Chociaż to, że zasady były zajebiste musiał jej przyznać, w ogóle pomysł bawienie się fajerwerkami mu się podobał, bo on też przywoływał w nim jakieś wspomnienia z dzieciństwa, zdecydowanie inne niż bajki, bardziej łobuzerskie, kiedy z Ticiano wypychali kieszenie petardami i rzucali je pod nogi ciotki Isabeli. Było zabawnie, działo się, a Madox przecież to lubił najbardziej, kiedy się działo.
- Oczywiście, że na dachu, najlepsze miejsce - stwierdził, kiedy Cherry zapytała o jointa, a potem gdy zgodziła się z tą pizzą, to nawet już miał wyciągać telefon i zamawiać, ale zobaczył, że Pilar mu coś napisała, więc jej tylko odpisał. Przy okazji też wysłał jakieś zdjęcia, ze zbroją na przykład.
- Jakbyś majtki zdjęła, to by mi się trzęsły - rzucił w odpowiedzi na jej słowa, chociaż przecież... No nie podrywał jej przecież, ale był pijany, już za bardzo pijany.
Ściągnął usta w wąską linię widząc właśnie, jak Cherry nie jest dzieckiem, kiedy tak nadymała policzki, nawet przez chwilę, to chciał ją za nie ścisnąć, wytarmosić, jak takiego dzieciaka, ale ona już pytała czy wie jak wygląda jej bentley. Pokiwał głową. Wiedział, bo przecież dała mu się nim przejechać, może nawet... dała mu, w nim.
- Przed toaletą ta... - wywrócił oczami, kiedy mu powiedziała o tym klękaniu, no może Charity Marshall przed nim nie klęknęła, bo mu wiecznie powtarzała, że nie zasłużył, ale to co miał zrobić? Może jakby go zamknęli i przyszła by do niego do aresztu, to potem by klęknęła?
Nie powiedział nic o tej odpowiedzialności, bo to akurat o sobie wiedzieli, to ona w ich burzliwej relacji była jak ta pani odpowiedzialność, a Madox wcale.
- No po to jest rodzeństwo, żeby się ratować - powiedział jak jakiś znawca, ale przecież Madox nie miał rodzeństwa, miał za to dużo kuzynostwa, z którym stali za sobą murem. Chociaż przecież Ticiano zrobił mu takie świństwo, ale już mu chyba wybaczył, nawet może powinien być za to wdzięczny? Bo w innym wypadku mógł być teraz jakimś kolumbijskim gangsterem, mężem Rosy, ale najpewniej to by był martwy.
W końcu wylądowali na dachu, a nawet Cherry puściła pierwszy fajerwerk, który huknął nad ich głowami i Madox musiał przyznać, że wyglądał zajebiście, aż mu się oczy zaświeciły, a może odbijały się w nich te sztuczne ognie? Tak jak błyszczały w dużych, pięknych oczach Cherry?
- No całą prawdę ci powiedziałem - mruknął, kiedy mu zarzuciła, że mało jej powiedział. Bo może mało, ale on przecież nigdy nie był wylewny, więc dla niego to dużo.
Słuchał jej, chociaż kiedy powiedziała o tym bracie to wywrócił oczami.
- To było przyjemne? - zapytał, bo dla niego jakieś bardziej traumatyczne, chociaż... z drugiej strony, kiedy Ticiano spadł z drzewa i Madox myślał, że on się zabił, ale okazało się, że jednak nie, to był też jeden z najszczęśliwszych momentów w jego życiu, chyba ją rozumiał.
Śmieszne, ale też trochę smutne, że oni dopiero teraz, kiedy już od dawna nic ich nie łączyło, to tak ze sobą rozmawiali, poznawali się, drugą stronę, z którą będąc w związku przecież bez przerwy walczyli.
- Mówiłem, że jesteś jak dziecko - mruknął, na tę Corę, ale to też rozumiał, doskonale, on też cenił sobie czas spędzony z rodziną. Na tą panią prezes się uśmiechnął, jak dostał klub, to też był zachwycony.
- Gwiazdy? - zdziwił się jednak - nuda - stwierdził, bo co w tym ciekawego? No chyba, że te gwiazdy ogląda się wspólnie, tak jak oni je podziwiali na dachu w Medellin, z Pilar. To mogło się zaliczać do takich wspomnień.
Odskoczył na bok, kiedy Cherry odpalała kolejny fajerwerk, chociaż zaraz stał obok niech i szturchnął ją ramieniem w bok, wcale nie delikatnie, ale Madox to przecież nigdy taki nie był, Cherry coś o tym wiedziała.
- Mówiłem ci, że lubisz ogień - rzucił zadzierając do góry głowę i podziwiając fajerwerki. Na to pytanie o Medellin spojrzał na nią z boku.
- Bo jest zajebiste, piękne, intensywne, dzikie, mają tam zajebiste jedzenie, i owoce... Mango, zawsze coś się tam dzieje, są drzewa z kolcami i budki z arguiette na ulicy... - każde jedno z tych słów budziło dużo wspomnień. Intensywne, dzikie Medellin, w którym się zakochał, na nowo.
Na kolejne pytanie Cherry pokiwał głową, wyciągnął blanta i go odpalił. I oni naprawdę się zjarali.
A Madox nawet gdzieś po kryjomu wciągnął jakąś kreskę, tak dla otrzeźwienia. Tylko wcale go to nie otrzeźwiło. Bardzo był porobiony.
Później wszystko potoczyło się szybko, zgasł im joint i Madox chciał go odpalić, tylko te luźne kosmyki Cherry dostały się pod ogień zapalniczki, przyjarała jej się grzywka. Noriega w pierwszej chwili chciał ją gasić whisky, ale na szczęście miał jeszcze trochę instynktu samozachowawczego i szybko zdjął z siebie marynarkę. Ugasiła ja marynarką. Ale te ich krzyki, te fajerwerki, sprawiły, że na dachu ktoś się pojawił. Madox nie znał tych ludzi, ale ewidentnie spanikowali widząc przyjaraną Cherry. Zadzwonili po pogotowie, a Madox obiecał Marshall, że jej nie zostawi. Karetka zabrała ich wspólnie do szpitala...
Tylko Madox ją później zostawił, bo przeszedł się po szpitalu szukając swojego płaszcza, kiedy jakaś lekarka wyprosiła go z sali, gdzie chciała zbadać Cherry, bo wywalił jakiś stoliczek. Wyszedł, obszedł szpital, a kiedy chciał do niej wrócić, to był z nią już jej ojciec. A z nim Madox jednak nie chciał się widzieć...
Napisał do Stewart i liczył na to, że ona się nad nim zlituje, bo on nawet nie miał portfela, w ogóle nie miał płaszcza. I był nawalony w trzy dupy.
Śpij słodko Aniołku. Cherry. Czy coś.
Cherry Marshall