29 y/o
For good luck!
184 cm
właściciel Ashcroft Ranch
Awatar użytkownika
Let's see which one of us is harder to outlast.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Pokręcił lekko głową, bo dobrze wiedział już, że Loganowi daleko było do prostego faceta. Był inteligentnym i praktycznym gościem, który budził szacunek swoich podwładnych, a jego łagodny spokój sprawiał, że Laurentowi miękły kolana. Udawał poczciwego idiotę, żeby zrobić mu na złość. A jednak pod pozorami rozdrażnienia odczuwał przede wszystkim podniecenie i ekscytację.
Wspólna lekcja była złym pomysłem, ale młody Ashcroft przystał na nią z radością. Powinien trzymać się pierwotnego planu, ale wizyta na farmie budziła w nim tęsknotę za dziedzictwem, którego wyrzekł się na studiach. W domu nie potrafił się powstrzymać przed tym drobnym niedopowiedzeniem w kwestii swoich przemoczonych ubrań, a kiedy stał na tarasie, czekając na Logana, jego głowa była przyjemnie pusta. Odgonił uporczywą muchę, a język zdrętwiał mu od kwaśnej lemoniady. Jadł kanapkę z apetytem, choć w Toronto nigdy nie zdecydowałby się na taką dawkę glutenu w postaci białego, miękkiego pieczywa, które nie miało absolutnie żadnych właściwości odżywczych.
Ale smakowało obłędnie, mając za zawartość sporą ilość masła, kilka plasterków szynki oraz liść chrupiącej sałaty.
Opierał ramiona o balustradę, kiedy obrócił się przez ramię w kierunku zamieszania przy drzwiach. Otarł wierzchem dłoni błyszczące od tłuszczu usta i zaśmiał się cicho.
Serio wystarczy, że go pogłaszczesz — powtórzył radę z pobłażliwym uśmiechem i popił kanapkę lemoniadą. Promienie słońca prześwitywały przez kosmyki ciemnych włosów, nadając im połysk w kolorze gryczanego miodu.
Zatrzymał wzrok na jego odsłoniętych ramionach, nadal nie potrafiąc zrozumieć, jakim cudem taki facet jest sam. Rozumiał rozpacz po stracie ukochanej żony. Może nawet uznałby to za całkiem romantyczne, gdyby jednocześnie nie było tak przeraźliwie smutne.
Tak na przyszłość to nie potrzebuję bryczesów, ale dziękuję — odbił piłeczkę, chociaż nadal nie wiedział, skąd brało się w nim to przekorne pragnienie dyskutowania z Loganem, jakby musiał mu coś udowodnić.
Nie zamierzał więcej wsiadać na konia. Skończył z tym kiedy miał dziesięć lat, a dzisiaj tylko robił wyjątek.
Zostawił szklankę z lemoniadą na barierce i ruszył za nim do stajni, choć musiał włożyć wysiłek w próbę dotrzymania kroku Loganowi. Czuł na sobie uważne spojrzenia pracowników rancza. Zignorował je, próbując udowodnić, że ma głęboko gdzieś ich zdanie. Oporządził konia przed jazdą z czułością i uwagą, szepcząc jej komplementy, jak najlepsze lasce w klubie.
Czyli jednak mnie lubisz — stwierdził bezczelnie, kiedy Logan troskliwie wcisnął mu na głowę kask. Starał się, żeby Callahan dostrzegł w nim faceta, a im bardziej próbował mu coś udowodnić, a tym bardziej absurdalnych sytuacjach kończyli. Nie wiedział, dlaczego tak zależało mu, żeby Logan nie traktował go jak dzieciaka.
Oczyścił grzbiet Pixie, a następnie czekał, aż mężczyzna osiodła konia. Obserwowanie go przy pracy było satysfakcjonujące i na pewno część z tej przyjemności brała się z tego, jak dobrze Logan wyglądał. Z powodzeniem mógłby reklamować ten styl życia. Oparł łokcie o drewnianą belkę, przyjmując tę niedbałą pozę.
Nie obawiał się wsiąść na konia. Za dzieciaka uwielbiał przejażdżki.
Nie mam pięciu lat — poinformował Logana, ignorując podstawione schodki i lekko wbił się z prawej nogi, dosiadając konia. Nie zrobił tego z gracją i przez sekundę miał problem ze złapaniem równowagi w siodle, ale kiedy już mu się to udało, posłał mężczyźnie cwany uśmiech. — Mówiłem — oznajmił z dumą, sztywno wyprostowany i niezbyt pewny, gdy koń oddalił się od barierki.
Nie zdawał sobie sprawy, jak wyraźnie jego ciało zdradza zdenerwowanie i niepewność w siodle. Cierpliwie czekał, aż Logan skończy majstrować przy strzemionach, głaszcząc uspokajająco klacz po szyi.
Powiedział jej tyle miłych rzeczy, że chyba nie powinna go zrzucić?
Wydajesz sprzeczne polecenia — zarzucił swojemu trenerowi, kiedy ten najpierw kazał mu docisnąć nogi do siodła, a potem nie ściskać konia. — Mówisz do mnie, to na ciebie patrzę — Laurent nie mógł pozostawić żadnej uwagi bez odpowiedzi i zapowiadał się na naprawdę trudnego ucznia. — Przecież siedzę — znów spojrzał na Logana, ale tym razem skupił wzrok przed sobą, zanim ten ponownie zwrócił mu uwagę. Zacisnął mocniej palce na wodzy, kiedy poczuł dotyk dłoni mężczyzny.
Jak miał się w takich warunkach rozluźnić?
To było zaskakująco przyjemne, gdy słowa Logana zdawały się mieć moc porządkowania świata, jakby znał wszystkie najważniejsze prawdy.
