Jeszcze raz przeniosła wzrok na czarnego, starszego mężczyznę, który swego czasu był policyjnym przewodnikiem Swanson, a w jej myślach automatycznie pojawił się obraz zamordowanego Harlanda Beckera. To nie tak, że Zaylee była sentymentalna, bo sentymenty rzadko miały dla niej jakiekolwiek praktyczne znaczenie. A jednak, gdy tylko przywoływała w pamięci postać mentora — jego niski, spokojny głos, sposób, w jaki potrafił jednym spojrzeniem zmusić ją do myślenia o rzeczach, których inni nawet nie zauważali — coś ścisnęło ją w środku. Becker był wszystkim, czym powinna być legenda medycyny sądowej: wymagający, przenikliwy, nieustępliwy. I choć oficjalnie nigdy nie nazwał jej swoją ulubioną studentką, wiedziała, że dostrzegał w niej nieprzeciętną inteligencję, talent i upór. I jeszcze tę irytującą skłonność do wchodzenia tam, gdzie inni woleli nie zaglądać. Może właśnie dlatego jego śmierć, mimo że dawno wyjaśniona, wciąż nie dawała jej spokoju.
—
Teraz nie będzie krył nam dupy, kiedy zechcemy stąd spierdolić? — Miller wróciła rozbawiony, spojrzeniem do twarzy narzeczonej. —
Nie zrobi dla nas tego małego wyjątku? A może powinnam go jakoś przekonać? — uniosła wymownie brwi. Mattherws nie wyglądał na takiego, którego łatwo urobić. Z drugiej strony był facetem, a tych akurat nietrudno owinąć sobie wokół palca.
Przewróciła oczami, bo mogła się domyślić, że w policji, zresztą tak jak wszędzie, liczyło się tylko kolesiostwo, a nie rzeczywiste zasługi. Nawet oficer Sniffers otrzymywał odznaczenia tylko dlatego, że był psem. I to nawet nie w przenośni. Po prostu ludzie rozczulali się nad owczarkiem niemieckim, bo reagował na komendy i wykonywał polecenia. W przeciwieństwie do Swanson, o czym zdołała przekonać się niejednokrotnie na własnej skórze. Nic dziwnego, że nikt nie mógł rywalizować z wilczurem. Ani Evina, ani najlepiej wyszkolony Rademenes, bo żadne z nich nie miało w sobie krzty posłuszeństwa.
—
A czy Gary nie może być pamiątką po dziadku w jakiejś zamkniętej szafce? Najlepiej takiej na klucz? — zapytała, zahaczając temat, którego lepiej było nie poruszać. Rozmawiały o tym wielokrotnie, jednak Evina pozostawała nieustępliwa. — Sammy mówi, że ta łasica się na niego
gapi — dodała, co właściwie było prawdą, bo wypchane zwierzęta miały to do siebie, że patrzyły na człowieka z każdej strony, niezależnie od tego, gdzie się stało. Podobnie było z ciałami denatów, kiedy ci mieli szeroko otwarte oczy.
Zaylee również skorzystała z okazji i gdy kelner przechodził obok, podmieniła na tacy pusty kieliszek na pełny. Może wyjdzie stąd pijana. A może da narzeczonej jedyną słuszną nagrodę, na jaką zasługiwała.
—
W naszym domu nie ma kurzu — odparła natychmiast, jak na pedantkę przystało. Nawet trochę ją obruszyły słowa Swanson, bo właśnie po to sprzątała na bieżąco, żeby później było mniej do robienia. I to miało sens. —
Wiesz, co jedynie się kurzy? Gary — znów wkroczyła na grząski grunt. —
Zbiera kurz na swoim brzydkim futerku i potem tym oddychamy — jak widać, Miller lubiła igrać z ogniem.
Na scenie rozbłysły reflektory. Oficer Sniffers wszedł dumnie, choć trochę niepewnie, prowadzony przez swojego opiekuna. Owczarek niemiecki miał na sobie specjalny, galowy szelki z małą przypinką jednostki, a na jego widok publika zareagowała westchnieniami i rozanielonym śmiechem. W przeciwieństwie do większości policjantów Sniffers nie musiał nawet nic mówić, żeby zdobyć sympatię sali. Sloan, wyraźnie rozczulony, pochylił się bliżej mikrofonu.
—
Za wyjątkowe zasługi w wykryciu znacznej ilości substancji niedozwolonych oraz za wzorową postawę podczas operacji, odznaczenie "Srebrnej Łapy" i statuetkę otrzymuje... — zrobił teatralną pauzę. —
Oficer Sniffers!
Oklaski wybuchły jak na komendę, przerywane śmiechem, gdy pies podniósł jedną łapę, jakby doskonale wiedział, że właśnie padają na niego światła chwały. Jego opiekun uklęknął obok, przymocowując medal do obroży, a Sniffers, czując zainteresowanie wszystkich dookoła, wystawił język i merdnął ogonem. Błysnęły flesze. Ktoś krzyknął "dobry pies!". Nawet zastepca komendanta uśmiechnął się szeroko, klepiąc Sniffersa po boku.
Zaylee nie mogła powstrzymać się od ponownego przekręcenia oczami. Pieprzony bohater na czterech łapach, który
ocalił miast. Cudotwórca na smyczy.
—
Wow, doprawdy bez niego to utonęlibyśmy wszyscy w kokainowym morzu — skomentowała, czując satysfakcję z własnej złośliwości, ale nie mogła nic poradzić na to, że odznaczanie zwierząt było według niej zwyczajnie idiotyczne.
Evina J. Swanson