CZWARTA.
Czego się nie robi z miłości… a raczej, jak śpiewał Charles Bradley,
the things we do for love — miłość zmusza nas do rzeczy, o które sami nigdy byśmy nie podejrzewali, zwłaszcza jeśli w grę wchodzi nasza duma. Na przykład, do cotygodniowych spotkań w gronie najbliższych przyjaciół, co po trzydziestce wpada gdzieś pomiędzy „niemożliwe” a „mniej prawdopodobne niż spotkanie wielkiej stopy”. Oczywiście, fakt, że jeden ze wspomnianych przyjaciół walczy z potworną chorobą i nie ma najmniejszych oporów, by zagrać kartą „mam raka, nie wiesz, ile mi jeszcze zostało!”, zdecydowanie ułatwia podjęcie decyzji, by przyjść — a raczej utrudnia znalezienia wystarczająco dobrej wymówki — bo właśnie… czego się nie robi z miłości.
Eli, który wciąż uparcie zaprzeczał diagnozie swojego najlepszego przyjaciela, choć on sam wydawał się być pogodzony ze swoim losem, mimo wszystko nie potrafił mu odmówić — zgadzał się niemal na wszystko, choć nigdy wprost, nigdy bez typowej dla siebie przekory. Po prostu nie zadawał pytań, nie szukał wymówek, nie tłumaczył się pracą i zbliżającymi się deadline’ami. Zjawiał się zawsze, czasem spóźniony godzinę, czasem bez humoru… ale
z a w s z e. Obecność, powiedzenie kolejnego „tak”, „nie ma sprawy” była jedyną formą troski, na jaką potrafił się zdobyć bez narażania się na emocjonalną dekompresję.
Zaprzeczał wszystkiemu, bo zwyczajnie nie był gotowy, na to co miało, lub jedynie mogło, nadjeść — na stratę, na pożegnanie, jakąkolwiek zmianę stanu, w którym wszyscy mieli swoje stałe miejsca, zupełnie jak przy tym stole, do którego siadali wspólnie… Nie był gotowy. To jedyny powód, dla którego potrafił zignorować fakt, że przy tym samym stole siadała
ona. Widmo przeszłości, przypominające o przyszłości, która nigdy nie nadeszła.
Zwykle zajmował strategiczne miejsce na końcu stołu, jak najdalej, choć nie na tyle daleko, by wyglądało to na celowe. Na tyle, by móc udawać, że jej obecność nie robi mu żadnej różnicy. Ona, oni… to przeszłość.
”Dziękujemy Daisy i Eli za to, że pokazaliście nam czym jest miłość…”
Na litość boską, myślał, gdy przytakiwał tym słowom z uśmiechem, choć zaciśnięte usta zdradzały jego zmieszanie, poczucie niezręczności, które starał się ukryć przechylając kieliszek odrobinę za szybko. Toast wciąż trwał, słowa wypowiedziane pół żartem, pół serio miały rozbawić, podobnie jak wiele innych, były przecież jedynie przyjacielskim przekomarzaniem się, próbą rozładowania napięcia, które towarzyszyło im podczas pierwszych spotkań… niczym więcej. Och, byłby naiwny, gdyby tak myślał.
Zwykle w takich momentach, zupełnie jak teraz, potrzebował wymówki, by na moment wstać od stołu. I gotowy był zaryzykować kolejną lekcję o szkodliwości palenia, zwłaszcza w perspektywie diagnozy najlepszego przyjaciela, która przecież powinna raz na zawsze zamknąć temat papierosów, ale… nie, w tym przypadku chęć wstania od stołu była nawet większa od chęci zapalenia.
Odszedł na bok, by nikomu nie przeszkadzał dym papierosów. Potrzebował chwili, o ironio, oddechu… Jeszcze większą ironią był fakt, że osoba, od której chciał uciec po chwili stanęła tuż obok. Na dźwięk jej głosu, odwrócił się w jej stronę, lecz po chwili odwrócił głowę, pod pretekstem wypuszczenia dymu z ust; w rzeczywistości próbował ukryć nagły ucisk w gardle, zaskoczenie, bynajmniej nie spowodowane wiadomością o ciąży. Przecież nie rozmawiali ze sobą, nie na osobności, nie tak… otwarcie — w końcu sam dokładał starań, by nie być z nią sam na sam dłużej niż kilka minut i miał wrażenie, że nie on jeden.
Pokiwał lekko głową, w odpowiedzi na jej słowa, jakby nagle wszystko nabrało więcej sensu. Nie wiedział, co na to wszystko powinien odpowiedzieć. Gdy jednak odwróciła się w jego stronę, a jej spojrzenie spotkało jego, wiedział, że musi powiedzieć cokolwiek. Za późno na ucieczkę.
—
Myślisz, że tę zasługę też możemy sobie przypisać? — zapytał, uśmiechając się pod nosem, a po chwili przytknął do ust papierosa i zaciągnął się, tym razem mocniej, próbując przywołać obojętność, która zwykle przychodziła mu z taką łatwością, a w tej chwili… cóż, zdaje się, że skutek był wręcz odwrotny. —
Możesz odhaczyć wspomnienie pierwszej randki i wszystkie inne pierwsze razy… — Uniósł wymownie brwi, posyłając jej krótkie spojrzenie. —
Są bardzo wylewni — powiedział, przeciągając słowa, jakby chcąc podkreślić to, że chyba nie do końca zdawali sobie z tego sprawę, ale w końcu byli w gronie najbliższych.
Co u Ciebie słychać? To nie jest trudne pytanie. Rozmowa, zwłaszcza tak zwyczajna, też nie powinna sprawiać mu tyle problemu, a jednak… spojrzał na nią, ale przez dłuższą chwilę nic nie mówił, jakby szukał w głowie odpowiedzi na zadanie pytanie, jakiejkolwiek innej niż „w porządku, co u Ciebie?”. Nie mógłby.
—
Nie zadawaj mi tego pytania. Proszę. — Dodał to „proszę” zupełnie niepotrzebnie. —
Nie musimy tego robić. — Nie musimy, nie chcę, co za różnica?
Daisy Jenkins