Nie da się przy tobie rozluźnić — mruknął zadziornie, chociaż wątpił, żeby Logan wychwycił flirt. Spróbował jednak usiąść pewniej w siodle, ale po takim czasie wcale nie było tak łatwo zaufać kilkusetkilogramowemu zwierzęciu, które potrafiło bać się własnego cienia. Nie chodziło jednak tylko o to. Laurent świadomie kładł źle dłonie czy nogi, bo podobał mu się szorstki, stanowczy dotyk. Poza tym chciał sprawdzić, czy będą w stanie dobrnąć do kresu cierpliwości Logana.
I już myślał, że mu się to udało, kiedy facet po prostu postanowił zmienić strategię.
Inaczej? Jestem aż tak beznadziejnym przypadkiem? A może to ty wcale nie jesteś najlepszym nauczycielem? — zapytał z powątpiewaniem, a chwilę później Logan znalazł się za jego plecami, wywołując falę przyjemnego ciepła. Odruchowo oddał mu wodzę, będąc prawie pewnym, że w tej sytuacji się nie rozluźni. — Tak zdecydowanie wygodniej — odparł przesadnie rozpieszczonym tonem i skrócił zbędny dystans między nimi, opierając się o szeroki tors. Przecież nie było opcji, żeby Logan nie zdawał sobie sprawy, co robi. Laurent co prawda jeszcze nie spotkał kolesia, który by tak perfekcyjnie udawał hetero, ale w sposobie, w jaki Callahan go dotykał, nie było przypadku.
Ani w tym, że paradował przed nim bez koszulki.
Ani jak łaskotał mu oddechem kark.
Może i Logan nie był w jego guście, ale bezapelacyjnie jego bliskość oddziaływała na niego silnie na tym prymitywnym, niemożliwym do odparcia poziomie.
Czyli będą kolejne lekcje? — przekornie złapał go za słówko, słysząc, że dzisiaj ma się tylko nauczyć siedzieć. Miał nadzieję, że ekscytacja w jego głosie nie była wyraźnie słyszalna. Odwrócił przy tym głowę, niemal dotykając wargami zarośniętego policzka, co jeszcze bardziej uświadomiło mu, jak blisko siebie się znajdowali. Uśmiechnął się wymownie. — Nie mogę się doczekać — wyprostował się, skupiając spojrzenie przed sobą, choć w myślach prosił Logana, by mocniej zacisnął dłonie na jego biodrach.
Słuchał instrukcji, choć nie miało znaczenia dokładnie, co mężczyzna mruczy mu w kark, a bardziej liczyło się, jakim robił to tonem.
Skoro taki z ciebie specjalista od robienia tyłkiem ósemek, to musisz być mistrzem na parkiecie. Właśnie to mam teraz przed oczami — zażartował, zaciskając powieki i szeroko się uśmiechając. Wczuł się jednak w łagodny ruch, ulegając narzuconemu rytmowi, myśląc o tym, jaką furorę zrobiłby Logan w jego ulubionym tęczowym lokalu. Chociaż nie wyglądał na króla parkietu, a raczej tego mrukliwego typa siedzącego przy barze. Pozory jednak mogły mylić. W końcu facet na pierwszy rzut oka przypominał pozbawionego wyobraźni prostaka o konserwatywnych poglądach, a teraz dotykał go tak, jakby naprawdę tego chciał. Jakby za tym tęsknił. — Umiesz tańczyć? Kiedy ostatnio tańczyłeś? — zapytał z tą swoją natarczywą ciekawością.
Gdy Logan zbył go kolejnym poleceniem, Laurent odchrząknął. To jego dłonie sprawiły, że zamilkł. I słowa, które mogłyby paść w zupełnie innych okolicznościach.
Które Laurent chciałby w tych innych okolicznościach usłyszeć. Zrobiło mu się gorąco, kiedy próbował pozbyć się napięcia przez odrobinę nerwowy śmiech. Callahan zachowywał się tak, jakby kompletnie nie zdawał sobie sprawy z tej dwuznaczności, przez którą jego uczeń nie będzie mógł zasnąć przez pół nocy.
Sięgnął do jego dłoni na swoich bokach i łagodnym gestem zsunął je z powrotem na biodra, ale nieco niżej. Nie wątpił, że potrafiły dać poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji.
Tak jest okej? — brzmiał, jakby pytał jedynie o to, jak sobie radzi na koniu, ale jednocześnie wciąż trzymał jego ręce w swoich. Dość szybko załapał technikę, kołysząc się razem z Loganem w jednostajnym rytmie. — Jak mi idzie? — zapytał, łakomy pochwały. Jedną dłoń oparł na łęku, ale drugą poszukał równowagi na jego udzie. Obrócił przy tym znów w jego kierunku, zamiast patrzeć przed siebie. — Może rzeczywiście jesteś całkiem niezłym nauczycielem — dodał, nie zwiększając dystansu, więc jego słowa niewinnie załaskotały kącik ust mężczyzny. — Często udzielasz takich prywatnych lekcji? — flirtował z nim bezczelnie, próbując się zorientować w intencjach mężczyzny.

Logan Callahan
35 y/o
For good luck!
190 cm
Ranch foreman Ashcroft Ranch
Awatar użytkownika
Less jawin', more ridin', son.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitak
typ narracjiTrzecia
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Z początku, Logan sądził, że Laurent naprawdę go nie znosi. W końcu tej nocy w kuchni przyznał się do tego otwarcie. A jednak w sposobie w jaki do niego mówił, nie wyczuwał niechęci. Była tam raczej ta sama dziwaczna satysfakcja z przekomarzania się z nim, którą i on sam odczuwał.
Nie mylił się wcześniej. Ich obu to bawiło.
