętrze dłoni. Chciał się przekonać. Nie ufał pierwszemu wrażeniu. Teraz jednak również dotyk mówił to samo. Cienkie pasma. Suchość. Mniejsza gęstość. Kruchość. Roztarł jeden pukiel między palcami, jakby sama analiza faktury mogła dostarczyć mu odpowiedzi, której nie otrzymał w słowach. Nie wiedział, kiedy dokładnie zaczęła się zmiana. Nie wiedział, jak długo trwała. Wiedział tylko, że była.
Dopiero po dłuższej chwili spojrzał na nią ponownie. Uważnie. Badawczo. Spokojnie. - Czemu to robisz? - Pytanie pozostało pomiędzy nimi.
Kolejna cisza wypełniła przestrzeń pokoju, a regularne pikanie monitora stało się nagle niezwykle wyraźne. Raphael powoli wrócił do wcześniejszej pozycji, tym razem z większą poduszką wsuniętą pod głowę. Nie chciał leżeć całkowicie płasko. Sama pionizacja była jeszcze wysiłkiem, ale półsiedząca pozycja pozwalała mu myśleć.
Podpisałam. Usłyszał zawahanie.
Nie musimy rozmawiać. Tym razem w jej głosie było coś bardziej zamkniętego.
Raphael nie odpowiedział od razu. Zamiast tego odetchnął. Pozwolił ciszy jeszcze trochę płynąć. Czuł głód, coraz bardziej wyraźny i fizyczny, ale nie zamierzał jeść w łóżku. To mogło poczekać. Wszystko mogło poczekać, jeżeli dzięki temu miał odzyskać choć odrobinę kontroli nad własnym rytmem. Nie zamierzał pozwolić, aby trzy dni nieprzytomności uczyniły z niego człowieka reagującego na każdą potrzebę natychmiast.
Wszak co innego zajmowało jego myśli. Nie kontrakt. Nie jedzenie. Nie nawet jej zachowanie. Gospodarz. Im dłużej patrzył na światło przesuwające się po suficie, tym wyraźniej układały mu się w głowie wcześniejsze szczegóły. Wiadomość. Podróż. Aukcja. Prowadząca. Ostrzeżenie ukryte w pozornie neutralnych słowach. Informacja o tym, że żyła. To wszystko nie musiało być osobnymi wydarzeniami. Ludzie popełniali błąd, kiedy oceniali władzę przez pryzmat pojedynczych decyzji. Decyzja sama w sobie niewiele znaczyła. Znaczenie miało dopiero to, co zmieniała w układzie sił.
Jego spojrzenie powoli przesunęło się na Glass. - Opowiedz mi o tym, co Gospodarz próbuje osiągnąć. - Głos miał nadal słaby, ale myśl była już klarowna. - Nie interesuje mnie jego oficjalna wersja, jego deklaracje ani to, co mówi ludziom, dla których jest kimś innym. Chcę wiedzieć, co wynika z jego decyzji — z tego, komu daje dostęp, komu go odbiera, kogo wynosi, kogo poświęca i jakie rzeczy jest gotów zrobić, żeby świat zaczął układać się zgodnie z jego zamysłem. - Zrobił krótką przerwę, nie odrywając jednak od niej wzroku. - Jeśli spojrzysz na jego działania jak na kolejne elementy jednej konstrukcji, dokąd, twoim zdaniem, wszystkie prowadzą?
Tym razem nie pytał o deklaracje. Pytał o wzór. O kierunek. O człowieka, który być może przez cały czas budował coś znacznie większego, niż pozwalał komukolwiek zobaczyć. A Sadie Glass była kluczem, którego nie zamierzał zostawiać w drzwiach.

Sadie Glass
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
dirty little diesel.
25 y/o
Welkom in Canada
154 cm
auction specialist Heffel fine art auction house
Awatar użytkownika
dollar bills and tears keep falling down her face
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jej uwaga wyostrzyła się, gdy mężczyzna drgnął i spróbował wesprzeć na łokciu. Cieszyła się, że nie walczył z nią jak idiota o zasadność podania szklanki, ale nie pozwoliła ciału rozluźnić pod ulgą małego zwycięstwa. Jeśli zaczynał się ruszać, mógł potrzebować jej pomocy. Ręki, której mógłby się przytrzymać, albo którą ona mogłaby pociągnąć jego sylwetkę ku górze. Skupienia, gdyby mikroskopijne zmiany na twarzy podpowiedziały, że zakręciło mu się w głowie i zemdleje z gardłem pełnym nieprzełkniętego płynu, który mógł go udusić. W skali wszystkiego, co mogło pójść źle, byłaby relatywnie zadowolona gdyby tylko zwymiotował pianą na pościel. Sprzątnięcie bałaganu byłoby łatwe.
Łatwiejsze do zniesienia niż kolejne zdrowotne powikłania.
Dam ci więcej, ale musisz trochę zaczekać — obiecała. Organizm, który po dniach wędrówki po pustyni utkanej z farmakologicznego snu, po otrzymaniu świeżej i przyjemnie chłodnej wody mógł chcieć rzucić się na nią łapczywie. Nie mogła na to pozwolić, bo żołądek potrzebował czasu, by wznowić pracę i oswoić się z pierwszą obcą treścią, która do niego trafiła. W przeciwnym razie bolałoby go, znów targały nim konwulsje i mdłości. Celem Sadie było łagodzenie objawów - w taki sposób, jaki był dla niej możliwy jako…
Sama nie wiedziała kto.
Nie była personelem medycznym.
Nie była też personelem posiadłości.
Nie była jego rodziną, nie była nawet koleżanką.
Była pracownikiem, ale pracownicy nie towarzyszyli przełożonym w zdrowotnych zapaściach i hospitalizacji.
