W oczach Prowadzącej mężczyźni byli odmienni. Uprzywilejowani w sposób, którego kobiety od dzieciństwa uczono nie kwestionować, jak książęta urodzeni po to, aby zdobywać, posiadać, przekraczać granice i nigdy nie musieć tłumaczyć się z tego, że przekroczyli je właśnie oni. Mężczyzna miał być kimś, komu świat ustępował miejsca; kobieta — kimś, kto powinien nauczyć się rozpoznawać moment, w którym należało zejść z drogi. Raphael dostrzegał tę myśl w jej spojrzeniu, choć nigdy nie wypowiedziała jej wprost. Była zbyt inteligentna, aby przedstawiać swoje przekonania w tak prostej formie. A jednak inteligencja, jak zdążył się przekonać, nie chroniła człowieka przed własnymi mitami. Można było być doskonale wykształconym, przeczytać tysiące książek, znać historię, filozofię, sztukę i języki, a mimo to nadal wierzyć w najbardziej dziecinne zasady świata. Że ojciec chroni. Że lekarz leczy. Że nauczyciel uczy. Że pieniądze zapewniają wolność. Że człowiek, który mówi spokojnym głosem, nie zamierza cię skrzywdzić. Raphael wiedział, że wszystkie te przekonania można było wyciągnąć z człowieka tak samo łatwo jak kamień z ziemi, jeśli tylko posiadało się wystarczająco dużo czasu i cierpliwości.
Jego świat był jednak całkowicie odmienny od świata Prowadzącej. I być może właśnie dlatego jej pogarda wydawała mu się czymś niemal wzruszającym. Nie znała mechanizmu, którego stała się częścią. Widziała bogactwo, ale nie rozumiała ceny. Widziała władzę, ale nie znała jej pochodzenia. Widziała człowieka, który posiadał wszystko, a więc — zgodnie z najprostszą logiką — musiał otrzymać wszystko w zamian za coś. Raphael natomiast wiedział, że w jego rodzinie nie istniało nic tak banalnego jak dar. Nawet narodziny były inwestycją. Dziecko nie przychodziło na świat po to, by być kochane. Przychodziło po to, by przedłużyć ciągłość. Nazwisko miało trwać, struktura miała trwać, Plan miał trwać. Człowiek był tylko kolejnym ogniwem. Przez lata zastanawiał się czasami, czy jego rodzice w ogóle wiedzieli, jak wyglądałoby dzieciństwo pozbawione przemocy. To pytanie było jednak absurdalne, ponieważ skąd miałby znać coś, czego nigdy nie doświadczył? Dziecko nie tęskniło za światłem, jeśli całe życie spędziło w ciemności. Mogło jedynie czuć nieokreślony ból oczu, gdy ktoś nagle otworzył drzwi. Raphael długo nie rozumiał, dlaczego pewne rzeczy bolały go bardziej niż inne. Dopiero jako dorosły pojął, że nie bolały go wydarzenia. Bolała różnica pomiędzy tym, czym mogły być, a tym, czym zostały.
Rok za rokiem, dekada po dekadzie był rzeźbiony w ogniu i stali. Jego umysł, jego ciało nie należały do niego. Należały do nazwiska, do rodziny, do tych, którzy mieli prawo określić, czym miało się stać. Główna metoda szkolenia była przy tym zadziwiająco prosta: Wychowanie. Nie trzeba było człowieka łamać każdego dnia, jeśli od pierwszych lat nauczyło się go, że własne odczucia były mniej wiarygodne niż głos autorytetu. Wystarczyło powtarzać odpowiednio długo, że inni wiedzieli lepiej. Dorośli. Rodzice. Wychowawcy. Lekarze. Terapeuci. Trenerzy. Kapłani. Każdy posiadał fragment prawdy, której Raphael nie miał prawa posiadać sam. W ten sposób uczono go zależności, a zależność była doskonalsza od kajdan, ponieważ człowiek nie próbował się z niej uwolnić. Raphael miał nie wiedzieć, co było dobre, a co złe — nie tylko dla innych, lecz przede wszystkim dla niego samego. To inni mieli określać jego granice. Inni mieli mówić, kiedy był zmęczony. Inni mieli mówić, kiedy był zdrowy. Inni mieli mówić, kiedy się bał. W końcu nawet jego własne ciało przestało być dla niego wiarygodnym świadkiem.
Miał pięć lat, kiedy po raz pierwszy zrozumiał, że prawda może być rzeczą zależną od hierarchii.
Samochód pędził drogą, a szyby były ciemne. Raphael siedział z tyłu, przyciśnięty pasem do siedzenia, i patrzył przez okno na krajobraz przesuwający się zbyt szybko, aby mógł zapamiętać szczegóły. W pewnym momencie zobaczył zwierzę na pastwisku.
- O, koń!
Mężczyzna siedzący z przodu milczał przez dłuższą chwilę. Wreszcie odwrócił głowę.
- Nie. To wielbłąd.
Raphael zmarszczył brwi.