Polubię bardziej, jak grzecznie założysz toczek - mruknął tonem rodzica zwracającego się do dziecka grymaszącaego nad warzywami. “Zjedz wszystkie, to dostaniesz deser". W ogóle nie przywiązywał wagi do jego słów, nie brał ich na poważnie. Wyczuwał za to jego spojrzenie, podczas siodłania Pixie, ale ani razu nie zerknął, by się upewnić. Podejrzewał, że dostrzegłby na jego twarzy ten dziwny, prowokacyjny uśmieszek, który od pracy przy pompie jakoś zbyt często pojawiał się na jego twarzy. Logan nie był pewien dlaczego coś się zmieniło, ale wyczuwał, że ewidentnie coś. Może chciał się odgryźć za tego rzeczoznawcę?
Cokolwiek to było, nie zamierzał dać się sprowokować.
Cierpliwie obserwował jak dzieciak próbuje udowodnić coś, chyba tylko samemu sobie i wsiąść na grzbiet klaczy bez użycia schodka. Jakby drewniana podpora godziła w sam środek jego dumy. Zabawne, bo jak na gościa, który ostatni raz w siodle siedział ponad dekadę temu, nie chciał wyjść na żółtodzioba.
Logan nie musiał bać się, że Pixie spanikuje, ale i tak poklepał ją uspokajająco po szyi, kiedy Laurent gramolił się na siodło z gracją słonia w przysłowiowym składzie porcelany. Nie pochwalił go za te próby, bo i nie było czego chwalić. Chyba, że durny upór.
Bez słowa poprowadził klacz bliżej środka padoku, gdzie dużo wygodniej mógł instruować nadaktywnego ucznia.
Nieprawda - odparł niezrażony jego marudzeniem o sprzeczne polecenia. – Dociskacz kolana do siodła, o tak. - Pchnął lekko wspomniane kolano. - Żeby łydka prawidłowo się ułożyła. O tak. - poklepał ją, gdy znalazła się w odpowiednim miejscu. - Chodzi o to, żebyś nie dał koniowi łydki, bo ruszy.
Laurent pamiętał zdecydowanie mniej, niż do tego pretendował. Nie potrafił nawet dobrze siedzieć w siodle, dlatego Logan przeczuwał, że to będzie długa i niezbyt owocna lekcja. Sprawy nie poprawiał fakt, że Laurent zachowywał się jak nadaktywne i niepokorne szczenię, cały czas buntując się, zaczepiając go i chyba umyślnie źle wykonując polecenia.
Ewidentnie chciał znaleźć mu za skórę.
A podobno mieli współpracować.
Mimo to, Logan dobrze się bawił. Od lat nie pracował jako instruktor, ale przypomniał sobie, że kiedyś się w tym spełniał. Bo te momenty gdy Laurent na chwilę się skupiał, kiedy głaskał czule grzywę klaczy i wydawał się mimo wszystko uroczo dumny z siedzenia w siodle, dawały satysfakcję i jemu. Dlatego kiedy adwokat stwierdził nagle, że “nie da się przy nim rozluźnić", Logan łypnął na niego wyraźnie urażony, co w jego wykonaniu przypominało raczej próbę mordowania wzrokiem, a nie grymas spowodowany przykrością. Więc nie, kompletnie nie zdawał sobie sprawy, że młody Ashcroft w tym momencie z nim flirtuje.
Nie odpowiedział na zaczepkę i bez słowa wskoczył na grzbiet Pixie. Im bardziej Laurent spinał się i narzekał, tym bardziej Logan chciał mu udowodnić, że się mylił - on nie był beznadziejnym przypadkiem, a Callahan nie był beznadziejnym nauczycielem.
Potrzebowali po prostu innych metod nauki.
Kiedy Laurent przyległ plecami do jego piersi i odwrócił głowę tak, że niemal zetknęli się nosami, Logan bezceremonialnie odchylił się i naparł dłonią na jego kręgosłup. Zrobił to na tyle stanowczo, że samym gestem poprawił mu pozycję.
Plecy proste. Nie przechylaj się w siodle. Musisz znaleźć balans.
Na końcu języka miał upomnienie żeby się nie wygłupiał, bo koński grzbiet to nie miejsce na brawurę, jeśli nie miało się odpowiedniego przeszkolenia, ale się powstrzymał.
Poza tym, mógł być sobie ignorantem i nigdy nie mieć do czynienia z flirtujacym facetem, ale nie żył po kamieniem i jak na takiego mruka empatię miał na przyzwoitym poziomie. Tym razem więc ton i wymowność słów odczytał prawidłowo.
Zacisnął szczęki, czując niechcianą mieszankę ekscytacji i złości na samego siebie. I przede wszystkim na bezczelnego szczeniaka przed sobą. W co on grał? Chciał go wkurzyć? Przecież wiedział, że był żonaty z kobietą, miał syna, na Boga!
Zbył jego podchody i uparcie ignorował wszystkie natarczywe pytania i komentarze. Próbował skierować jego myśli na właściwe tory, ale w żaden sposób nie mógł zamknąć tych wyszczekanych ust. Dopiero po jakimś czasie przyszło mu na myśl, że może Laurent po prostu się denerwował. Ludzie często pletli głupoty i dziwnie się zachowywali, kiedy coś ich przerastało. Przy czym Logan nie sądził, żeby był to jedynie koń pod nimi. Coraz wyraźniej zaczynał dostrzegać, że sam to powoduje.
Wiedziony ciekawością i chęcią uciszenia go, umyślnie przesunął dłonie wyżej i omiótł oddechem jego kark. Uparcie wmawiał też sobie, że nie robi tego dla własnej satysfakcji.
Podziałało.
Laurent zamilkł, a on bezbłędnie wyczuł jak ciało pod palcami zamiast się rozluźnić, spina się bardziej. Nie był z siebie dumny, bo w ogóle nie o to chodziło, ale świadomość, że Laurent odczuł ten dotyk równie mocno jak on sam, dawała mu przewrotną satysfakcję.
Przypomniał sobie jego słowa o głaskaniu. Widać rada miała sens.