Była kimś, kogo roli nie przewidziano i nie nazwano. Ona sama nie potrafiła tego zrobić jeszcze dwadzieścia cztery godziny wcześniej.
Teraz, gdy wpatrywał się w nią uważnie, czuła jeszcze bardziej naga niż w paryskiej garderobie. Gruby sweter nie chronił przed czujnym okiem mężczyzny, który nie miał zaakceptować niczego innego niż perfekcja.
Dlatego nie odpowiedziała od razu. Perfekcyjne uzasadnienie nie istniało. Nie potrafiła wytłumaczyć mu tego, że ma więcej stresu, mniej jedzenia, nie ogląda już wieczorami filmów z kubełkiem popcornu - przyjmuje mniej kalorii, spala więcej kalorii, zatem chudnie, ale nie oznacza to nic złego. Nie potrafiła wytłumaczyć mu tego, że niektóre zjedzone posiłki doprowadzały ją do stanu tak brutalnego rozszczepienia z własnym ciałem, że nie rozpoznawała go w lustrze i dramatycznie szukała ulgi w muszli sedesowej. Co jednak było gorsze od jej braku odpowiedniego słownictwa - nie sądziła, że chciałby rzeczywiście jej perspektywę zrozumieć.
Nie musiał. Nie wymagała tego od niego. Jego rola jako przełożonego pozwalała zaś na kierowanie wymagań ku niej. W jego kompetencjach było określenie zadań, w jej - realizacja bez kwestionowania, tak długo, jak zadania nie były ordynarnie niezgodne z jej zatrudnieniem.
Wygląd był fundamentem zatrudnienia. Nie była to obelga. Nie umniejszało to wiedzy i doświadczeniu. Był to fakt tak prosty i tak oczywisty, jak cztery zasady Aukcji przedstawione jej podczas jednej z pierwszych rozmów rekrutacyjnych z Gospodarzem.
Jeszcze nie zorientowała się, że skoro jedną z nich złamano - można było złamać pozostałe.
Odnotowała kolejną próbę ruchu Raphaela, tym razem bardziej wymagającą i pozwoliła sobie na minimalną ingerencję. Jedna z jej dłoni powoli - tak, by nie zaskoczyć gwałtownością - sięgnęła ku męskim plecom, by spocząć na bezpiecznej wysokości łopatek. Asekurowała na wypadek protestu mięśni w atrofii i walczącego o każde uderzenie słabego serca. Nie stosowała nacisku i nie pomagała w ruchu - dłoń istniała za nim jako plan B który, na co liczyli oboje, mógł się do niczego nie przydać. Dostrzegała ile wysiłku kosztowały go próby podniesienia się. Materac był do tego wyjątkowo niewdzięcznym gruntem - nawet twardy nie reagował na ruch ciała tak, jak Raphael mógłby wesprzeć na powierzchni nieelastycznej. Nie komentowała ani gestu, ani czasu, który oboje musieli poświęcić na sukces misji. Pozwalała Raphaelowi oprzeć się na niej - na jej ciele, które nawet jeśli nie jadło blisko dobę, wciąż było silniejsze niż jego własne po przedawkowaniu i kilku kroplówkach.
Nawet jeśli nie miała wystarczająco energii dla samej siebie, tę, którą miała, dzieliła pomiędzy nich proporcjonalnie do potrzeb.
Ona potrzebowała zaledwie kilku procent by siedzieć w fotelu. On potrzebował całej reszty, by być w stanie utrzymać pozycję siedzącą.
Zamiast więc gromadzić rzadki zasób dla samej siebie, blondynka oddawała jego większość ku poprawie jego komfortu. I to było dla niej jedyną prawidłową drogą.
Wciąż tańczyli. Kiedy ona dłoń cofnęła - upewniona, że przybrał stabilną pozycję - on swoją sięgał ku jej twarzy. Tym razem ruch nie spowodował drobnego spięcia, zwiększonej czujności. Była go ciekawa, ale gotowa przyjąć bez niepokoju.
Delikatne palce badające wrażliwą skórę głowy i okalające ją blond loki przypominały o szczęściu, które istniało poza Aukcją. O tym jak uwielbiała, gdy ktoś leniwie bawił jej włosami. O tym, ile władzy nad kobiecą uległością mógł mieć prosty, czuły gest.
Ale nie mogła zanurzyć się we wspomnieniu. Raphael przebudził się na tyle, by powrócić do kwestii podpisanej umowy, a kolejno - wymagań, którym miała sprostać jako jego podwładna. Zdradzały ją tylko milimetry, gdy głowa w automatycznym odruchu pochyliła ku czemuś, co mogłoby być pieszczotą.
Nie było.
Było k r y t y k ą. Na krytykę zaś musiała odpowiadać jak pracownik zobowiązany, do dostarczenia określonego wyniku. Nie akceptowała porażki ani w innych, ani w sobie.
Włosy. Musiała zmienić włosy.
Jeśli tak zdecydujesz, umówię się na przedłużenie i zagęszczenie — problem nie wymagał omawiania, problem wymagał rozwiązania. Za to jej płacono, a Raphael oczekiwał skutku, nie dywagacji o emocjach. — Istnieje prawie niewidoczna metoda. Ice extensions. Można ją wyczuć dopiero pod palcami — każde z rozwiązań miało implikacje, które przedstawiała jako ktoś służbowo zobowiązany. Nie podejrzewała, że ktoś przed kim chciał pokazać poprawioną Prowadzącą dotykałby jej głowy tak dokładnie, natomiast nie mogła wiedzieć, czy nie planował czegoś co odgórnie tę metodę skreślało. — Gospodarz osobiście wybrał odcień blondu. Możesz go zmienić — jeśli na to zwracał uwagę jeden z jej przełożonych, zakładała, iż drugi robił to samo. — Moimi włosami w Toronto zajmuje się tylko jedna osoba. Jeśli chcesz - dopilnuję, aby przysłano próbki innych odcieni do porównania — do próbek mieli zaś użyć jej własnych kosmyków, by jak najwierniej odwzorować efekt, którego mógł się spodziewać po podjętej decyzji mężczyzna.
