Ruby poprawiła się w fotelu, pozwalając plecom zanurzyć się odrobinę głębiej w miękkiej tapicerce. Materiał pod nią uginał się sprężyście, typowo „ikeowy” tani, przyjemny, praktyczny.. dokładnie taki jak większość rzeczy, które ją tu przyciągały. Mimo to pulsujący ból w ramieniu przypominał jej o sobie przy każdym najmniejszym ruchu, więc komfort mebla nie miał szansy całkowicie jej uspokoić. W powietrzu unosiła się charakterystyczna mieszanina zapachów: drzewa z działu ogrodowego, świeżo rozpakowanych pudeł i migoczących w tle waniliowych świeczek, które ktoś obok właśnie testował. W tle słychać było przytłumiony gwar, skrzypiące kółka wózków, chrobot kartonów przesuwanych po podłodze, dziecięcy śmiech odbijający się echem od wystawionych na pokaz kuchennych blatów.
Słuchała Erica uważnie, a gdy patrzyła na niego kątem oka, zauważała, jak jego twarz rozjaśniała się przy każdym wspomnieniu. To było… zaskakująco urocze. On przechodził od troski do śmiechu z taką naturalnością, jakby jego emocje miały przed sobą prostą ścieżkę, nieplączącą się jak kablowisko za jej biurkiem w laboratorium. Ruby nie potrafiła tak. Ona przeżywała wszystko wewnętrznie, po cichu, często za długo. Dlatego zastanowiła się, czy ta jego lekkość była wrodzona, czy zdobyta w wyniku życia bardziej towarzyskiego, bardziej „normalnego”, niż jej własne tunelowe istnienie ograniczone do pracy i czterech ścian.
–
Przyjechałam autobusem-powiedziała, starając się brzmieć neutralnie, choć rezygnacja lekko wcisnęła się w głos. –
Mój samochód stoi w garażu, bo wymaga drobnej naprawy.-„Drobnej.” Oczywiście. Drobnej, czyli takiej, którą ignorowała przez dwa miesiące, bo zawsze pojawiało się coś pilniejszego. Typowe dla niej. Mogła bez problemu przeprowadzić złożony proces syntezy w laboratorium, ale wymiana jednego elementu w samochodzie stanowiła dla niej barierę nie do przeskoczenia. Kiedyś naprawdę powinnam dorosnąć, pomyślała z lekką autoironią.
Gdy Eric opowiadał o swojej mamie i jej regularnych wyprawach do Ikei, Ruby przyłapała się na tym, że uśmiecha się szerzej niż zwykle. Łatwo było wyobrazić sobie jego jako zagubionego chłopca między wystrojonymi kuchniami a ogromnymi łóżkami przykrytymi błękitnymi narzutami. Ikea miała w sobie coś labiryntowego, coś, co zamieniało dorosłych w dzieci i dzieci… w jeszcze bardziej nieprzewidywalne dzieci.
–
Wyobrażam sobie – przyznała. –
Tu łatwo się zgubić. Nawet dorosłym.- O tak. Ona sama potrafiła zgubić się wszędzie. Kiedyś przeszła o jedno piętro za daleko w swoim biurowcu i spędziła dziesięć minut udając, że absolutnie nie jest zagubiona, podczas gdy desperacko szukała schodów.
Gdy wspomniał o elektronice, jej brew powędrowała w górę z rozbawieniem.
–
Elektronika jest przewidywalna. – Lubiła to zdanie, choć dopiero co je wymyśliła. –
Meble już mniej. Te ich instrukcje z ludzikami wyglądają jak zagadki, które ktoś wymyślił po trzech nieprzespanych nocach. - Od razu wyobraziła sobie Erica składającego regał KALLAX. On, ten duży, wysoki chłopak, siedzący na podłodze wśród drewnianych paneli, próbujący zrozumieć, czemu jeden element wygląda identycznie jak drugi, ale jednak pasuje tylko z jednej strony. Ta myśl była zaskakująco ciepła, niemal intymna. Aż musiała powstrzymać uśmiech.
Kiedy parsknęła na pytanie o rubiny, jej ramiona rozluźniły się, jakby ten krótki dźwięk uwolnił nieco napięcia.
–
Mam bransoletkę z czerwonym kamykiem – wyjaśniła. –
Ale nie wiem, czy to rubin. Imię dostałam nie z powodu biżuterii, tylko dlatego, że po urodzeniu podobno wyglądałam jak burak. – Westchnęła teatralnie. –
Mój tata uważał, że to urocze.-burknęła trochę pod nosem.
Zdecydowanie nie uważała. Ruby zawsze brzmiało jej jak imię kogoś o wiele bardziej stanowczego, pewnego siebie i promiennego niż ona sama. Imię kogoś, kto śmiał się głośno, kto potrafił przyciągać ludzi. Ona była bardziej jak przytłumiona wersja rubinu, jak kamień schowany na dnie szuflady.
Kiedy Eric zapytał o ból, Ruby powoli dotknęła ramienia, marszcząc brwi mimo prób zachowania obojętności.
–
Boli, ale… da się przeżyć – odparła. –
Szpital nie jest opcją. Jeśli mój brat tam jest, to z nas dwóch tylko jedno wyjdzie bez krzyków, i to nie będę ja.-westchnęła na samą myśl co by ich spotkało.
Wyobraziła sobie Michaela, jak podchodzi do Erica, patrzy na niego tym swoim spojrzeniem, które mogło zamrozić wrzątek, i zaczyna monolog o odpowiedzialności. Nie, dzięki.
Patrzyła na chłopaka odrobinę dłużej, niż powinna. Z każdym kolejnym słowem utwierdzała się w przekonaniu, że Eric był… inny. „Solidny” to było pierwsze słowo, które przyszło jej na myśl. Może też trochę łobuzerski, ale w ten spokojny, niewymuszony sposób. Pachniał przyjemnie, ciepło. I wyglądał na kogoś, kto nawet w sklepie z meblami potrafił być troskliwy.
To było nowe. I dziwnie ekscytujące.
–
Doceniam to, że pytasz – powiedziała, głos miała łagodniejszy, bardziej miękki.–
Nie musiałeś...-dodała.
Zastanawiała się, czy to spotkanie powinno być tylko przypadkiem. Czy to mogło być czymś więcej. A może była po prostu przewrażliwiona, bo od dawna nie miała okazji rozmawiać z kimś tak otwarcie.
–
A ty? – zapytała nieco ciszej. –
Jak ty się czujesz po tym… całym zajściu?
W tej chwili zrozumiała, że naprawdę chciała znać odpowiedź. Nie dlatego, że wypadało, ale dlatego, że jego samopoczucie zaczęło mieć dla niej zaskakująco duże znaczenie.
Eric Stones