Czyli głaskanie działa. Dobrze. Rozluźnij się - powtórzył tym samym cierpliwym, niskim tonem. Nawet odrobinę ciszej i w sposób, którego potem przyjdzie mu pożałować, ale który teraz wydawał się tak cholernie właściwy. Laurent reagował na niego jak spłoszony koń, który wreszcie skupia na czymś uwagę. – I przestań mówić. I chichotać.
Przez chwilę trwali w ciszy. Pixie spokojnie maszerowała przy ogrodzeniu, wprawiając ich w przyjemne kołysanie, a Logan nie mógł przestać myśleć o tym, jak gorące było ciało pod jego palcami.
Nie cofnął dłoni, kiedy Laurent położył na nich własne. Zacisnął tylko szczęki, na moment wstrzymując oddech. Przegapił moment, w którym to wszystko przestało być narzędziem dydaktycznym, a stało się… sam nie wiedział czym. Mimo to pozwolił mu poprowadzić je w dół, zbyt wolno, tak jak on wcześniej zbyt wolno przesuwał je w górę. W tym momencie obaj byli już szalenie świadomi tego, że żaden z tych gestów nie był przypadkowy.
Logan miał nieodparte wrażenie, że w pytaniu też kryje się drugie dno. Że Laurent nie pyta o ruch bioder, ale o swoje dłonie przykrywające jego.
Jezu Chryste.
Tak jest okej - odpowiedział cicho. Po chwili ciężko przełknął ślinę. Starał się panować nad oddechem, boleśnie świadom tego, że wilgotny od potu kark czuje każde muśnięcie wydychanego przez niego powietrza.
Odchylił lekko głowę, natychmiast zabierając ręce, gdy tylko Laurent je puścił. Westchnął z czymś na kształt ulgi. Było to długie, ciężkie westchnienie, które urwało się niemal komicznie, gdy adwokat znów się odwrócił. Powinien przestać kręcić się w siodle, ale Logan na moment o tym zapomniał. Mając tuż przed sobą orzechowe oczy; tak blisko, że mógł policzyć plamki w ich tęczówkach, zapomniał nawet o oddechu.
Wpatrywał się w nie o sekundę zbyt długo. O chwilę zbyt wymowną, by się jej bez wstydu wyprzeć.
Skup się - mruknął, tym razem szorstko i upominająco, odwracając wzrok.
Oderwał jego dłoń od swojego uda i naparł na niego piersią, tylko po to, by odłożyć ją na łęku.
Dosyć tych gierek.
Nie miał pojęcia w co Laurent grał, ale zasady wcale mu się nie podobały. I wkurwiał się na siebie, że ciału za to podobały się za bardzo.
Masz sam utrzymywać równowagę. I patrz przed siebie.
Potem przytrzymał się jego ramion i sprawnie zeskoczył z końskiego grzbietu.
Pixie zarżała cicho, zaskoczona niespodziewanym ruchem i zatrzymała się. Logan zamruczał do niej uspokajająco, chwytając wodze.
Zrobimy jeszcze kilka kółek. Popróbuj stawać w siodle. - Oddał mu je, a sam zgarnął z ogrodzenia wcześniej przygotowaną lonżę i podpiął ją pod klacz. Zachowywał się tak, jakby przed chwilą nic się nie wydarzyło, jakby wystarczyła tylko odrobina dystansu by wrócił do zwyczajowego siebie, który nie tracił oddechu pod wpływem zbyt natarczywego spojrzenia i niewinnego dotyku dłoni.
Instruował go cierpliwie, próbując nauczyć podstaw anglezowania, a kiedy Laurentowi zaczęło wychodzić, bo najwyraźniej w tym przypadku zadziałała pamięć mięśniowa, uśmiechnął się nawet i go pochwalił. Dystans zdecydowanie działał na jego korzyść.

Laurent Ashcroft
29 y/o
For good luck!
184 cm
właściciel Ashcroft Ranch
Awatar użytkownika
Let's see which one of us is harder to outlast.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Od lat się tak nie zachowywał. W Toronto ciężko pracował na swoją pozycję i nie mógł pozwolić sobie na wygłupy. Czasem odpuszczał podczas imprez w klubie, ale nawet w gronie znajomych udawał chłopaka, który lubi niszowe kino i sushi, podczas gdy tak naprawdę wolał obejrzeć mecz i zjeść tłustego burgera. Do tej pory nie zdawał sobie sprawy, jak wiele kosztowało go to wysiłku. Naprawdę przepadał za chaosem wielkiego miasta, ale w tym zgiełku i w pogoni za ambicjami zgubił gdzieś siebie.
W brawurowych przekomarzankach było więc coś wyzwalającego jak w zimnym prysznicu. Laurent nie musiał przejmować się, czy dobrze wygląda i czy przypadkiem nie palnął nic głupiego.
Przypomniał sobie, co znaczy być sobą.
Wcisnął na głowę toczek, a następnie ostentacyjnie zaprezentował się w nim Loganowi, pokazując, że jest naprawdę świetny we współpracy i zasługuje na sympatię. Spędził rozkoszną chwilę na podglądaniu go przy pracy, a potem pochwalił się odwagą i niestety wątpliwymi umiejętnościami dosiadania konia.
Gdy jego nauczyciel pozostał profesjonalny i odporny na prowokacje, Laurent się tym nie zrażał, w końcu był cholernie uparty, gadatliwy i nie znosił przegrywać.
Kompletnie nie znasz się na żartach — odpowiedział z czarującym uśmiechem, gdy Logan łypnął na niego groźnie, zupełnie ślepy na flirt, a następnie zaprezentował mu, jak powinno się dosiadać konia. Wyprostował się płynnie, gdy mężczyzna uciekł od kłopotliwej bliskości. Prawda była taka, że ten surowy ton upomnienia działał na niego lepiej niż niejeden komplement.