W procesie rozbierania jej wizualnej niewystarczalności na czynniki pierwsze wciąż nie odniosła do tego, o co pytał.
Pytanie pozostawało dla niej niezrozumiałe, ponieważ nie robiła niczego.
Jeśli moje obecne proporcje nie są dla ciebie atrakcyjne, postaram się je zmienić — robiło jej się słabo na samą myśl o wewnętrznych torturach, do których proces miał doprowadzić - a zarazem nie widziała innego wyjścia. Raphael przywoływał temat pracy. W pracy miała się za kogoś, kto niemożliwe czyni możliwym. Nie dopuszczała do istnienia wyjątku. Potrzebowała czasu, przewidywała trud, bezsilność i udrękę - ale to nie miało prawa stanowić przeszkody.
Raphael Valencourt potrzebował Prowadzącej wizualnie innej, więc wizualnie inna miała się stać. Bezdyskusyjnie.
Odchrząknęła, gdy wycofał dłoń i ponownie się położył. Pytanie o Gospodarza było niespodziewane, a zarazem lepsze od wszystkich, które mógł zadać o jej nawykach żywieniowych. Jej deklaracja o braku konieczności rozmowy była jednak ukłonem w stronę pacjenta, który odpoczywał po zapaści zdrowotnej; pacjenta, który dawał jej do zrozumienia niejednokrotnie, iż kontakt z nią go męczył.
Oferując milczenie usiłowała być tym, czego od niej chciał.
I w tym także nie spełniła oczekiwań, bo nie przewidziała, że akurat w tej chwili będzie chciał poważnej dyskusji o pracy.
Kobiece spojrzenie uciekło poza kontur sylwetki mężczyzny ku oknom sięgającym sufitowi. Wpuszczały do sypialni resztkę dziennego światła tak, jakby koniec mógł być czymś przejściowym i łagodnym. Doświadczenie Prowadzącej temu przeczyło.
Początek i koniec były gwałtownym szarpnięciem w nieznanym kierunku.
Tym była Aukcja 2026.
W takim razie pytasz nie o fakty, a o moją obserwację i interpretację faktów — doprecyzowała. Temat był zbyt poważny, by mogła pozwolić sobie na kolejny zarzut kłamstwa. — Wygodnie ci? — przerwała nie w celu budowania sztucznego suspensu, lecz ustalenia, czy znajdował się w stanie potrzebnym do usłyszenia jej odpowiedzi.
Najlepiej tak, by nie musiała się powtarzać.
Kontynuowała dopiero uzyskawszy potwierdzenie.
Nie wiem. Nie wiem na pewno — zaznaczyła. — Myślę, że od jakiegoś czasu bardziej interesował się nie tym, kto wygra, tylko tym, kto po zwycięstwie będzie komu i co winien — zastanowiła się. — Zaczął wykonywać ruchy, które zwiększały liczbę zależności zamiast je stabilizować. Może sprawdza ile system wytrzyma — spekulowała na podstawie pięcioletniej znajomości z mężczyzną, który dla reszty świata pozostawał duchem. — Nie wiem wszystkiego, ale podejrzewam że pozwalał mi na rzeczy, które nie były możliwe dla poprzednich Prowadzących. Prowadząca powinna być przezroczysta. Ja przestałam być przezroczysta cztery Aukcje temu. Pozwalał mi budować relacje, reputację, indywidualną tożsamość. Jeśli pytasz dokąd prowadzą jego decyzje, fakty wskazują na stworzenie czegoś, czego wcześniej w systemie nie było. Nie wiem, czy rzeczywiście tak jest. Nie wiem dlaczego — wróciła skupionym spojrzeniem do twarzy mężczyzny. Gospodarz nigdy nie spowiadał się z własnych planów, zaś plany poszczególnych Aukcji nie były tym, o co dopytywał Valencourt.
Sadie nie potrafiła bezbłędnie i natychmiastowo połączyć wszystkich niteczek na rozległej mapie, niczym detektyw z problemem alkoholowym z przydługiego serialu. Potrafiła zauważać detale, które inni przeoczyli i zapamiętywać. Mogła oddać Raphaelowi część tej wiedzy zgodnie z umową. Resztę pracy zostawiała jemu.
Wąchałeś swój list? — podejrzewała, że to, co dla niej stanowiło największą przewagę, dla niego było bzdurą niewartą poświęconego czasu. Nie działała przeciwko niemu wykorzystując męską predyspozycję do odrzucania paplaniny Sadie Glass jako bezwartościowej sieczki. Wracała do myśli, która zajmowała przestrzeń jej umysłu od chwili pod bramą paryskiej posiadłości. — Na moim osiadły resztki perfum. Charakterystyczny, niemal metaliczny czarny pieprz. Rzadka odmiana kardamonu z Nepalu — zapach był luksusowy i niszowy, potencjalnie personalizowany, o wysokiej zawartości olejków zapachowych. Tak specyficzny, że zajmował w jej umyśle specjalną szufladkę. — To nie jest zapach Gospodarza. Czułam go wcześniej tylko trzy razy. Na dwóch niezależnych pakietach korespondencji Aukcyjnej i tylko raz na żywo — podciągnęła kolana pod brodę, a zaś objęła je rękoma. Sytuacje, w których brakowało jej ważnego elementu, były wewnętrzną walką z ograniczeniami pamięci, która miała być niemalże filmową supermocą z uniwersum znanej franczyzy. Mózg jednak nie tworzył sztucznych danych tam, gdzie brakowało mu prawdziwych. Ją ten brak frustrował, zatem dodawała sobie otuchy. — Koniec Aukcji 2025. Goście wychodzili długim korytarzem. Pamiętam rząd pleców w garniturach. Ich marki, grubość kołnierzyków, gęstość splotu tkanin. Zapach unosił się pomiędzy grupą ostatnich sylwetek. Nie było go w sali podczas licytacji. Pojawił się dopiero przy ciężkich, mahoniowych drzwiach prowadzących do klatki schodowej.
