Przez moment nie wiedziała nawet, czym oddycha. W płucach miała tylko dym z przypalonej gumy i ciężką, gryzącą woń metalu. Stała pochylona nad nim, a jej oczy nie mogły się skupić - błądziły po jego sylwetce jakby sama nie wiedziała, na co patrzeć najpierw. Na twarz, która co chwilę wykrzywiała się pod naporem bólu. Na kurtkę zdartą o asfalt. Na dłoń zaciśniętą na piersi.
Nogi wciąż miała miękkie, jakby nie dowierzały, że utrzymują ją w pionie. Drżała wewnątrz i na zewnątrz - w dłoniach, które kurczowo zaciskały pasek torebki, w ramionach spiętych do bólu, w samej krtani, która nie chciała przepuścić głosu. Dopiero, kiedy uświadomiła sobie, że on naprawdę się porusza, że żyje, że patrzy, że mówi, tedy kolana ugięły się i padła obok niego, jakby ziemia sama przyciągnęła ją do jego poziomu.
Wyciągnęła dłoń i dotknęła go odruchowo, prawie mechanicznie, tak jak dotyka się kogoś, kogo nie zna, a kogo musi sprawdzić. Najpierw ramienia, gdzie pod materiałem czuła ciepło i napięcie mięśni. Potem zawisła palcami nad jego dłonią, niepewna, czy powinna pozwolić mu poczuć, jak bardzo drży.
-
Nie… - odpowiedziała cicho, ale w jej głosie był inny ciężar niż w jego. To „nie” było przyznaniem, że nie potrafi. -
Nie, nie potrafię prowadzić motocykla. Nigdy… — urwała, bo gardło ścisnęło jej się nagle, jakby zabrakło w nim przestrzeni.
Unosząc wzrok, spróbowała odnaleźć w jego spojrzeniu coś więcej niż dumę i ból. Jej własne oczy były rozszerzone, zbyt jasne na tle cienia ulicy, jakby cały strach, który wcześniej zamarł w bezruchu, teraz szukał dla siebie drogi ucieczki.
-
Mogłabym się nim zająć - dodała pospiesznie, spojrzeniem uciekając na motocykl leżący kilka metrów dalej. Jego masywna sylwetka w świetle latarni wyglądała jak ranione zwierzę, które nie wstanie. -
Ale ty… - wróciła do niego, ostrożnie, prawie z przełknięciem słów. -
Ty nie wyglądasz najlepiej. Lepiej wezwać karetkę.
Ulica wokół nich była cicha, pusta, aż nienaturalna. Latarnie rozciągały długie, drżące cienie, a powietrze było gęste od zapachu asfaltu. Silnik gasł jeszcze w oddali, powoli, jakby świat wciąż nie mógł się zdecydować, czy wrócić do normalności.
Palce Sadie przesunęły się po materiale jego kurtki, nim cofnęła je nagle, jakby bała się, że dotyk rozbije resztki jego siły. Sięgnęła do torebki, gdzie w środku leżał telefon, ciężki i banalny, a jednocześnie jedyna rzecz, która mogła teraz naprawdę pomóc.
-
Pozwól, że zadzwonię. - Jej głos był miękki, niepewny, niemal błagalny. -
Proszę.
Nie czekała na kolejną odmowę. Wydawało jej się, że jeśli pozwoli mu mówić dalej, znajdzie kolejne powody, by zostać tu samemu z bólem, z dumą, z tą cholerną potrzebą samodzielności. A ona nie umiała już tego słuchać.
Sięgnęła po telefon i z trudem odblokowała ekran, bo palce miała lodowate i sztywne od napięcia. Szeptem podała dyspozytorowi nazwę ulicy, opis wypadku, wspomniała o motocyklu i prawdopodobnym złamaniu ręki. Jej głos drżał, ale słowa układały się we właściwą kolejność. Kiedy usłyszała: „zespół jest w drodze”, poczuła, jak w gardle pojawia się twardy supeł, a w oczach szkli się ulga pomieszana ze strachem.
Schowała telefon do torebki i westchnęła cicho. Przez chwilę siedziała obok niego, czując jak serce wciąż wali jej w piersi, jakby nie wiedziało, że najgorsze minęło. Ulica była pusta, latarnie rzucały długie cienie, a motocykl leżał kilka metrów dalej, połyskując złowrogo w świetle. Wyglądał obco, jak echo tego, co mogło się wydarzyć, gdyby zabrakło mu refleksu.
Cisza była nieznośna. Siedzenie obok niego z pustymi dłońmi tylko pogłębiało napięcie, które rwało się w niej jak rozciągnięta do granic struna. W końcu wstała i powoli podeszła do maszyny. W świetle latarni wyglądała jak dziecko w zbyt dużym świecie, ale zaciśnięte usta zdradzały, że nie odpuści. Chwyciła kierownicę obiema rękami, naprężyła ramiona, czując, jak cienka tkanina sukienki klei się do skóry. Motocykl nawet się nie poruszył. Spróbowała jeszcze raz - ciężar przygniatał ją do ziemi, barki zapiekły bólem, ale powoli, z jękiem zawiasów i stukotem metalu, maszyna uniosła się z asfaltu.
Oddychała gwałtownie, czując, jak w gardle zaciska się supeł. Kilka kroków później udało jej się postawić go na stopce, trochę krzywo, ale wystarczająco, by przestał być przeszkodą na środku jezdni. Oparła się na moment o siedzenie, z twarzą ukrytą w cieniu, zanim wróciła do mężczyzny. Jej ramiona wciąż były napięte, a dłonie pachniały kurzem i metalem.
-
Już… - wyszeptała, jakby sama musiała się upewnić, że zrobiła cokolwiek, co miało sens. -
Teraz będzie bezpieczniej.
Czas ciągnął się powoli, ciężki i lepki. Każdy oddech niósł w sobie echo tamtej sekundy, kiedy myślała, że to już koniec. A potem, gdzieś w oddali, zamigotały niebiesko-czerwone światła, coraz wyraźniej przebijając się przez ciemność miasta.
Abe Davenport