Boże, prawdopodobnie powinien sobie w tym momencie zdiagnozować daddy issues, co w kontekście pogrzebu było dość makabryczne. Laurent w tym momencie jednak nie myślał o śmierci ojca, wolny zarówno od wspomnień, jak i nadmiernych ambicji. Nie myślał też o swoim ostatnim nieco starszym chłopaku, z którym rozstał się, gdy po cudownym roku okazało się, że facet ma żonę i dzieci.
Odruchowo dotknął bladego śladu po pierścionku, który w przypływie wściekłości wcisnął jakiemuś bezdomnemu, skóra w tym miejscu nadal była gładsza i jaśniejsza.
Dotyk jednak nie pozwalał mu uciec od rzeczywistości. Gruntował go w niej, przypominając o świecie poza jego głową. Przy okazji drażnił go i podniecał, podobnie jak łaskotanie oddechu na karku i ten seksowny ton, dzięki któremu nawet proste instrukcje brzmiały nieprzyzwoicie.
Nie chichoczę — urażony zaprotestował jeszcze dla zasady, ale rzeczywiście umilkł, pozwalając ukołysać się równemu krokowi konia i bijącemu od Logana ciepłu. Nie mógł się jednak powstrzymać przed tym, by nie spróbować przesunąć granicy odrobinę dalej. Szorstka skóra była przyjemna w dotyku, bo Callahan wcale nie był tępym brutalem. Laurent poprowadził jego dłonie w dół, wsłuchując się w oddech mężczyzny. Uśmiechnął się kącikiem ust, gdy ten na moment zamarł, a potem mniej lub bardziej świadomie dał mu zgodę na kontynuowanie tej gry, by pierwszą nadarzającą się okazję wykorzystać do ucieczki.
Jednak gdy na moment złapali kontakt wzrokowy, Logan nie odwrócił spojrzenia od razu, a Laurent musiał dojść do wniosku, że miał naprawdę ładne oczy, które kazały wierzyć, że był porządnym facetem.
A takich już przecież nie robią. Albo poukrywali się w cholernych stodołach.
Próbuję się skupić, to ty mnie rozpraszasz — oskarżył go, bo przecież to Callahan zaproponował tę lekcję, a potem dosiadł się do niego na koniu. Sapnął przez nos, gdy mężczyzna naparł na niego torsem, podsycając fantazję o tym, jak przyjemnie byłoby poczuć na sobie jego ciężar.
Pozostawiony sam na koniu obejrzał się za nim rozczarowany i lekko wydął usta, ale skupił się i postarał zastosować do wszystkich uwag, z których niestety większość zmieniła się jedynie w rozkoszny, niski pomruk. Nie spodziewał się, że niewinny dotyk i kilka spojrzeń mogło nadal działać na niego tak silnie, jakby znowu miał szesnaście lat, przecież był dorosły i nie raz zdarzało mu się lądować z kimś w łóżku, ale wtedy z reguły wiedział o nim znacznie mniej.
Może dlatego było łatwiej?
Pochwalony uśmiechnął się dwuznacznie i zerknął na Logana z błyskiem w oku, zwiastującym, że zaraz powie coś niestosownego.
W takim ujeżdżaniu akurat mam wprawę — puścił mu bezczelnie oczko, kontynuując jazdę. — Może nawet czegoś byś się ode mnie nauczył — dodał, gdy zrobił kolejne kółko, niewzruszony niemoralną propozycją, bo przecież wiedział, że Logan na nią nie przystanie.
Z każdą spędzoną na koniu minutą przypomniał sobie więcej. Nie chodziło jedynie o kwestie techniczne, ale również o to, jak bardzo lubił samą jazdę. Perspektywa wyjechania poza teren ośrodka wydała mu się cholernie kusząca, dlatego gdy zsiadł dość nieporadnie z Pixie i wziął od Logana wodzę, odezwał się lekkim tonem.
Skoro pierwszą lekcję mamy za sobą, to w sobotę zabierzesz mnie w teren? — rzucił swobodnie, wybierając konkretny termin, by Logan nie mógł się łatwo wykręcić. Nawet nie poczekał na odpowiedź, rzucił tylko przez ramię wesołe — Dzięki — i zajął się zdejmowaniem oporządzenia. Nie robił tego z taką wprawą jak Callahan, ale było widać, że nie wszystko zapomniał.

Resztę popołudnia spędził, obserwując trening koni, a potem pomagając przy rozładunku przyczep z belkami, blachą i pozostałymi przedmiotami niezbędnymi do remontu stodoły. Podczas kolacji plotkował z Mergy tak, jakby znał już wszystkich w mieście i mieszkał tu od dawna. Beau kręcił się pod nogami i sępi jedzenie, wpatrując się czarnymi, pełnymi nadziei oczkami w Logana.
W domu na Ashcroft Ranch znów było głośno, a Laurent liczył na to, że tym razem uda mu się w końcu zasnąć.
Wziął długi prysznic, myśląc o szorstkich dłoniach i skrywanych uśmiechach, choć po tym wszystkim krył się żal, bo może gdyby przyjechał na farmę szybciej, wszystko potoczyłoby się inaczej?
Odłożył zegarek ojca na szafkę nocną i położył się w miękkiej pościeli. Zasnął niemal od razu, a w gorącą letnią noc prześladowały go erotyczne fantazje o numerku na sianie. W snach jego kochanek miał ciało i twarz Logana. Na dodatek to jego głosem nazywał Laurenta "dobrym chłopcem", kiedy dociskał wargi do rozgrzanego i napiętego podbrzusza.
Nie mógł nic poradzić na to, że przy śniadaniu gapił się na Logana,, zastanawiając, czy tej w nocy śnili o tym samym.