Zatem istniał ktoś, kto miał dostęp do przestrzeni Aukcji i do korespondencji Gospodarza, kogo jednocześnie nie przedstawiono Prowadzącej.
Prowadzącej, której obowiązkiem narzuconym przez Gospodarza było uważne studiowanie każdego nazwiska, które istniało w ciemnej chmurze Aukcji.

raphael valencourt
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
dallas major
AI
31 y/o
NARRATORSKI PIESEK
178 cm
dyrektor wykonawczy valencourt investment group
Awatar użytkownika
since love and fear can hardly exist together, if we must choose between them, it is far safer to be feared than loved
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki-
typ narracji3rd
czas narracjipast
postać
autor

Większość ludzi była przewidywalna. Nie dlatego, że byli prości w sensie braku inteligencji — Raphael nigdy nie uważał inteligencji za warunek konieczny przewidywalności — lecz dlatego, że prawie każdy człowiek posiadał w sobie jakiś niedosyt, a niedosyt był jedną z najłatwiejszych rzeczy do wykorzystania. Jedni pragnęli pieniędzy, inni nazwiska, jeszcze inni dostępu do ludzi, których samo pojawienie się w ich telefonie potrafiło otworzyć drzwi zamknięte dla setek innych. Byli tacy, którzy chcieli seksu, podziwu, poczucia własnej wyjątkowości, potwierdzenia swojej męskości albo kobiecości, poczucia przynależności do czegoś większego niż oni sami. Czasem wystarczało im nawet to, żeby ktoś ważniejszy spojrzał na nich przez kilka sekund dłużej niż na pozostałych. Raphael od dziecka obserwował te mechanizmy z osobliwą fascynacją, choć wówczas nie potrafił jeszcze nadać im nazw. Wiedział tylko, że ludzie zawsze czegoś chcieli. A skoro czegoś chcieli, można było przewidzieć ich następny ruch.
Świat, w którym dorastał, opierał się właśnie na takich ludziach — łaknących wpływów, dostępu, pieniędzy i znaczenia, nieczyniących niczego bez powodu. Czerpali korzyść ze wszystkich ruchów, jakie wykonywali, nawet jeżeli korzyść ta była tak odległa, że dla postronnego obserwatora w ogóle nie istniała. Raphael nauczył się więc nie pytać przede wszystkim co ktoś zrobił, ale co otrzymał w zamian. To drugie pytanie było zazwyczaj znacznie bardziej użyteczne. Człowiek mógł kłamać na temat własnych intencji. Mógł udawać altruizm, lojalność, miłość, przyjaźń, nawet poświęcenie. Znacznie trudniej było ukryć strukturę korzyści, która pojawiała się po jego decyzji. Dlatego ludzie wydawali mu się jednocześnie przebiegli i prości. Potrafili budować skomplikowane intrygi, lecz prawie zawsze wokół tej samej pustki. Chcieli być bogatsi. Ważniejsi. Bezpieczniejsi. Bardziej pożądani. Bardziej potrzebni. Chcieli mieć wpływ na innych, ponieważ wpływ dawał im złudzenie, że świat nie może ich zranić bez pozwolenia.
Rozumiał tę zasadę bardzo wcześnie. Zbyt wcześnie.
Pamiętał siebie jako chłopca stojącego przed istotnymi sylwetkami dorosłych, którzy patrzyli na niego nie jak na dziecko, lecz jak na coś, co można było wykorzystać. Sprzedany przez własną rodzinę recytował wiersze po francusku. Prowadził rozmowy po niemiecku. Płakał po angielsku. Języki zmieniały się zależnie od pomieszczenia, człowieka i celu, jaki należało osiągnąć, lecz oczekiwanie pozostawało zawsze takie samo. Miał być posłuszny. Miał dobrze wyglądać. Miał odpowiadać wtedy, kiedy pytano, i milczeć wtedy, kiedy jego głos przestawał być komuś potrzebny. Czasami czuł własną krew wypełniającą usta. Czasami posoka należała do kogoś innego. Wspomnienia nie zawsze zachowywały chronologię, lecz zachowywały zapachy: alkohol, perfumy, drewno, ciężkie tkaniny, metaliczny posmak krwi. Zachowywały również ręce. Dłonie na ramionach, karku, plecach. Dłonie prowadzące go tam, gdzie miał stanąć.
Nigdy nie musiał długo zastanawiać się, czego od niego chciano. Posłuszeństwa. To było najprostsze. Nie był przecież chłopcem. Przynajmniej nie dla nich. Był rzeczą, a rzeczy należało sprawdzać. Testować. Ocenić ich funkcjonowanie. Zobaczyć, ile wytrzymają, zanim przestaną być użyteczne. W świecie, z którego pochodził, wartość człowieka była zadziwiająco podobna do wartości przedmiotu: zależała od tego, ile można było z niego uzyskać. Raphael zrozumiał to szybciej, niż ktokolwiek chciałby przyznać.
