—
Garstka — stwierdziła nie kryjąc rozczarowania, ale naprawdę nie wierzyła w
obietnicę rzucane od tak przez wiele ludzi. Pamiętała te wszystkie niespełnione obietnice z dzieciństwa mieszające się z zapachem stęchlizny, alkoholu i papierosów, bo one były jej chlebem powszednim. Nie mówiąc o tych wszystkich przyjacielskich i nastoletnich obietnicach, porzucanych raz po raz. Ona chyba nawet wolała nie słuchać niczyich obietnic próbując jednocześnie chronić się przed rozczarowaniem jakie mogły one przynieść, pozostając tymi niespełnionymi. —
Gdybyś złamał jakąś obietnicę to pewnie byśmy się nie przyjaźnili — oznajmiła całkiem serio, przytakując mu, bo może i nie złamał żadnej obietnicy, ale i tak teraz chciała mu okrutnie wygarnąć. Słowa o
dawaniu furtki ją zabolały. Prawie tak jak wtedy, gdy ciskał jej że lawiruje między fazą miesiąca miodowego, a byciem singielką lub gdy pytał się jej czy nie wolałaby być w związku który trwa dłużej niż czas potrzebny na zużycie jednej butelki szamponu. Miała mu ochotę znów wygarnąć, że sobie żadnej furtki nie zostawia, ale dopiero co się pogodzili i chyba nie miała siły na kolejną kłótnię.
—
Furtkę? — straciła ten swój cały radosny zapał do udowadniania mu jak powinien wyglądać zajebisty związek w jej opinii i zmarszczyła nieco brwi posyłając mu niezadowolone spojrzenie. —
Nawet nie zaczynaj — ugryzła się w język, by nie wygarnąć panu idealnemu. W końcu to ona była tą, co od kilku lat szukała nowej pracy i wybierała się z nim na Burning Mana, tylko ona niczego nie obiecywała. Ona proponowała:
co powiedziałbyś na to? a może zrobilibyśmy to? ale zawsze dobierała słowa tak, by nie obiecywać.
Różnili się, to fakt.
Logika kontra abstrakcja.Porządek kontra chaos.Panna kontra Wodnik.
Różnili się tak bardzo, że kiedy teraz zaczynała wyłapywać te różnice trochę sama nie dowierzała własnym oczom. On mógłby rozpisać miłość w formie biznesplanu, z tabelkami i załącznikami w postaci intercyzy, której Wendy prawdopodobnie nigdy by nie podpisała. Ona była wolnym duchem, chaosem, a jakieś sztywne ramy były dla niej trochę jak wyrok śmierci. I choć data urodzin może niczego nie dyktowało, to jakimś dziwnym zrządzeniem losów ich zodiaki tak bardzo do nich pasowały. Szkoda tylko, że wzajemnie tworzyły
trudne połączenie wymagające kompromisów... a kompromisy to im akurat średnio wychodziły.
I pewnie gdyby dłużej się nad tematem rozwodzili to by się jeszcze o to pokłócili, ale w garderobie zadziała się prawdziwa magia… nagości. Wendy choć była w szoku po tym, jak zaświeciła przed nim wszystkim co matka natura jej dała (było tego niewiele, ale lepsze coś niż nic), to mimo wszystko dostrzegła jego spojrzenie, gdy gapił się na nią w taki sposób… jak chyba jeszcze nigdy, a to właśnie zapoczątkowało panikę, podbiło wstyd i zagwarantowało atrakcje w postaci kolejnej wpadki. Bo tak to już z nią było, wpadka za wpadką - i od razu cały pieprzony ciąg nieszczęść. Nic dziwnego, że finalnie skończyła na podłodze garderoby taplając się we własnym bagienku wstydu.
Wendy, czy mogę wejść? Zamarła, a potem drzwi się uchyliły, a ona usiadła chowając twarz w dłoniach i zerkając na niego zza rozchylanych paluchów.
No weź, jesteśmy dorośli. To żaden wstyd. Złapała za szlafrok i opatuliła się nim podnosząc niepewnie z podłogi. I tak wstydziła, przecież nie chciała by uważał, że traktuje go jak brata… bo nie traktowała, w myślach na pewno nie.
Ty wyglądałaś bardzo dobrze, podłapała to. —
Bardzo dobrze? — zapytała bez namysłu wbijając w niego swoje zaciekawione spojrzenie, ale nim zdążył odpowiedzieć spanikowała bo przestraszyła się własnej śmiałości. —
Dobra, nieważne — zaczęła i zastanowiła się nad jego pytaniem. —
Wiem jak możesz mi pomóc! Idź i załatw szampana, a jak wrócisz rozgość się na tym fotelu co wcześniej, a ja zacznę raz jeszcze — musiała zatrzeć tamto wrażenie, potrzebowała nowego początku. —
No idź już, idź możesz też zgarnąć jakieś przekąski — i pogoniła go z tej garderoby, bo chciała już pozbyć się tego różowego materiału ze swojego ciała. Odetchnęła głęboko, by chwile później już przygotować się do pokazu mody.
Gdy ponownie odparła drzwi garderoby Peter zdążył już wrócić z szampanem i przekąskami, a ona w tym czasie wcisnęła się w jakiś neonowo żółty kostium narciarski Queenie z wielkimi poduszkami na ramionach, który szeleścił z każdym krokiem jaki stawiała teraz Wedny do nuty Madonny, którą odpaliła w zapętleniu w tle. —
No, tutaj na pewno nic nie prześwituje — oznajmiła puszczając oczko do Petera i obracając wcześniejszą sytuację w żart, po czym wycofała się do garderoby. Po drodze przymierzyła jeszcze kilka zwariowanych kreacji, bo przecież nie będzie sięgać po te nudne, co nie? Co to by była za zabawa! Raz wyciągnęła z szafy suknię z takimi wielkimi poduchami na ramionach z kokardą na biodrze, że czuła się jak w jakiejś dynastii na sterydach. —
Teraz to taka biznes żonka, taką byś chciał? Jak z telenoweli, tylko podpisać kontrakt i szalej dusza piekła nie ma — zażartowała, by chwilę później wyglądać już jak wielki ptak z ulicy sezamkowej, w żółtym futerku
i nic poza tym, ależ ona igrała z losem. Na koniec wytoczyła się jeszcze w jakiejś koszmarnej sukni druhny, albo jakiegoś balu debiutantek, ale miała ona tyle warstw, że wyglądała teraz jak chodząca beza. —
Serio ktoś coś takiego kupuje jeszcze z własnej nieprzymuszonej woli? — zapytała, a potem zniknęła w garderobie na dłużej. Ściągnięcie tych wszystkich warstw było niemałym utrapieniem, szczególnie po tym jak podczas pokazu popijała sobie szampana, a on nie ułatwiał koordynacji rak i nóg, w zasadzie niczego nie ułatwiał. Na koniec postawiła więc na coś lekkiego i białego, skoro to white party było, a ona szukała czegoś na przebranie, prawda?
No i drzwi garderoby ponownie się otwarły, a ona wyszła w oszałamiającej kreacji, która idealnie układała się na jej ciele. Cała na biało…uśmiechając się do Petera lekko. —
Niezła, co nie? — zaczęła odwracając się w miejscu, tyłem do Petera. Nie tak oczywista jak pierwsza, ale też boska. —
Tylko musisz mi pomóc, bo sukienka ma do mnie uprzedzenia — a zamek zaciął się już gdzieś w okolicy lędźwi. Stojąc przodem do lustra poprawiła ją sobie gładząc dłonią po brzuchu i czekając, aż Blythe podejdzie.
— Dopniesz?
Peter Blythe