Cały następny dzień spędził na papierkowej robocie, próbując uporządkować sprawy rancza. Czasem jednak unosił wzrok znad dokumentów i łapał się na tym, że spoglądając za okno szuka sylwetki Callahana. Popołudniu znów dołączył do niego i grupki kowbojów pod pozorem pomocy. I znów skończył brudny, ale szczęśliwy, zadowolony z dnia spędzonego na uczciwej pracy z rozgrzanymi słońcem plecami i słonym potem na górnej wardze.
Po kolacji zasłonił okna z zamiarem położenia się spać, kiedy na wyświetlaczu jego telefonu pojawiła się wiadomość.
Kochanie, daj mi szansę wszystko wytłumaczyć. Spotkajmy się. Tak bardzo mi cię brakuje. Nie możesz tak łatwo odrzucić tego, co nas łączy. Przecież wiem, że też za mną tęsknisz.
Pierdol się.
Wystukał na klawiaturze, rzucając telefon na poduszkę. Przetarł twarz, czując, jak senność rozpływa się w gorzkim gniewie. Wyszedł z pokoju, nie chcąc, by telefon kusił go do napisania innej odpowiedzi albo co gorsza wykonania telefonu. Obok niego dreptał Beau, cicho skrobiąc pazurami podłogę. Laurent wszedł do kuchni, zastając w niej Logana, który był jednocześnie ostatnią osobą, którą chciał tu spotkać.
I taką, której potrzebował.
Nie wiesz, że nie powinno się podjadać na noc? — rzucił, chociaż nie miał pojęcia, co Logan robił o tej porze w kuchni. Laurent po prostu nie chciał zostać w niej sam. Nalał sobie szklankę chłodnej wody i przystanął oparty o szafkę. Milczał przez moment, jakby jeszcze wahał się przed zadaniem kolejnego pytania, ale odezwał, gdy tylko towarzysz skierował się do wyjścia. — Harper była twoją pierwszą dziewczyną? — wypalił bez żadnego ostrzeżenia, licząc na to, że rozmowa z tym mrukliwym facetem po raz kolejny pomoże mu uporać się z własnymi uczuciami.

Logan Callahan
35 y/o
For good luck!
190 cm
Ranch foreman Ashcroft Ranch
Awatar użytkownika
Less jawin', more ridin', son.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitak
typ narracjiTrzecia
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Znał się na żartach. Po prostu podobnie żartowała z nim tylko Harper, a z nią flirt był naturalny bo wpisywała się we wszystko, co dla Logana było właściwie i dobre, podczas gdy Laurent utożsamiał wywrotowość pragnień. Logan nie chciał widzieć w nim obiektu własnych zainteresowań, więcej nawet - nie mógł - bo po pierwsze był dzieciakiem Luke’a, a po drugie facetem. A obie te rzeczy przekreślały cokolwiek między nimi, nieważne czy jego ciało zgadzało się z tym czy nie.
Ważne, że zgadzał się rozsądek.
Trzymanie się tego utrudniał fakt, że podobnie jak Harper, Laurent był słodko uparty, miał cięty język i tę dziwną właściwość sprawiającą, że rozmowa z nimi była po prostu łatwa. Pewnie dlatego Logan dawał się wciągać w te gierki. Niestety to, co stało się na grzbiecie Pixie nie było niewinne. Nie dla Logana. Idiotycznie przekroczył własne granice i po co? Dla pustej satysfakcji z zamknięcia mu ust? Czy po to, by usłyszeć prowokacyjne “to ty mnie rozpraszasz"?
Nie skomentował tego. Tak samo jak bardzo jednoznacznej, bezczelnej sugestii. Spiął się wyraźnie, chociaż próbował nie dać po sobie poznać, że w myślach natychmiast wykwitły mu obrazy Laurenta, dosiadającego okrakiem jego bioder, anglezującego przy wtórze jęków i westchnień.
Potraktował to tak, jak powinien od samego początku - jako szczeniackie prowokacje i nic więcej.
Ciekawe czy Laurent byłby taki śmiały w tych swoich żartach, gdyby ryzykował zębami. Przecież możliwość, że flirtował z nim na serio, nie mieściła się Loganowi w głowie.
Zobaczymy - mruknął tylko na propozycję sobotniej przejażdżki. – Musisz jeszcze poćwiczyć.
Wrócił szorstki ton. Laurent nie musiał szczególnie się starać, by zauważyć jego próby zdystansowania się do sytuacji. Gdyby Logan sam wiedział, jak bardzo oczywisty jest w tej chwili, może rozegrałby to inaczej, ale było za późno. Dużo za późno na zaprzeczanie, że ruszało go to bardziej niż chciał przyznać.
Mógł pocieszać się faktem, że Laurent nie mógł wiedzieć o jego słabościach. To, co kryło się w myślach i wypływało czasem samotnymi nocami, należało tylko do niego.

Skupił się na pracy i zapomniał o tych wszystkich niedorzecznościach. A przynajmniej próbował. Nie wdawał się już w żadne pyskówki i był bardziej lakoniczny niż zwykle. Oberwało się nawet Travisowi, któremu zabronił pojechać w weekend do przyjaciół do Toronto. Jeszcze mu tam dzieciaka spedalą.
Był zły na siebie za te myśli, ale chronił się nimi przed tym, co czuł gdy Laurent znajdował się w zasięgu jego wzroku, albo co gorsze, rąk. Palce świerzbiły go wciąż od wspomnienia ciepła jego ciała. Absurdalne poczucie. Bardzo niewygodne. Przypominające mu jak cholernie wygłodniały był jakiejkolwiek bliskości drugiego człowieka.