- Ale… nie. To koń.
Mężczyzna patrzył na niego przez chwilę, po czym wychylił się przez siedzenie. Chłopiec poczuł nagły ból w skroni — od uderzenia męską dłonią oraz od drugiego o szybę auta. Świat na moment stał się jasny i rozmazany.
- To wielbłąd.
Raphael zamilkł i spojrzał ponownie przez szybę. Zwierzę nadal wyglądało jak koń, ale po kilku sekundach powiedział:
- Wielbłąd.
Mężczyzna odwrócił się.
- Dobrze.
To słowo było nagrodą. Nie prawda. Nie wiedza. Nie samodzielne rozpoznanie rzeczywistości. Posłuszeństwo.
Dopiero wiele lat później zrozumiał, że nie chodziło o zwierzę. Nie chodziło nawet o ból. Chodziło o zbudowanie w nim pewnego rodzaju wewnętrznej próżni, w której jego własny osąd mógł zostać zastąpiony cudzym. Człowiek, który nauczył się podważać własne oczy, miał być później gotów podważyć własną pamięć. Ten, kto nie ufał pamięci, zaczynał ufać temu, kto opowiadał mu przeszłość. A ten, kto pozwalał innym opowiadać sobie przeszłość, wcześniej czy później miał pozwolić im również opowiedzieć sobie, kim był.
Raphael był więc wychowywany nie tyle do posłuszeństwa, ile do niepewności. Lekarz mówił — wierzył. Terapeuta mówił — wierzył. Ojciec mówił — wierzył, ponieważ ojciec był głową rodziny, a głowa rodziny nie musiała przecież tłumaczyć swoich decyzji dziecku. Starszy przyjaciel mówił — wierzył, bo miał większe doświadczenie. Trener mówił — wierzył, bo znał ciało lepiej. Kapłan mówił — wierzył, bo przemawiał w imieniu czegoś większego.
Aż któregoś dnia Raphael odkrył najprostszy sposób, by przerwać ten nieustanny hałas cudzych głosów. Alkohol. Później narkotyki. Nie chodziło nawet o przyjemność. Przyjemność była dodatkiem, niemal przypadkowym. Najważniejsze było znikanie. Możliwość odsunięcia świadomości od własnego ciała, pozwolenia jej przepłynąć gdzieś obok wydarzeń, zamiast uczestniczyć w nich naprawdę. Dysocjacja była dla niego pierwszą formą wolności, choć oczywiście nie była wolnością wcale. Była kolejną zależnością. Tyle że tym razem zależność należała do niego.
Już jako dziecko zetknął się z substancjami, które miały uczynić go spokojniejszym, bardziej podatnym na polecenia, mniej skłonnym do zadawania pytań. W wieku trzynastu lat jego ciało znało już uzależnienie. Valencourtowie jednak nie pozwolili, aby ciało stało się słabe. Nawet jego nałogi podlegały kontroli. Musiał wyglądać perfekcyjnie. Musiał funkcjonować perfekcyjnie. Musiał pojawiać się przy stole bez drżenia dłoni, na przyjęciu bez śladów zmęczenia, podczas spotkania bez oznak tego, że jego organizm od dawna prowadził własną, wyniszczającą wojnę.
To było chyba najbardziej groteskowe ze wszystkiego. Nawet jego autodestrukcja musiała być elegancka.
Teraz, kiedy kucał przed Prowadzącą, widział w tym wszystkim odbicie własnej historii. Tej samej, którą przechodzili inni w idei Wielkiego Planu. Pozwalał jej wyczyścić okulary drobnymi, drżącymi dłońmi. Obserwował, jak ostrożnie zdejmowała je z jego nosa, jak przecierała szkła materiałem, a potem jak ponownie zakładała je na jego twarz. Ten gest był banalny. Niemal uprzejmy. A jednak Raphael dostrzegał w nim całą strukturę zależności: ręce kobiety, które wykonywały czynność dla mężczyzny; jego nieruchomość; jej ostrożność; niewypowiedziane pytanie, czy może zrobić to źle.
Mógłby powiedzieć jej, że nie musiała się bać. Nie powiedział. Kłamstwo byłoby zbyt łatwe. Słuchał jej słów, obserwując zmiany w tonie głosu, sposób, w jaki akcentowała końcówki, drobne zawahania pomiędzy jednym zdaniem a kolejnym.
Odpiszę, jeśli takie jest twoje życzenie. Ale ja naprawdę… naprawdę wolałabym zamiast tego obejrzeć Odyseję z Chujem. Proszę.
