Kiedy Zoya po kąśliwej uwadze pokazała mu język, ściągnął brwi, próbując powstrzymać rozbawienie.
A więc tak sobie z nim pogrywała! Cmoknął niepocieszony.
—
Problemy z pamięcią w tym wieku? Co to będzie później? — udał zdziwienie i troskę. —
Bo z tego, co ja pamiętam, nie każde luki w pamięci możesz zwalić na alkohol — spojrzał na nią znacząco, ostatecznie pozwalając sobie na łobuzerski uśmieszek wstępujący na jego twarz. Skoro sama zaczęła tę grę, nie zamierzał dać jej wygrać walkowerem.
Po chwili ich rozmowa przeszła na temat kolejnego z jej braci. Ciekawostkę dotyczącą jego zainteresowań elektromechaniką przyjął z aprobatą, potakując głową. Domyślał się, że niewielu miało szczęście po wejściu w dorosłość podążyć za marzeniami. Niektórzy z nich wyrastali, inni nie mieli odpowiednich warunków. W takich właśnie chwilach chyba najbardziej cieszył się, że zaszedł tak daleko.
I bardzo szybko mógł się z tej drogi stoczyć. I to dosłownie.
Mimowolnie skrzywił się z niesmakiem na to, jak
dotkliwie przypomniała mu o swoim upokarzającym występie. Nie pamiętał z niego zbyt wiele, dlatego nie miał na to zbyt wielu argumentów.
—
Jesteś jedynym tego świadkiem. Skąd mam mieć pewność, że tego nie wymyśliłaś i w rzeczywistości sama mnie nie poturbowałaś, żeby potem zwalić to na mój stan? — finalnie podjął się próby, przyjmując równie oskarżycielską postawę, co ona. Dokładnie przy tym wiedział, jak bardzo absurdalnie to brzmiało, dlatego po kilku sekundach samoistnie parsknął śmiechem.
Doglądanie auta zajęło mu sporą część uwagi, nic więc dziwnego, że w pierwszej chwili nie zauważył rosnącego z każdą chwilą zmartwienia Zoi. O ile on próbował powrócić do ich naturalnego przebiegu rozmów, swobody i droczenia się, którego brakowało mu od czasu trzaśnięcia drzwiami turkusowego Mercedesa, tak ona najwidoczniej stwarzała dość dobre pozory.
—
Ha, ładnie to tak okłamywać przyjaciółkę? — zapytał w zamian, na chwilę krzyżując ręce na piersiach i przyglądając się jej oczekująco. Określanie go jako
rozsądny było poważnym nadużyciem, bo przecież oboje znali prawdę. Wcale się z tym nie krył. Krył się tylko z tym, że właśnie sobie z nią igrał.
Z opóźnieniem przyszło mu zarejestrowanie tych wszystkich
niuansów i znalezienie logicznej przyczyny zachowania Zoi. W związku z tym wyjaśnienie tej sprawy stało się dla niego priorytetem.
Na jej oburzenie kącik jego ust bezwiednie rozszerzył się odrobinę bardziej, ale nie zamierzał komentować jej reakcji, chcąc przede wszystkim przedstawić sytuację najprościej, jak się dało.
Patrząc na to z tej perspektywy, miał świadomość, że wiele jej poświęcił. Pieniędzy, czasu, energii… uczuć. Wciąż zawiłych, niejasnych, bliżej nieokreślonych. Dawał jej wiele, nie oczekując niczego w zamian, choć dobrze znał te mechanizmy — równowaga polegała na dawaniu i braniu. A
wziąć jak na razie nie miał, z czego.
Nie był
łapczywy. Wystarczyło mu niewiele — pewność, że to wszystko do
czegoś prowadziło. Niestabilność tej relacji i pozostawanie w zawieszeniu powoli go psychicznie wykańczała. Miał nadzieję zyskać jakiś znak, konkretną odpowiedź, która pozwoliłaby mu działać w jednym z kierunków. Działać, bo nigdy nie przepadał za siedzeniem z założonymi rękami i czekaniem na cud, który mógł nigdy nie nadejść.
Te myśli instynktownie sprowadziły go do zbliżenia się do niej na nieznaczną odległość, stworzenia choć iluzji bliskości, za którą t ę s k n i ł. Mówił spokojnie, ale w rzeczywistości z ogromnym trudem przyszło mu wypowiedzieć na głos swoje
życzenie, kiedy jej niebieskie, pobłyskujące w świetle słońca tęczówki wpatrywały się w niego z taką
mocą. W chwili, gdy potrząsnęła głową i kosmyk włosów wrócił na poprzednie miejsce, przez moment odniósł wrażenie, że wcale nie chciała jego dotyku, co zrodziło w jego głowie złe przeczucia. Z rosnącym w mięśniach napięciem czekał na nieuniknione, aż ujęła jego dłoń. Czując jej palce, intuicyjnie wzmocnił uścisk. Chyba zaczynał bać się jej odpowiedzi.
