It is what it is.
Dobra - już zostaw całą butelkę, bo i tak dopiero się rozkręcam.
Wiesz, Mike to jest ten typ osoby, którą na początku łatwo źle odczytać.
W pracy wygląda jak ktoś, kto urodził się z checklistą w ręce. Wchodzi na calla, kamera włączona, tło ogarnięte, ton opanowany. „Dobra, co się pali i kto potrzebuje gaśnicy?” Ludzie ją lubią, bo jest niezawodna. I ludzie się do niej przyklejają, bo jak ona mówi „spokojnie”, to naprawdę robi się spokojniej.
A pod spodem masz upartą jak osioł introwertyczkę która uważa, że samotność jest po prostu… bezpieczniejsza. Bo ludzie potrafią zranić w miejscach, których nawet nie umiesz potem nazwać. A samotność przynajmniej nie robi ci emocjonalnych podjazdów, nie przysięga, a potem nie ciągnie cię za gardło, kiedy się odwrócisz.
Musisz też pamiętać, że ona nie jest twoim stereotypowy introwertykiem. Oh nie. Nie wpadłbym na to, żeby nazwać ją nieśmiałą, wycofaną czy cichą. Pff. Smarkula odszczeka się niejednemu, oj wiem coś o tym. Nie ma oporów, żeby wykłócać się o swoje racje, założyć się o coś głupiego czy podjąć się radykalnych kroków tylko po to, żeby sobie coś udowodnić.
A poza tym, jej start był… nazwijmy to „wychowawczo skuteczny”, dość klasyczny dla historii, które kończą się „a potem nauczyła się polegać na sobie”. Jedynaczka, rodzice rozstali się wcześnie.
Ojciec, Kanadyjczyk, po rozwodzie praktycznie zniknął. I Mike nauczyła się żyć tak, jakby go nie było. A potem, niedawno, umarł i wrócił w najbardziej romantycznej formie świata: papierologia, klucze, spadek. Jakieś mieszkanie w Toronto, trochę gotówki, dokumenty. Żadnych wielkich rozmów na koniec. Żadnego domknięcia.
Matka? Rodowita Francuzka. Surowa do bólu z tym ostrym typem miłości, który bardziej przypomina rachunek do zapłacenia. Taki typ osoby, która potrafi powiedzieć dziecku, że „zrujnowało jej karierę”, bo w ogóle się urodziło. I powiedzieć to bez tej jednej sekundy wahania, która zdradzałoby, że może jednak przesadziła. Mike zwykle opowiada o tym jak o pogodzie – krótko, sucho, bez melodramatu.
Więc Mike zrobiła to, co robią ludzie, którzy nie chcą być niczyim problemem: przestała prosić. Przestała oczekiwać.
Nie wiem, gdzieś chyba około 20-21 roku życia kontakt z matką się rozmył – nie spektakularnie, bez wielkiego dramatu. Po prostu konflikt po konflikcie, mniej powodów, żeby zadzwonić, aż w którymś momencie robi się ciszej… i cisza zostaje. Mike by to opisała jednym wzruszeniem ramion i zdaniem w stylu: „tak wyszło”.
A potem ten nieszczęsny związek na studiach. Ten jedyny, w którym naprawdę się otworzyła, taka historia, w której myślisz: „okej, może jednak można”.I dostała w zamian zdradę plus emocjonalny szantaż – taki typ relacji, gdzie człowiek zaczyna wątpić, czy jego uczucia w ogóle mają sens. Mike wyciągnęła z tego wniosek prosty jak śrubokręt: zaufanie kosztuje. I nie ma zwrotów.
Toronto? To nie jest romantyczna przeprowadzka „za marzeniem”. To jest przeprowadzka „za resetem”. Mieszkanie po ojcu i trochę gotówki dało jej miękkie lądowanie, ale nie złudzenia. Ojciec nie wróci – zresztą nie żeby miała nagle powody za nim tęsknić – ale papierologia po śmierci to wcale nie jest katharsis. To jest logistyka żałoby.
I tu wchodzi jej filozofia, cała na czarno-biało: bo „life is brutal”, więc trzeba umieć działać. Nikt za ciebie nic nie zrobi. Więc Mike wychodzi ze swojej introwertycznej strefy komfortu, kiedy musi, bo ma w sobie ten upór, ma tam jakieś swoje ambicje. Po prostu tylko jej pewność siebie to w dużej mierze kostium. Dobrze skrojony, noszony codziennie, trochę już obcierający.
Po pracy wraca do siebie. Dosłownie i w przenośni. Wskoczy w dres, włączy muzykę, uszyje coś późno w nocy, pójdzie na wspinaczkę i mooooże – może – czasami uda się komuś namówić ją, żeby wyskoczyć gdzieś na drinka.
Mike nie jest smutną bohaterką, która czeka, żeby ktoś ją uratował. Nie uważa, żeby miała jakieś smutne, ciężkie życie. Inni mają gorzej. Jest raczej kimś, kto nauczył się, że czasami może być źle, wypłacze się i wstanie. I idzie, idzie dalej. Bez większych marzeń. Czasem samotnie. Czasem wkurzona. Czasem ze śmiesznym francuskim akcentem, który wraca, kiedy jest zmęczona albo zdenerwowana.
I wiesz co? To jest w niej najlepsze i najgorsze jednocześnie. Bo ona naprawdę potrafi przetrwać wiele. Tylko że czasem myli przetrwanie z życiem. I to jest ta jej najgłupsza, najbardziej ludzka sprzeczność.
Ciekawostki
■
Zawsze coś ma „na wszelki wypadek”. Plaster, gumka do włosów, mały śrubokręt, zapalniczka mimo że nie pali. Mike nie wierzy w „jakoś to będzie”. Mike wierzy w przygotowanie.
■
Czułość w praktyce. Jej wersja „dbam o ciebie” to: dopilnowałam, ugotowałam, pamiętałam.
■
Znika także online. Potrafi nie odpisać długo, a potem w pięć minut ogarnąć trzy rzeczy i znowu zniknąć. To nie gra, to zasoby.
■
Skanuje wyjścia. W kawiarni wybierze stolik, z którego widać drzwi. Na imprezie zawsze znajdzie mniej zatłoczony kącik. Nawyk, nie manifest.
■
Totalne „no touch”: gardło. Jeśli ktoś chwyci ją za szyję albo choćby położy dłoń na gardle, Mike momentalnie ma wrażenie, że nie może oddychać. Zero negocjacji, szybka panika, krok w tył – i nagle robi się bardzo poważnie.
■
Akcent wraca jak bumerang, gdy jest zmęczona albo wkurzona. Nagle wszystko brzmi ostrzej i bardziej „Lyon” niż „Toronto”.
Dlaczego „Mike”? Ah, to taki nasz żarcik.