Jak wtedy z Cassandrą, gdy mieli po siedem lat. Do dziś pamiętał absurdalność własnego dziecięcego przekonania, że coś zostało wówczas przypieczętowane. Że ich łzy, obecność dorosłych, słowa wypowiadane nad ich głowami i cały ten ciężar ceremonialności oznaczały coś trwałego. Że istniała jakaś rzeczywistość, której nie można było odwołać tylko dlatego, że dwoje dzieci nie rozumiało, dlaczego właśnie ich wybrano. Wtedy jeszcze wierzył, że skoro dorośli mówili poważnie, ich słowa musiały mieć znaczenie. Później nauczył się, że dorośli również byli tylko ludźmi. A ludzie mieli interes.
Teraz ta sama zasada powracała do niego, kiedy patrzył na Glass. Czuł lekki dotyk jej dłoni na swoich plecach. Delikatny, niemal ostrożny. Dziewczyna, która do niedawna znajdowała się w jego sferze jedynie jako jedna z wielu figur widywanych raz do roku. Prowadząca Aukcję. Kobieta, której nazwisko znał, ale której istnienie pozostawało dla niego niemal abstrakcyjne. Potem stała się konkretna. Stała się Glass. Tą, którą zakupił. Tą samą, która krzyczała z bólu w piwnicach Whale Cay. Tą samą, która później krzyczała na niego w Paryżu. I tą samą, która teraz patrzyła na niego oczami zbyt dużymi, żeby wydawały się rzeczywiste.
To właśnie ją próbował zrozumieć. Nie dlatego, że nagle pojawiła się w nim potrzeba poznania jej wnętrza. Raphael nie posiadał takiego odruchu. Raczej dlatego, że jej zachowanie nie pasowało do modelu, który przez całe życie uważał za niezawodny.
Jeśli tak zdecydujesz, umówię się na przedłużenie i zagęszczenie.
Jeśli moje obecne proporcje nie są dla ciebie atrakcyjne, postaram się je zmienić.

Przez chwilę tylko na nią patrzył. Nie chodziło o to. Naprawdę nie chodziło o to. Gdyby miał siłę, prawdopodobnie wywróciłby oczami, lecz nawet tak prosty gest wydawał mu się teraz ryzykowny. Organizm nadal przypominał mu o swojej słabości przy każdym ruchu.
- Nie chodzi o twoją atrakcyjność - odparł w końcu. Brzmiał ciszej, niż chciał. Nie miał ochoty tłumaczyć jej oczywistości, a tym bardziej nie miał ochoty wchodzić w rozmowę, w której każdą jego uwagę można było błędnie zinterpretować jako ocenę jej wyglądu. Nie pytał o to. Nie interesowała go estetyka. Interesował go fakt. - Masz być zdrowa. W tym momencie nie jesteś.
To było wszystko. A jednak patrząc na nią, miał wrażenie, że słowa nie wystarczyły. Jej ciało mówiło mu coś, czego ona nie wypowiadała. Było w nim zmęczenie, którego nie potrafiła ukryć, nawet jeżeli próbowała. Raphael znał ten rodzaj maskowania. Sam robił to przez większość życia. Człowiek mógł kontrolować twarz, głos, postawę, lecz ciało zawsze pozostawało mniej posłuszne.
Zamilkł. Poczuł nagły napływ słabości. Ciężar rozlał się po ramionach, a serce przyspieszyło, jakby nawet siedzenie wymagało od niego zbyt wiele. Wycofał się i ponownie pozwolił plecom oprzeć się o poduszki. - Potrzebuję cię zdrowej, Glass - wyjaśnił dobitniej. Powieki zaczynały mu ciążyć. - Nie wymalowanej - dodał ciszej.
To było ważne rozróżnienie. W przyszłości mogła przecież istnieć przestrzeń dla całej reszty. Zabiegi kosmetyczne, odpowiedni wygląd, ubrania, cała ta warstwa zewnętrzna, którą świat ludzi takich jak on traktował niemal jak drugi język. Wiedział, że odpowiednia powierzchowność potrafiła otwierać drzwi. Wiedział, że wygląd mógł być narzędziem równie skutecznym jak pieniądze czy nazwisko. Nie odrzucał tego. Nie miał powodu. Ale narzędzie musiało działać.
A aktualnie potrzebował od niej czegoś zupełnie innego. Zdrowia. Pamięci. Umysłu. Słabość jej ciała nie była dla niego kwestią estetyki. Była przeszkodą. Ryzykiem. Zmienną, której nie potrafił kontrolować, a która mogła w każdej chwili wpłynąć na wszystko pozostałe. I właśnie dlatego tak bardzo irytowała go jej próba przesunięcia rozmowy na atrakcyjność. Była to odpowiedź na inne pytanie niż to, które zadał.
Raphael przymknął oczy. Czuł, że mógłby zasnąć, gdyby pozwolił sobie na jeszcze kilka minut bezczynności. Przynajmniej nie teraz. Nie teraz, ponieważ wiedział, że później nadejść miały momenty, w których zabiegi kosmetyczne miały mieć swoje zastosowanie. Mogły dodać jej animuszu, zmienić sposób, w jaki sama siebie postrzegała, nadać jej siłę wynikającą nie tylko z wnętrza, ale również z tego, co widziała w lustrze. Valencourt rozumiał znaczenie takich rzeczy. Wiedział, że człowiek czasami potrzebował zobaczyć na zewnątrz coś, co chciał odnaleźć wewnątrz. Ale nie teraz. Nie w zaciszu domu w Toronto. Tutaj wszystko opierało się na jej umyśle i pamięci. Na tym, co zauważała. Na tym, co zapamiętywała. Na tym, co potrafiła połączyć. Na tym, czego nie mówiła.
