—
Kelly... — powtórzyła zamyślona, powoli, próbując ustalić, czy aby na pewno brzmiało to
właściwie. —
A nie było tam jakiegoś n? Kenny? Jak Kennedy? — zaczęła zastanawiać się na głos, zaaferowana co najmniej tak, jakby jej prawdziwe imię było im do czegokolwiek potrzebne. To nic, że jej zaangażowanie w temat trwało mniej-więcej tyle, ile przyjacielowi zajęło dokończenie zdania, a zapomniała o nim jeszcze szybciej, niż o imieniu dziewczyny Bryce'a. —
ŻABCIU — stęknęła głośno zanim zachichotała, rozbawiona tym zwrotem pewnie trochę bardziej niż powinna.
Absolutnie rozumiała genezę tych cukierkowych przezwisk, ale nie wyobrażała sobie w podobny sposób mówić do swojej drugiej połówki, nie mówiąc o tym, że podobne zwroty brzmiałyby komicznie (jak nie idiotycznie) obok standardowego niewybrednego słownictwa Indie. Nigdy nawet nie przemknęło jej przez myśl, jak absurdalne były niektóre z tych słów, ale nie potrzebowała dużo czasu na namysł i natychmiast zgodziła się z obserwacją Lucasa.
—
Nie, czekaj, bo totalnie masz rację — potwierdziła od razu, z pasją kiwając głową w wyrazie swojej pełnej i całkowitej zgody. —
No bo czemu akurat żabcia? Co to niby znaczy, co? — spytała go bezpośrednio jakby szczerze oczekiwała, że miał te dywagacje w jej imieniu rozwiązać. Nie miała okazji usłyszeć potencjalnej odpowiedzi, bo tradycyjnie rozpędzony umysł zaraz pognał do kolejnej, pierwszej lepszej myśli. —
Ej, a wiedziałeś, że są żaby, które krzyczą? — rzuciła bez zastanowienia, podekscytowana możliwością podzielenia się swoją zupełnie bezużyteczną wiedzą. —
I nie dość, że potrafią się drzeć, to jeszcze nazwy mają zajebiste. Jest żaba rycząca, żaba śmieszka, żaba zwinka... — zaczęła wyliczać beztroskim tonem, a przerwała sobie tylko dlatego, że nie miała jeszcze okazji wystarczająco dobitnie wyrazić, jak durne były według niej nawet te bardziej powszechne zdrobnienia, więc czuła się zobowiązana, aby w tym celu wrócić do tematu.
Skupiona na rozmowie i bardzo zajęta tymi szalenie poważnymi rozkminami, spojrzenie miała bezmyślnie utkwione w podmywanym przez łagodne fale brzegu jeziora, ale nie było żadnych wątpliwości co do tego, że wciąż słuchała uważnie, bo kolejne słowa Lucasa skwitowała natychmiastowym, rozbawionym chrząknięciem. Z ust już miało wypaść kolejne kilka przykładów, które chciała dołączyć do jego listy, z
tygrysku i
misiu na czele, ale zanim zdążyła podzielić się swoimi typami do rankingu najgłupszych przezwisk, znów zgubiła wątek, tym razem trochę inaczej niż dotąd.
Różnica była taka, że tym razem wina wcale nie leżała po stronie jej chaotycznej natury. Nie wynikało to z tego, że nagle zstąpiła na nią nowa, bardziej ekscytująca myśl; powodem nie był też jej przeważnie krótki zakres uwagi, bo ostatnie kilka minut spędziła akurat względnie skoncentrowana. Z rytmu tak skutecznie wybił ją niespodziewany dotyk — gapiąc się w mokry piasek w zamyśleniu, w ogóle nie zarejestrowała wyciąganych w jej kierunku dłoni, a chociaż ani trochę nie spodziewała się ich na swojej twarzy, nawet nie drgnęła, gdy znalazły sobie na niej miejsce. Poza tym, w teorii nie istniał żaden powód, dla którego miałaby drgnąć, bo takie i podobne gesty w przypadku ich dwójki były na porządku dziennym. W teorii.
W praktyce było... dziwnie? Oficjalnie wszystko było w porządku, niezmienne, wręcz dobre, ale z jakiejś przyczyny Indie spędziła co najmniej kilka ostatnich
tygodni męczona trudnym do odparcia poczuciem, że może jednak
coś było inaczej niż zazwyczaj. Nie stało się zupełnie nic, w związku z czym musiała założyć, że po prostu sobie wymyślała i było jej z tym poczuciem trochę, kurwa, niewygodnie, bo zaczynało wbrew jej woli rzutować na rzeczywistość. Może to właśnie dlatego spojrzenie wymknęło się spod kontroli i odrobinę zbyt gwałtownie przeniosło się na twarz Lucasa, a potem zdradziło ją podwójnie, kiedy zamiast spojrzeć mu w oczy odwróciła je równie niespokojnie. Liczyła, że był to łatwy do przegapienia detal, do czego sama dołożyła się między innymi tym, że po prostu kontynuowała, nie zatrzymując się nawet na sekundę.
—
Kurwa, tylko nie DZIUBEŃKU — zaoponowała stanowczo z zdegustowanym wyrazem twarzy. Z każdym słowem krzywiła się tylko bardziej i bardziej, choć na jej twarzy niezmiennie widniał również uśmiech. —
Weź, bo się zaraz porzygam przecież — jęknęła dramatycznie, przy okazji machając ręką jakby go odganiała. W międzyczasie jej wzrok zaczął błądzić po powierzchni koca w poszukiwaniu rzuconej gdzieś paczki petów. Nie pamiętała, czy wcześniej należały do niej, czy do Lucasa, ale realnie nie miało to większego znaczenia, bo przeważnie i tak kończyło się na tym, że paczki stawały się komunalne. —
Ty, pysiulku misiulku, nie masz czasem pod dupą naszych fajek? Bo się rozjebałeś jak Zeus na Olimpie i teraz nigdzie ich nie widzę — poskarżyła się Millerowi z niezadowoloną miną, po czym doszła do wniosku, że po prostu trzeba było wziąć sprawy w swoje ręce, więc zaraz sama zaczęła go bezczelnie pchać na bok, a co. Przecież logiczne, że skoro miał tupet nie zareagować natychmiast, to należało mu w tym pomóc, albo lepiej, wyręczyć. Jedyny kłopot był taki, że przy jej gabarytach ciężko było rzeczywiście cokolwiek zdziałać, ale nie wyglądało na to, żeby miała z tego powodu sobie darować.
Lucas Miller