bo nie schowałeś hotelowych ręczników Clyde.
Nieważne. Ważne było to, że Clyde chodził sobie po tym pokoju w DRESACH. A dresy jak wiadomo to jest strój podomowy, więc to mógł być jego dom. Jego i małego Moto, który rzucił się w kierunku Peach, kiedy tylko weszła do środka, kiedy usłyszał jej słodki głosik.
Ten słodki głosik, który w głowie Welcha wiercił jakąś dziurę, bo dla niego był za piskliwy i trochę nawet wkurzający. Ale zważając na fakt, że przez ostatnie kilka tygodni rozmawiał z nią tylko na kamerkach, to był nawet zadowolony. Posłał jej firmowy uśmiech numer cztery, taki, który posyła się swojej dziewczynie, kiedy ona wraca z Bali, bo jej interes nie wyszedł i jest trochę załamana. Więc było w nim coś pokrzepiającego, ale też coś takiego, że wreszcie się spotykamy i jesteśmy razem. Czyli Bali się zjebało, ale i tak jest fajnie, bo jesteś obok. To nie był jeszcze wyćwiczony uśmiech, bo właściwie wyciągał go po raz pierwszy w życiu, ale wyszedł mu całkiem nieźle. Do tego jeszcze te niebieskie oczy wpatrzone w nią jak w najpiękniejszy obrazek. Musiała być usatysfakcjonowana, chociażby troszeczkę.
- Peach, ale się cieszę, że jesteś - bardzo się cieszył. Tak naprawdę to wcale, ale dobrze udawał. Całkiem ładnie mu to wyszło, jakieś przytulenie jej, jakby ta rozłąka trwała wieczność, buziak, dobra, dwa, bo jego usta tak były jej spragnione, że nie mógł się powstrzymać, prawda? Później jeszcze przesunął palcami po jej ślicznej buzi odgarniając z niej czarne kosmyki, czule, i z tym spojrzeniem zakochanego kundla utkwionym w jej oczach.
- Jak ci minęła podróż? - jeszcze pytanie pełne troski, i troskliwe myzianie kciukiem po karku, kiedy wciąż ją jeszcze trzymał przy sobie. Wystarczy? Zrobi mu w końcu ten przelew? W ogóle miała jeszcze te pieniądze, skoro Bali jej nie wypaliło? Jakiś wyciąg z konta by się przydał. Mogła nosić coś takiego w torebce?
Pewnie nie nosiła.
Zapadła ta niezręczna chwila ciszy, taka, która zapada między ludźmi, którzy wcale nie są dla siebie stworzeni. NIEZRĘCZNA.
Ale całe szczęście rozładował ją mały
- Siad - rzucił Welch, ale pies go oczywiście nie posłuchał. Nigdy go nie słuchał. Był rozpieszczony jak diabli, gryzł i warczał, trzeba było go na spacery wynosić, bo zapierał się tymi małymi, lisimi łapkami w progu. A jedynie smaczkiem w kształcie kostki o smaku łososia można go było do czegoś zmusić. Chociaż i tak nie zawsze. To były ciężkie tygodnie, nie wiadomo czy bardziej dla cwaniaka Clyde'a, czy dla małego Moto.
Peach J. Pepper