Impreza co prawda dopiero zaczynała się rozkręcać, ale obserwując ją spod lekko przymrużonych powiek Inka już teraz miała poczucie, że reszta wieczoru mogła być tylko równie (albo bardziej, oczywiście) udana, co jego początek. Wydawało jej się, że reszta towarzystwa byłaby z nią w tej kwestii jak najbardziej zgodna, bo przekazywana z rąk do rąk butla wprowadzała we właściwy — to znaczy iście doborowy — nastrój wszystkich, nie tylko Studnicką, która udobruchana zielonym nie czuła już nawet ułamka swoich wcześniejszych frustracji. Wolna od tamtych trosk mogła w pełni oddać się wymyślonej przez Mordzie rozrywce, choć prawdę mówiąc nie zawsze była w stanie dotrzymać jej kroku, bo momentami była na to jakoś odrobinę zbyt rozkojarzona. Na pewno była to wina skurwysyńsko dobrego tematu, który dla nich wszystkich ogarnęła, a jej trudności z zebraniem myśli wynikały
tylko i wyłącznie z faktu, że znów zaczynała imprezę od mieszania (miała przestać to robić... szkoda nawet ryja strzępić) i zapijała bucha już którymś z rzędu browarem, niczego innego.
Bynajmniej nie miało to nic wspólnego z okazjonalnym przypadkowym dotykiem Łukasza, którego, rzecz jasna, prawie nie zauważała,
w ogóle nie zwracając na niego uwagi. Ledwo odnotowała jego dłoń na swoim udzie, więc wcale nie zauważyła też sposobu, w jaki zaczęła się po nim przemieszczać, w c a l e.
—
Wiśniewski ma sto lat, a Kozidrak to przepraszam co!? — oburzyła się Ida, która widać wcale nie miała zamiaru przestać utrzymywać, że jej wybór celebryty nie był ani trochę kontrowersyjny.
—
Kurwa, bez kitu akurat. — Wolałaby nie zgadzać się teraz z Idą w czymkolwiek, bo nie chciała przypadkiem okazać poparcia wobec jej stanowiska na temat Wiśniewskiego, ale w tej kwestii musiała przyznać jej rację. —
Beata przecież to samo co Wiśniewski, oboje wyglądają jakby pamiętali epokę kamienia łupanego... może jeszcze mi powiecie, że Wałęsę też byście przelecieli?? — Popukała się w czoło.
Więcej powiedzieć nie zdążyła, bo następna do odpowiedzi wyrwała się Beti, której dla odmiany Inka słuchała już nieszczególnie uważnie. Najpierw była zajęta kończeniem peta, którym chwilę temu poczęstował ją Miler, a potem darciem mordy Wątróbki, który w ten sposób donosił jej, że grill oficjalnie był w stanie gotowości bojowej. Butla co prawda jeszcze nie skończyła wędrówki po wszystkich palących, a Studnickiej nadal nieszczególnie chciało się wstawać, ale jako Pani Domu miała wobec swoich gości jakieś zobowiązania, więc innej możliwości nie widziała — tym razem wypadało się podnieść.
—
I chuj, obowiązki wzywają — westchnęła, ostatni raz przeciągając się na kolanach Łukasza nim zaczęła szukać w sobie siły na to, żeby w końcu się z nich zwlec. Ręka Millera nadal bezwstydnie rezydowała sobie gdzieś na jej udzie, więc niby od niechcenia odnalazła ją palcami, zatrzymując je na chwilę na wierzchu jego dłoni zanim niespiesznie ją z siebie zsunęła. —
Za sekundę wracam, jakby co — oznajmiła dla jasności, wreszcie dźwigając się na własne nogi i stając przed przyjacielem, żeby na odchodne cmoknąć w jego kierunku żartobliwie (albo wcale nie): —
Lepiej kurwa pilnuj, żeby mnie nikt nie podsiadł.
┈┈┈┈
┈┈┈┈
Cholera wie, ile czasu dokładnie zajął Ince powrót do stołu, ale na pewno nie była to obiecana sekunda, ani dosłowna, ani nawet przysłowiowa. Pomoc delegacji od grilla wcale nie rozciągnęła się w czasie, ba, Wątróbka z wprawą Gesslerowej obracał na nim właśnie już drugą turę kiełbasy śląskiej, a winna temu wszystkiemu była tylko Inka, która w drodze powrotnej standardowo
musiała zaliczyć side quest lub dwa.
—
SORRY, SORRY, JUŻ JESTEM. — W uroczystym ogłoszeniu swojego powrotu nie przeszkodził jej fakt, że od stolika ze znajomymi dzieliła ją jeszcze dobra połowa trawnika. Nie było wątpliwości, że i tak usłyszeli ją
wszyscy: grupa, do której faktycznie się zwracała, pozostali goście imprezy i cała reszta najbliższego sąsiedztwa przy okazji pewnie też. —
O, no i pilnowałeś, wykurwiście — zwróciła się do Łukasza, naturalnie mając na myśli swoje miejsce na jego kolanach, które chwilowo istotnie było puste, więc... w ogóle nie czekała na wtórne zaproszenie, żeby znów je zająć. Zrobiła to od razu, bez choćby cienia zawahania, co może byłoby odrobinę zaskakujące, gdyby nie zaczęło mieć sensu dosłownie trzy sekundy później, kiedy z triumfalną miną uniosła jedną z dłoni, a w niej zdobycz — pokrytą warstwą szronu (!) flaszkę czystej. I to prawie całą pełną, żadnych ochłapów!
Prawie, bo przy uważniejszych oględzinach można było zauważyć, że w jej zawartości był już drobny ubytek, co MOGŁO (...lub nie, nie wiadomo) być powiązane z powodem, dla którego nie miała żadnych oporów przed władowaniem się Milerowi prościutko na kolana. —
Znaleźliśmy z Mordą z tyłu zamrażarki, czujecie? Nawet nie wiedziałam, że tam jest. Normalnie Gwiazdka kurwa — rzuciła dumnie, stawiając łup na stole. —
Z tej ekscytacji trochę się zapomnieliśmy i chlusnęliśmy sobie po łyczku, ale poza tym nówka sztuka nieśmigana — przyznała otwarcie, nie wspominając o tym, że
po łyczku było w tej sytuacji... lekkim eufemizmem. Nie, żeby musiała to robić, skoro i tak widać było po ubytku w butelce. —
To kolejeczka za zdrowie pięknych pań, co wy na to? — No nie można było jej przecież odmówić, nie dało się. Nie, kiedy flaszka w jej dłoni była tak pięknie zmrożona, uśmiech na jej twarzy tak promienny, a podkład muzyczny tak niesamowicie trafiony jak ten, który akurat wybrzmiał z głośnika:
dawaj, polewaj