Zamiast niej, usłyszał Rona, który kompletnie zrujnował im chwilę. Nie mógł więc zrobić nic innego, jak odsunąć się od ciemnowłosej stosownie do okoliczności.
Informacja o ilości kóz i możliwych problemach nie podbudowała go, ale
musiał sprostać temu wyzwaniu. Idąc w stronę pastwiska, na osobliwe pożegnanie Zoi mimowolnie uniósł kącik ust.
Lucien stawiał czoła każdemu wyzwaniu z typową dla siebie pewnością, zawziętością i sporymi pokładami cierpliwości. Słusznie jednak Zoya zauważyła, że o ile starsze kozy były bardziej posłuszne, tak te mniejsze nie skłaniały się już tak skwapliwie ku współpracy. Podczas całego tego przedsięwzięcia mężczyzna zdążył sporo się nabiegać za poszczególnymi sztukami, żeby nagonić je do zagrody. Nawet nie spodziewał się, jak bardzo trudne było to zajęcie, ale z drugiej strony miał z tyłu głowy, że Zachary celowo zarządził dla niego właśnie tak mozolne zadanie. Sam nie miał pewności, w czym dokładnie sobie zawinił, lecz i tak za wszelką ceną próbował zyskać sobie jego przychylność.
Co oznaczało, że musiał być tak samo zwinny i uparty, jak uciekinierki. Nie zawsze mu się to udawało, bo skupiony na pościgach po łące i w granicach lasu, nie zwracał uwagi na istotną rzecz, która miała ogromne znaczenie na torze — przyczepność. Będąc w trampkach, początkowo próbował omijać błotniste kałuże, ale gdy raz już przypadkiem w jedną z nich wpadł, to przestało mieć znaczenie. Z upływem czasu jego zawzięcie zaczynało przybierać rozmiar całej kilku kilometrowej długości toru w Misano, a wraz z nim coraz częściej zdarzało mu się ślizgać po błocie i wpadać w nie z impetem.
Pozostało mu już niewiele, ale zaczął opadać z sił i chyba musiało mu iść naprawdę żałośnie, bo gdy znowu wylądował tyłkiem w jednej z kałuż i przez chwilę nie ruszał się, nagle słońce przesłoniła mu jakaś postać. Wyciągnięta dłoń oznaczała jedno — ktoś oferował mu pomoc.
Z Ronem poszło mu już o wiele szybciej. Gdy ostatnia koza trafiła do zagrody, z głośnym westchnięciem zamknął bramę i zaśmiał się na jakąś żartobliwą uwagę bliźniaka, który poklepał go w drodze do domu. Buty zostawił na ganku, po czym, czując coraz większe zmęczenie, poszedł na górę.
Widok Zoi w jej własnym pokoju właściwie go nie zdziwił. Co więcej, Lucien, myśląc wyłącznie o tym, jak bardzo potrzebował teraz kąpieli i nadrobienia kalorii, dopiero po kilku sekundach dostrzegł nie tylko jej współczujący wyraz twarzy, ale i dziwnie czerwone plamy na jej twarzy, szyi i ramionach.
—
Tak, na koniec Ron mi trochę pomógł — wypuścił ciężko powietrze, bezwiednie przeczesując dłonią włosy. Nie potrafił nadziwić się, skąd u niej ta wesołość, bo on… był wykończony. Według niego to był naprawdę długi dzień, mimo rozpoczęcia się dopiero w południe. —
A twoje wekowanie? Nie wystrzelił ci jakiś słoik? Albo dwa? — dopytał nieco podejrzliwie, przyglądając się zarówno różnym plamom na niej, jak i krągłościom skrywanym przez biustonosz. Znów trochę później zarejestrował to, co powiedziała po chwili odnośnie ubrań i kołdry, więc powrócił wzrokiem na jej twarz. —
Wczorajszej nocy mi nie przeszkadzała — stwierdził logicznie, po czym westchnął i zagryzł na moment dolną wargę. —
Nie musisz mi usługiwać. Mówiłem ci, że dam sobie radę — zauważył poważniej, niż zwykle. Nie miał w tej chwili szczególnej ochoty na żarty. Właściwie miałby chęć tylko na jedno, ale nie wiedział, czy mu wolno, więc ostatecznie przełknął ślinę i odwrócił wzrok, aż padł on na podłączony do ładowania telefon.
Wyminął dziewczynę i podszedł do szafki nocnej, żeby nacisnąć przycisk uruchamiający. Telefon drgnął w dłoni i włączył się ekran uruchamiania. Czekał na możliwość wstukania pinu, bo to, że się włączył, jeszcze na nic nie wskazywało. Tak, jak wiele drobnych gestów ze strony Zoi.
—
Wyjadę jutro rano. Nie będę dłużej przysparzał ci problemów i zmartwień — powiedział z decyzją w głosie, usilnie wpatrując się w komórkę.
Zoya Weasley