Pod koniec dnia był tak spięty, że naszło go nawet, że dobrze, niech sprzeda ranczo w cholerę. Może o to mu właśnie chodziło, żeby zniechęcić go pedalskimi podchodami. Zaraz jednak zasadził sobie mentalnego kopa, bo jeszcze tak nie było, żeby odpuścił ważną kwestię przez kilka głupich aluzji. Po prostu nie da mu tej satysfakcji. Jeszcze zobaczymy kto się szybciej złamie. Z tą myślą położył się do łóżka, ale zupełnie inne wypełniały mu głowę, kiedy szukał ulgi w ciasnym chwycie palców i szorstkim ruchu nadgarstka. Potem myśli były już tylko gorzkim wyrzutem sumienia. Mimo to, następnego dnia zmienił taktykę, a raczej wrócił do poprzedniej. Nie reagował na żadne zaczepki, zwykle kwitując je oszczędnym, pobłażliwym uśmiechem, ale wciąż starał się zachęcać elegancika do pracy na ranczu i pokazywać mu je tak, by odezwał się w nim dzieciak z rancza, którym w głębi duszy był. Logan widział to doskonale gdy pracował na równi z nimi, dzięki czemu łatwo zaskarbił sobie sympatię, tak uprzedzonych do niego wcześniej, ogorzałych facetów. Logan ze dwa razy poklepał go nawet po plecach w ramach pochwały za dobrze wykonaną robotę.
I wcale nie dlatego, że chciał dotknąć rozgrzanych słońcem ramion.
Przy kolacji powiedział nawet Travisowi, że zmienił zdanie i pozwala mu pojechać na weekend do Toronto. Chłopak nie wnikał dlaczego ojciec zmienił zdanie. Podziękował, a potem zapewnił że będzie uważał i pobiegł się pakować. Logan jak zwykle nie zostawał długo przy stole. Zawsze miał coś do zrobienia, a jeśli nie, to zabierał swoją klacz na przejażdżkę trasą zewnętrznych ogrodzeń, jakby trzeba było sprawdzać je więcej niż raz dziennie. Trochę unikał Laurenta, ale w zasadzie zachowaniem nie odbiegało od tego, do czego przyzwyczaił domowników, więc nikt nie zwrócił na to uwagi. Istniała spora szansa, że nawet sam adwokacik nie miał o tym pojęcia. W końcu Logan nigdy nie pretendował do miana najmilszego faceta pod słońcem.

Tego wieczora był w kuchni, bo niedawno wrócił z przejażdżki. Wciąż miał na sobie dżinsy i bezrękawnik. Jego kapelusz leżał na blacie, obok w połowie opróżnionej szklanki soku pomarańczowego. Logan obejmował ją dłonią i patrzył w uchylone okno. Ledwie się ściemniło. Na horyzoncie niebo wciąż miało barwę gasnącego granatu. W kuchni paliła się tylko listwa pod szafkami, pogrążając wnętrze w przyjemnym, ciepłym blasku. Było cicho, jak zawsze gdy zapadał zmierzch.
Logan usłyszał pazurki Beau na schodach, zanim jeszcze dołączyły do nich kroki Laurenta. Natychmiast się spiął i dopił sok. Nie chciał na niego wpaść, ale nie chciał też ostentacyjnie wychodzić z kuchni, jakby naprawdę go unikał. Spokojnie umył więc szklankę i odstawił ją na suszarkę, kupując sobie tym trochę czasu.
Nie podjadam - mruknął, wycierając ręce w ścierkę i robiąc Laurentowi miejsce przy zlewie żeby mógł nalać do szklanki wody.
Potem ruszył do wyjścia. Musiał jeszcze wziąć prysznic bo wciąż pachniała wiatrem i stajnią.
Pytanie zatrzymało go w pół kroku.
Nie spodziewał się usłyszeć imienia zmarłej żony w jego ustach.
Odwrócił się, łypiąc na dzieciaka spod ściągniętych brwi. Wcześniej mu się nie przyjrzał, ale teraz widział jak na dłoni, że znów coś go gryzło. Nie uśmiechał się cwanie i miał w oczach jakiś smutek. Logan uznał to za miłą odmianę, bo nie miał ochoty odpierać jego złośliwości. Nie wiedział jednak, co do tego wszystkiego miała Harp.
Nie - odparł, opierając się bokiem o framugę drzwi, w których już stał. Beau dreptał mu pod nogami, nieustannie domagając się uwagi. Ignorował go. – Ale szybko zrobiłem jej dzieciaka więc szybko wzięliśmy ślub. Dlaczego pytasz?
Piesek skoczył mu na nogę, zapalczywie wymachując zawiniętym ogonkiem. Logan westchnął i przykucnął. Położył wielką dłoń na małym łebku i pogłaskał natręta. Piesek jak na komendę usiadł i nie przestając poruszać ogonem, wlepiał w niego koralikowe ślepka, jakby nigdy nie był szczęśliwszy. Logan uśmiechnął się mimowolnie.
Głaskanie faktycznie działa.

Laurent Ashcroft
29 y/o
For good luck!
184 cm
właściciel Ashcroft Ranch
Awatar użytkownika
Let's see which one of us is harder to outlast.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Dostał kosza, ale się tym nie przejął, ponieważ wszystko wskazywało na to, że Logan zupełnie niepotrzebnie dopuścił do głosu rozsądek, zamiast cieszyć się chwilą. Prawdopodobnie robił to dość często i z tego też powodu na co dzień chodził taki skwaszony, a przecież obydwoje doskonale zdawali sobie sprawę, że nic z tego nie będzie. Tylko się droczą. Najdalej w ciągu miesiąca Laurent sprzeda ranczo i będą mogli o tym wszystkim zapomnieć, wracając do ułożonego życia, w którym żaden z nich nie był naprawdę szczęśliwy.
Poza tym nagła potrzeba zdystansowania była podejrzana.
Jakby Callahan przestraszył się tego, co poczuł.
Praca Laurenta polegała nie tylko na umiejętności błyskawicznego zapamiętywania paragrafów, ale również na czytaniu ludzi. A Logan bez wątpienia był skrępowany, ale nie zły.
Zawstydzony.
Choć akurat to określenie zdawało się kompletnie nie pasować do faceta po trzydziestce z gęstym zarostem i niemal dorosłym synem.
