Barney prychnął pod nosem na wzmiankę o tym, że doktor Miller nawet przez ułamek sekundy nie potrafiła wytrzymać bez papierosa. Jakim cudem w ogóle mogła palić przy takich widokach? Podejrzewał, że gdyby miała przy sobie kanapkę, ostentacyjnie zaczęłaby ją jeść nad wypatroszonymi zwłokami. To było obrzydliwe. Imponujące, ale obrzydliwe.
—
Długo jej się schodzi — zauważył, bo technicy już dawno zdołali zabezpieczyć teren. —
Ona tak kopci na zapas? Boi się, że ktoś jej podjebie te szlugi? Zaraz deszcz zmyje wszystkie ślady — mruknął z dezaprobatą, naciągając mocniej kaptur na głowę, po czym odwrócił się w kierunku, z którego dobiegł przerażony roztrzęsiony głos. To Christopher Flynn, młoda krew z posterunku w Brantford.
—
Pani detektyw — powtórzył funkcjonariusz, a ta przebieżka przez błoto sprawiła, że sapnął głośno i pochylił się, podpierając ręce o kolana. —
Doktor Miller...
—
Co doktor Miller? — Smith wszedł mu wpół zdania, ale Flynn dyszał ciężko, próbując złapać oddech. —
Na litość boską, wysłów się, człowieku! — ponaglił go, może trochę zbyt ostro, bo chłopaczyna wzdrygnął się niekontrolowanie. Przynajmniej w końcu wyprostował się i zdołał na nich spojrzeć. A w tym spojrzeniu malowało się szczere przerażenie.
—
Widziałem, jak paliła przy samochodzie, a potem... Zniknęła.
—
Co ty bredzisz, jak to zniknęła? Przebranżowiła się na magika? — mruknął pod nosem Smith w przekonaniu, że Chrisowi coś się mocno pomieszało.
—
Była i jej nie ma. Widziałem odjeżdżające auto na rejestracjach Ontario. Pognał w lewo, jakby w stronę Toronto — wyjaśnił, ale ani Smith, ani tym bardziej Swanson już go nie słuchali.
Oboje rzucili się pędem przez błoto w miejsce, gdzie ostatnio widziana była Miller. Drzwi od samochodu otwarte, w kałuży mokry, praktycznie niedopalony papieros, a obok dopiero co napoczęta paczka.
—
Ja pierdolę — warknął Barney i kiedy zaczął przeczesywać zarośla, kątem oka zerkał na detektyw Swanson, która próbowała dodzwonić się do narzeczonej, co chwilę ponawiając połączenie, jednak telefon koronerki musiał być wyłączony. —
Co robimy? — popatrzył na nią, podnosząc wysoko nogi, żeby nie utknąć w gąszczu. —
Swanson, co robimy? — powtórzył, po czym podszedł bliżej i chwycił ją za ramię, zmuszając, żeby na niego spojrzała. —
Tylko nie panikuj, dobra? — poprosił, mimo własnych złych przeczuć.
W pomieszczeniu panowała ciemność. Definitywnie bolała ją głowa. Wyciągnęła prawą rękę, którą ledwo mogła dostrzec we wszechobecnym mroku i położyła ją sobie na czole. Przez chwilę wydawało jej się, że czuje pod kciukiem lekkie wgniecenie przy skroni, ale kiedy znów przejechał po niej palcami, czaszka była równa i twarda.
Gdzieś jestem. Gdzie jestem?
Była w pozycji horyzontalnej i leżała na czymś, co było twarde i zimne. Jak daleko było od ziemi – mogła jedynie zgadywać. Następnie uniosła lekko głowę, żeby rozejrzeć się po swoim otoczeniu. Z jego lewej padała smuga światła, dzięki której zdołał ocenić, że znajdował się w pomieszczeniu o kształcie prostokątnym, pełnym bliżej nieokreślonych mebli i przedmiotów. Innym niż tamto. Garaż?
Wzrok Zaylee padł włącznik światła znajdujący się na ścianie. Zdecydowawszy, że światło rozwieje wiele wątpliwości, ostrożnie przerzuciła jedną nogę przez swoje zimne i twarde legowisko, wymacał stopą równie zimne podłoże, po czym stanęła niepewnie na obu nogach, ale ból biodra od razu dał o sobie znać.
—
Kurwa — jęknęła, przenosząc ciężar ciała na drugą nogę. —
Kurwa — powtórzyła cicho. Nagle zdała sobie sprawę, że była bosa. Miała na sobie koszulę i spodnie, ale nie miała butów.
Dobrnęła do przeciwległej ściany i pstryknęła włącznik, ale nic się nie wydarzyło. Zmrużyła oczy i odczekał chwilę, aż jej wzrok przyzwyczai się do panujących ciemności, a gdy już rzeczywiście zaczęła widzieć jakieś kontury, to jej podejrzenia tylko się potwierdziły. Były w jakimś garażu. Świadczyły o tym ustawione pod jedną ścianą stare opony, zapach benzyny i metalowy stół z narzędziami, na którym wcześniej leżała.
—
No dalej, myśl — ściągnęła brwi, czego od razu pożałowało, bo w głowie aż jej huczało. —
Jesteś na szrocie. Na jebanym szrocie, gdzie zaleziono ciało topielca z rzeki Humber — przytaknęła, dodając sobie otuchy.
Wzięła głęboki oddech. Dobrze. Evina to rozgryzie. Na pewno. Znajdzie jej ciało. To tylko kwestia czasu.
Wzdrygnęła się, kiedy do jej uszu dotarł bliżej niezidentyfikowany dźwięk. Zgrzyt metalowych drzwi. Mężczyzna, który wszedł do środka, wpuścił smugę światła i Zaylee zdążyła dostrzec w oddali wraki samochodów. Czyli faktycznie szrot.
—
No i co, suko? — zapytał, podchodząc do niej szybkim krokiem. —
Myślałaś, że jesteś taka cwana? Że mnie schwytacie, zanim ja dopadnę ciebie? A taka bystra zawsze byłaś, najmądrzejsza na roku — warknął jej prosto w twarz. Miller wyczuła z jego ust alkohol.
—
Co? — wyrwało jej się, ale w odpowiedzi napastnik złapał ją za materiał koszuli i cisnął o ścianę, a Zaylee poleciała niczym szmaciana lalka.
Evina J. Swanson