Ciało mogło być słabe. Jego własne było tego najlepszym dowodem. Trzy dni nieprzytomności odebrały mu część siły, której wcześniej nawet nie zauważał. Ale słabość fizyczna nie musiała oznaczać słabości człowieka. Była tylko ograniczeniem. Tymczasowym. Umysł pozostawał czymś innym. I właśnie dlatego, mimo ciężkich powiek i coraz wolniejszego oddechu, Raphael wciąż próbował myśleć. Ona. Gospodarz. Kontrakt. Aukcja. Decyzje. Ludzie. Interesy. Wszystko musiało mieć powód. Zawsze miało. A jeśli nie potrafił jeszcze odnaleźć powodu, oznaczało to jedynie, że brakowało mu odpowiedniego fragmentu układanki. Nie że układanki nie było.
Gdy zaczęła mówić, senność mijała. Nie gwałtownie, lecz niemal niezauważalnie, jak mgła ustępująca przed świtem; jeszcze przed chwilą ciężkie powieki ciągnęły go ku bezmyślności, a teraz każde kolejne słowo Prowadzącej wyciągało go z tamtego stanu, przywracając świadomość z osobliwą, niemal bolesną ostrością. Zapadał się wszak w świat Gospodarza — w jego intrygi, rachuby i opowieść wybrzmiewającą z ust kobiety, która sama, być może, nie zdawała sobie sprawy, jak wiele odsłaniała. Słuchał jej więc bez ruchu, pozwalając, by poszczególne elementy układanki osadzały się w jego umyśle.
Milczał przez moment po tym, jak skończyła. Gospodarz przestawiał system z równowagi na zależność. Nie wystarczało mu posiadanie ludzi; potrzebował, aby ich istnienie zostało związane z jego istnieniem tak ciasno, żeby każde zerwanie więzi oznaczało dla nich utratę czegoś, czego nie potrafili już odzyskać. Świadomie zwiększał liczbę zobowiązań, mnożył długi, przysługi i konieczności, jak człowiek, który oplatał drzewo drutem, a potem cierpliwie czekał, aż drzewo samo zacznie wrastać w metal. To nie była zwyczajna dominacja. Była to hodowla zależności.
A Sadie sugerowała coś jeszcze bardziej niepokojącego. Że sama mogła być jednym z jego eksperymentów. Nie powiedziała tego wprost, lecz właśnie dlatego myśl ta miała większą wagę. Rzeczy najistotniejsze rzadko przychodziły w opowieści jako deklaracje; częściej czaiły się w przemilczeniach, w drobnych pęknięciach logicznego porządku. A ona nie była przezroczysta. Była sylwetką. Wyjątkiem od reguły. Kimś, kto z jakiegoś powodu nie pasował do kategorii, w których Gospodarz zamykał pozostałych.
Wyjątek jednak nie musiał oznaczać błędu.
- Być może indywidualizacja jest właśnie celem - odezwał się w końcu. Obrócił tę myśl w ustach, zanim wypuścił ją na zewnątrz, jakby sprawdzał jej ciężar. - Być może chciał stworzyć człowieka, który zacznie funkcjonować poza pierwotną rolą, a następnie obserwować, co zrobi z uzyskaną autonomią.
Zamilkł. Bo czymże innym byłaby Sadie, jeśli nie próbą odpowiedzi na pytanie, którego Gospodarz nie potrafił rozwiązać sam? Można było podporządkować człowieka, można było odebrać mu imię, historię, wybór i nauczyć go reagować na bodźce niczym zwierzę. Ale co stałoby się wtedy, gdyby stworzyć istotę, której miało się pozwolić zachować własne „ja”, a jednocześnie umieścić ją w świecie całkowicie zaprojektowanym przez kogoś innego? Czy autonomia istniała jeszcze wtedy, gdy ktoś z góry ustalił warunki, w których miała się narodzić?
To właśnie pytanie nie dawało mu spokoju. Spojrzał na Sadie. - Chciał cię pokazać. - Słowa zawisły między nimi. - Chciał, żeby — gdy przyjdzie czas — zabijali się o ciebie. - Ciemne spojrzenie osiadło na blondynce, prowadząc wspomnienia ich obojga ku aukcji sprzed kilkunastu dni. Nie musiał jej przypominać szczegółów. Oboje tam byli. Oboje widzieli moment, w którym wprowadzono ją jako przedmiot licytacji. Wtedy jeszcze można było wmówić sobie, że chodziło o pieniądze. O prestiż. O zwykłą żądzę posiadania. Teraz jednak tamten obraz układał się inaczej.
Przypomniał sobie twarze. Sposób, w jaki obserwowali Sadie. Ciszę, która zapadała przed kolejnymi ofertami, i to charakterystyczne napięcie, które pojawiało się zawsze wtedy, gdy człowiek przestawał być człowiekiem, a stawał się możliwością. Każdy z obecnych widział w niej coś innego, lecz wszystkich łączyło jedno: chcieli mieć prawo do decyzji o jej losie. Jak wiele rekinów pragnęło jej krwi. Jak wiele z nich było gotowych zapłacić, aby móc nazwać ją swoją. Sęk w tym, że wśród rekinów znajdował się i smok.
I być może właśnie tego Gospodarz chciał najbardziej. Nie samego zwycięzcy. Nie ceny. Nie nawet Sadie. Chciał zobaczyć, co miało stać się z ludźmi, kiedy postawi się ich przed czymś, czego nie mogli posiadać bez walki. Chciał sprawdzić, czy człowiek obdarzony autonomią miał się stać dla innych obiektem pożądania, zagrożeniem, symbolem, nagrodą — czy może sam miał zacząć wybierać, komu pozwoli się zbliżyć.