Przez twarz Raphaela przemknął cień rozbawienia. Nie dlatego, że uznał jej słowa za szczególnie zabawne. Rozbawiło go coś innego. Odyseja. Podróż. Powrót. Bohater, który przez lata nie mógł wrócić do domu, ponieważ świat nieustannie stawiał przed nim kolejne przeszkody. Bogowie, potwory, pokusy, burze, wyspy, kobiety. Dziecko wychowane w świecie Wielkiego Planu słyszało podobne historie zupełnie inaczej niż zwykły człowiek. Tamte opowieści nie były wyłącznie mitami. Były instrukcjami. Uczyły, że bohater istniał dlatego, że ktoś większy od niego ustanowił zasady podróży. Uczyły, że zależność była naturalna. Że człowiek musiał słuchać bogów, rodziców, królów, przewodników. Że nawet największy bohater pozostawał pionkiem na planszy, której nie stworzył.
-
Masz być gotowa - powiedział w zamian.
Nie musiał podnosić głosu. Nie musiał szukać spojrzeniem. Dwaj mężczyźni, stojący dotąd nieruchomo przy wejściu, ruszyli niemal natychmiast. Ich ruch był spokojny, pozbawiony gwałtowności, lecz właśnie to czyniło go bardziej bezosobowym. Podeszli do blondynki i pomogli jej wstać. Nie było w tym czułości. Nie było też demonstracyjnego okrucieństwa. Była procedura. Raphael znał procedury lepiej niż większość ludzi znała własne pragnienia.
Odczekał chwilę i dopiero potem sięgnął po telefon leżący na posadzce. Urządzenie było chłodne. Ekran wygasł. W jego pamięci nadal znajdowały się wszystkie wiadomości, które przeczytał. Wszystkie pytania. Wszystkie próby kontaktu. Wszystkie słowa Victora. Wszystkie drobne dowody istnienia kobiety poza tym miejscem.
W końcu podniósł się. Przez chwilę stał nad Prowadzącą, wyższy od niej, spokojny, niemal nierzeczywisty w swoim perfekcyjnie skrojonym ubraniu. Następnie wyciągnął rękę i wsunął telefon do kieszeni jej ubrania. To był drobny gest, a jednak wiedział, co oznaczał. Nie odbierał jej świata. Nie całkowicie. Pozostawiał jej kontakt. Pozostawiał możliwość napisania. Pozostawiał iluzję, że gdzieś istniała droga prowadząca poza wyspę — powrót do świata, w którym żyła niegdyś.
Raphael nauczył się dawno temu, że całkowite odebranie człowiekowi nadziei bywało mniej skuteczne niż jej pozostawienie. Człowiek pozbawiony wszystkiego przestawał negocjować. Człowiek, który nadal posiadał jedną rzecz, miał walczyć o nią znacznie dłużej.
Odwrócił się, lecz zanim odszedł, zatrzymał się jeszcze na moment. Przeniósł uważne spojrzenie na blondynkę. Nie wyglądała już jak Prowadząca Aukcję. Nie była symbolem. Nie była pozycją numer dwadzieścia jeden. Była po prostu kobietą, która przeżyła coś, czego nie powinna była przeżyć. I przez ułamek sekundy Raphael poczuł w sobie coś, czego nie potrafił nazwać. Nie współczucie. Nie żal. Raczej ponowne niepokojące przypomnienie.
Tamten las. Jasne włosy. Mała dłoń. Słowo wypowiedziane po francusku.
Odetchnął, pozwalając, aby wrażenie rozpuściło się wraz z wyzbyciem się dwutlenku węgla z płuc, a on ponownie mógł być sobą. Valencourtem. Przedmiotem Wielkiego Planu, który nauczył się udawać podmiot.
Ten sam, który wiedział, iż przyszła pora leczenia. Bo przecież nauka umierania była dopiero pierwszą częścią. Po niej przychodziła nauka powrotu. A Raphael potrzebował jej żywej. Nie dlatego, że zaczął ją kochać. Nie dlatego, że sumienie nagle obudziło się w człowieku, którego przez całe życie uczono, że sumienie było przeszkodą. Potrzebował jej całej. Sprawnej. Świadomej. Silniejszej niż przedtem. Przedmiot uszkodzony był bezużyteczny, a on nie zamierzał niszczyć tego, co kupił.
Dopiero wówczas Raphael ruszył w stronę drzwi, a jego kroki odbiły się głucho od kamiennej posadzki. Nie obejrzał się już za siebie. Za jego plecami rozpoczęła się praca ludzi, którzy mieli przywrócić kobietę do stanu pozwalającego jej funkcjonować. Medycyna miała zrobić to, co medycyna robiła najlepiej: uporządkować ciało, monitorować parametry, zszyć to, co wymagało zszycia, doprowadzić organizm do równowagi. Reszta pozostawała poza zakresem procedur. Psychika nie była przecież tak łatwa do naprawienia. Raphael wiedział o tym najlepiej.
Wychodził z pomieszczenia, kiedy przez chwilę usłyszał jej głos. Nie zrozumiał słów. Nie zatrzymał się, ale usłyszał ton. I wtedy znów pomyślał o tamtej dziewczynce z Belgii, która kiedyś chciała zobaczyć morze. I utonęła we własnej krwi. Przepuszczonej jego dłońmi.
C’était il y a longtemps, mon amour. Tu es déjà libre.
Sadie Glass