Zauważył, że Logan go unika i nie próbował mu się narzucać. Lgnął jednak do ludzi i pracy, ponieważ gdy zostawał bez zajęcia ze swoimi myślami, nie radził sobie z żałobą i narastającym poczuciem winy. Próbował jednak tłumaczyć sobie, że jeśli uda mu się sprzedać ranczo odpowiedniemu właścicielowi to odbędzie się to z zyskiem dla nich wszystkich.
A on w końcu uwolni się od ciężaru przeszłości.

— Podaj mi gwoździe — Marco wyciągnął dłoń do Laurenta, który właśnie ocierał pot z czoła. Sięgnął do pudełka, wybierając odpowiedni rozmiar i wręczył je robotnikowi, podczas gdy sam lekko pochylony oparł dłonie na udach i chwilę odpoczywał.
Upał tego dnia był nie do zniesienia, a Ashcroft od trzech godzin walczył z naprawą płotu, jakby od tego zależało jego życie.
— Nieźle sobie radzisz, jak na kogoś, kto nigdy wcześniej nie trzymał młotka w ręce — pracownik pochwalił go nieudolnie, wywołując ironiczne parsknięcie.
To bardzo nieudolny komplement. Mam nadzieję, że swojej żonie prawisz lepsze — odparł zaczepnie, wzbudzając rubaszny śmiech. Tym facetom imponował hart ducha i śmiałość, a tych Laurentowi nie brakowało.
Poza tym część z nich pamiętała, że dawniej obracał się w towarzystwie najgorszych mętów z okolicy.
I nie wiedziała o jego preferencjach seksualnych, dlatego traktowali podobne uwagi jak typowo samcze przekomarzanki.
Zupełnie inaczej niż Logan.
Zapadła chwila ciszy, przerywana jedynie uderzeniami młotka i rżeniem koni. W końcu Marco odchrząknął, szykując się do podjęcia trudnej rozmowy.
— Słuchaj, szefie. Ludzie gadają, że chcesz sprzedać ranczo — splunął na bok przez ramię. — Że nawet już był rzeczoznawca. Jeśli tak, to po chuj brudzisz się w błocie? — zapytał z charakterystyczną dla prostych ludzi bezpośredniością.
Trudno sprzedać jest coś, czego się nie zna wartość. Poza tym, jeśli zdecyduję się sprzedać, to z naprawionym płotem ranczo będzie więcej warte — udzielił tej wymijającej i niezbyt satysfakcjonującej odpowiedzi, dostrzegając konsternację na twarzy rozmówcy, ale nie potrafił przyznać się do swoich zamiarów po tym, jak wreszcie ci faceci, chociaż na chwilę przestali patrzeć na niego spod byka.
Spojrzał na oddalonego o kilka kroków Logana, a kiedy pod wieczór ten klepał go w ramię i chwalił, tylko lekko pokręcił głową. Czuł się jak zdrajca. Nie potrafił jednak stwierdzić, czy w tym momencie okłamywał tych ludzi, czy samego siebie.
A może kłamał, kiedy w Toronto ubierał elegancki garnitur i jechał na salę sądową?

Samolubnie zatrzymał Logana w kuchni, ale ten nie mógł bez końca unikać zostania z nim sam na sam. Przecież się na niego nie rzuci. Chociaż w tym kowbojskim stroju robił takie wrażenie, że właściwie niewiele brakowało. Laurent uśmiechnął się z rozbawieniem do tej myśli. W pomieszczeniu unosił się zapach słońca, konia i siana. Jego beztroskiej młodości, od której chciał się odciąć, by wreszcie móc być KIMŚ. Wypił duszkiem pół szklanki wody, opierając się pośladkami o kuchenną szafkę.
Obserwował, jak rosły mężczyzna pochyla się do psa i go głaszcze. Twarz Logana złagodniała, a Laurent rozumiał już, dlaczego ojciec tak bardzo go kochał, choć sam pewnie nigdy nie użyłby tych słów.
Callahan był dobry, solidny, lojalny i niezłomny. Budził zaufanie, a sama jego milcząca obecność dawała poczucie stabilizacji i bezpieczeństwa. Nie potrzebował słów, może dlatego tak rzadko ich używał, podczas gdy Laurent notorycznie się ukrywał za ich zasłoną.
To okropne, jak łatwo mu przyszło mnie porzucić — oznajmił z przesadnym dramatyzmem, podczas gdy Beau wpatrywał się w Logana tak, jakby ten był plasterkiem świeżej szybki, zapominając o całym świecie. — Masz rękę do zwierząt. I do ludzi. Wszyscy traktują twoje słowa jak jakąś wyrocznię.
Laurent tak naprawdę nie był zły, właściwie wcale nie dziwił się psu, który teraz próbował cały wcisnąć się w Logana, by otrzymać więcej pieszczot.
Szybko zrobiłeś jej dzieciaka… to znaczy, że od razu przechodzisz do rzeczy? — zapytał bezczelnie, choć podobna impulsywność nie pasowała mu do wizerunku Logana, ale ludzie zazwyczaj są dużo bardziej skomplikowani, niż wydaje nam się na pierwszy rzut oka. — Więc byłeś zakochany przed nią? Albo po jej śmierci? — odłożył szklankę z niedopitą wodą na blat i poprawił dwa plasterki na swoich palcach, a następnie sięgnął po zostawiony przez Logana kapelusz i wcisnął go sobie na głowę.
Zignorował pytanie o powód tej rozmowy. Wstydził się i nie chciał do niego przyznać. Poza tym wyobrażał sobie, jak surowo Logan oceniłby jego romans. Sam czuł obrzydzenie z powodu swojej głupoty, ale był zauroczony i ślepy na wszystkie sygnały czy dobre rady przyjaciół.

Logan Callahan
ODPOWIEDZ

Wróć do „Ashcroft Ranch”