A jeśli tak było, Sadie nigdy nie była pionkiem. Była planszą.
I po raz pierwszy pomyślał, że być może wszyscy, którzy znajdowali się wokół niej, również byli częścią eksperymentu. Nawet on. Szczególnie on.
Jego spojrzenie wbiło się silnie w siedzącą obok kobietę. - Pozwolił mi wygrać?

Sadie Glass
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
dirty little diesel.
25 y/o
Welkom in Canada
154 cm
auction specialist Heffel fine art auction house
Awatar użytkownika
dollar bills and tears keep falling down her face
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Tresura Prowadzącej nie była okrutna. Nie w sposób, którego można było się spodziewać. Nie polegała na przemocy, którą można było zobaczyć i nazwać. Szkolenie i wdrożenie Prowadzącej polegało na nauce tego kim być - aż przestanie być jasne gdzie kończy się człowiek, a zaczyna rola. Aż przestanie się odróżniać własne wybory od zasad, własne pragnienia od oczekiwań.
Prowadząca musiała być jednocześnie widoczna i proceduralnie neutralna. Miała kontrolować rytm, reguły i uczestników Aukcji, a jej wiarygodność zależała od tego, że nie miała prawa do własnego interesu. Aukcja natomiast doprowadzała tę zasadę do brutalnego absolutu.
Nigdy nie wręczono jej podręcznika czy regulaminu z rozkazem nauczenia się punktów. Nie chodziło o to, by posiadła wiedzę o tym, jak się zachowywać. Chodziło o sprawienie, by jej tożsamość spoiła z tożsamością Prowadzącej tak silnie, by nieprawidłowe zachowania nawet nie przychodziły jej do głowy. Prowadząca nie myślała: „czego chcę?” , tylko „czego wymaga ode mnie Gospodarz?”. Nie „czy chcę tam być?”, tylko „czy moja obecność jest potrzebna?”. Prowadząca musi sama wiedzieć kiedy się wycofać. Prowadząca nie potrzebuje instrukcji, ponieważ wie. Wie, bo internalizuje rolę do poziomu obłędu. Prowadząca musi być ponad konfliktem, nie może pozwolić sobie na osobiste przywiązania. Prowadząca musi być dostępna dla każdego, ale nie należeć do nikogo.
Tresura nie była nawet postrzegana jako tresura. Nigdy nie powiedziano: teraz będziesz posłuszna. Szkolenie brzmiało jak kwintesencja profesjonalizmu. Częściowo nim było - właśnie to czyniło szkolenie tak skutecznym. Sadie Glass uczono rzeczy realnie potrzebnych, acz doprowadzonych do patologicznego ekstremum. Neutralność przeistoczono w bezosobowość, profesjonalizm w tłumienie własnych potrzeb. Samokontrola miała być odcięciem od impulsów, a dbałość o odpowiednią prezencję - chorobową obsesją wyglądu.
Przez ponad pięć lat uczono ją, że jest narzędziem. Narzędzie nie musiało podobać się sobie. Narzędzie nie miało prawa do defektu, w przeciwnym razie nie spełniłoby swojej funkcji. Szkolenie doprowadzało do punktu, w którym Prowadząca sama zaczynała pilnować standardu. Gospodarz nie musiał jej kontrolować, jeśli tresura się udała.
Dlatego nie rozumiała sprzedaży. Dlatego chciała opcji pierwszej i odpowiedzi na pytanie.
Dlaczego poświęcono tyle czasu i wysiłku na stworzenie rygorystycznego procesu, który miał na zawsze scalić Sadie Glass i Prowadzącą - tak, by nie odróżniała własnych interesów od Gospodarza i Aukcji - jeśli równolegle pozwalano jej wyjść poza funkcję?
Czy było to zamierzone, czy wynikało z decyzji? Czy pojawiło organicznie i z innego powodu nie zostało powstrzymane? Dlaczego pozwolono Sadie Glass tańczyć na granicach systemu budowaniem indywidualnej tożsamości obok roli Prowadzącej?
Poprzednie mogły być doskonałe. Fenomenalnie kompetentne. Musiały być jednak niewolniczo posłuszne. Musiały pozostawać przezroczyste.
Dlaczego Sadie Glass nauczono bycia przezroczystą, a następnie pozwolono wybrać własny kształt, kolor i charakter?
Nie rozumiała. Ani decyzji Gospodarza, ani podejścia Valencourta.
Wynegocjowała awans z przedmiotu na pracownika, lecz to była głównie nomenklatura opatrzona paroma punktami o humanitarnym traktowaniu. Rdzeń pozostawał ten sam: Prowadząca w posiadaniu Kupującego była narzędziem. Gospodarz nauczył ją bycia narzędziem, które służy tak, jak powinno.
Raphael Valencourt stwierdzał jednak, iż powinność nie jest tym, do czego ją przygotowano.
I właśnie na to odpowiadało zakłopotanie na zmęczonej twarzy Sadie. Skonfundowana i zdezorientowana, jak gdyby używał wobec niej języka, który dawno przestał istnieć w jej świecie. Nie dostrzegła momentu, w którym mężczyzna mógł przedefiniować jej wartość i rozumienie narzędzia. Dla niej pozostawała taka sama, jak w relacji z Gospodarzem: narzędzie musi spełnić oczekiwania ludzi patrzących. Narzędzie działające to narzędzie które wygląda tak, jak określono, że ma wyglądać.
Gospodarz wymagał a t r a k c y j n e j Prowadzącej.
Raphael Valencourt po przedawkowaniu bredził coś o zdrowiu?
Po przedawkowaniu!
Jesteś pieprzonym hipokrytą — mruknęła po minutach ciszy. Nie potrafiła ustosunkować się do rozbieżności w definicjach, które stosowali. Nie potrafiła przyjąć słów, które w zawodowych ramach można było określić jako wspierające bądź troskliwe. Nie potrafiła nawigować nieznanego obszaru rozmowy o tym, że znaczenie miało coś głębszego, niż kolor jej włosów. Potrafiła natomiast dać upust swojej frustracji. Nie tak dawno patrzyła na wymioty Valencourta w odpływie umywalki i prostowała zagiętą rurkę kroplówki. Zrobił to sobie sam. I czy przez chwilę myślał o tym, czego potrzebowała Sadie? Czy zdawał sobie sprawę ile kosztowały ją te trzy dni? Czy zrezygnował z tego, co chciał zrobić krzywdząc swoje ciało, bo miał być zdrowy? Nie.
Nie musiała wypowiadać swoich żali na głos, by zostały usłyszane. Wystarczyło spojrzenie przeszyte wyrzutem i żalem, gdy w milczeniu sięgała do stolika z jedzeniem. W palce chwyciła małą, ozdobną miseczkę z owocami.
Czy uległość była efektem szkolenia, czy zmieniającej relacji z przełożonym, Sadie Glass nabiła na widelczyk kawałek melona. Przeżuwanie owocu było aktem kapitulacji i deklaracją współpracy na tyle, na ile fizycznie była w stanie sprostać nowym wymaganiom, jakie przed nią wytyczał. Powiedziała, że spróbuje, zatem próbowała.
Ale nie miała pozwolić na to, by próby były jednostronne.
Widelczykiem szukała w miseczce idealnego kawałka. Nie za dużego - byłby zbyt trudny do przełknięcia i nie zbyt małego - byłby ryzykiem udławienia. Wytypowała odpowiedni, jednak tym razem widelczyk skierowała ku Raphaelowi. Jeśli nie był gotowy na posiłek, musiał być gotowy na kompromis. Podawała mu wodę z cukrem w wersji smakowej, myślami wracając do chwil na dachu paryskiej posiadłości.
Wówczas podawali sobie truciznę. Przynosiła inny rodzaj ulgi niż pierwszy kęs jedzenia po trzech dobach.
Wtedy jeszcze nie wiedziała, że poza filtrem używki przyjdzie im dzielić sztućce.
Właśnie ta myśl wywołała na jej buzi nieznaczny uśmiech.
Fenomenalny eksperyment — sarkastycznie komentowała domniemany plan Gospodarza. — Gdyby były tu ukryte kamery i zobaczył, co rzeczywiście robię z uzyskaną autonomią, byłby zachwycony.
Na pewno nie inwestował w Prowadzącą po to, by karmiła owocami Raphaela Valencourta w łóżku.
Nie umknęła jej ironia autonomii samej w sobie. Uzyskała ją przecież również od przełożonego, drogą uczciwej negocjacji - i mogło się wydawać, że nie zrobiła z nią n i c. Nie uciekła z białego domu by biegać po ulubionych miejscach w Toronto. Nie układała nocami planu przejęcia władzy nad światem.
Siedziała w fotelu przy łóżku kogoś, o kogo się martwiła, choć nie miała ani powodu, ani prawa. Wybierała relację zamiast intrygi. Obecność zamiast strategii. Pomoc zamiast transakcji.
Nie mogło o to chodzić Gospodarzowi. Czegoś w jej historii brakowało. Czegoś nieuchwytnego, nieosiągalnego. Pierwiastka, który tłumaczyłby to wszystko.
Widelczyk kursował pomiędzy niezdrową Sadie a niezdrowym Raphaelem w uczciwej proporcji 2:1. Za każde dwa kawałki owoców, które wcisnęła w siebie blondynka, pacjent musiał podjąć próbę walki z jednym mniejszym i starannie przez nią selekcjonowanym. Nie pozostawała obojętna wobec tego, że wciąż był zbyt słaby by usiąść, a nalegał na powrót do pracy. Dlatego gdy zadał drugie pytanie przechyliła lekko głowę, spoglądając na niego z pobłażliwością. Było w tym zrozumienie i rozczulenie, ale i potrzeba zadbania o kogoś, kto odmawiał dbania o siebie.
Widocznie w tej kategorii nie różnili się od siebie tak bardzo.
Nie odpowiem dzisiaj. Miałeś już za dużo wrażeń i mojego głosu — granicę pracy i czasu wolnego rysowała cicho i spokojnie, z odrobiną żartu, który - choć skierowany w nią samą, zupełnie nie uwierał. — Powinieneś odpocząć. Pracą zajmiemy się jutro — obiecała. Nie chodziło ani o treść jego pytania, ani o chęć współpracy - jedynie o pozwolenie ciału na przerwę, której Raphael już teraz mu odmawiał.
Jeśli zachowywał się jak idiota, i Marcus w to nie ingerował, czekała na niego fatalna niespodzianka. Sadie Glass przed ingerencją nie miała żadnych oporów. Hierarchia jej nie powstrzymywała.
Odstawiła naczynie na stolik. Do szklanki nalała trochę wody i podała dzielnemu pacjentowi w ramach nagrody za kilka przełkniętych kawałków.
Nic nie wskazywało na to, że gdziekolwiek się wybierała. Pozostawała rozgoszczona w fotelu, który miał być jej budką wartowniczą przez następne godziny.
Spróbuj zasnąć. Zawołaj mnie albo szturchnij, jak będziesz czegoś potrzebował — poprosiła. — Nie próbuj w nocy wstawać sam. Jeśli znajdę cię nieprzytomnego na podłodze, bardzo się pogniewamy.

raphael valencourt

koniec!
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
dallas major
AI
ODPOWIEDZ

Wróć do „#115”