48 y/o
CHRISTMASSY
168 cm
detektywka wydziału zabójstw w Toronto Police Service
Awatar użytkownika
She was sweet like honey
But all I can taste is
The blood in my mouth
And the bitterness in goodbyе
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Mijały już trzy dni.
Trzy dni odkąd znajdowała się w niewielkiej chatce pośrodku lasu, symulując ucieczkę przed mordercą, który chciał ją dopaść. Wiedziała, że najpewniej Blythe wcześniej czy prędzej ją wytropi. Miała też takie przeświadczenie, że mógł spodziewać się zasadzki i dlatego dla bezpieczeństwa odczeka nieco nim zdecyduje się na podjęcie jakiegoś kroku.
Smith z tego co wiedziała obozował kawałek dalej w swoim aucie terenowym. Zastrzegła od razu, aby nie znajdował się zbyt blisko, bo to mogłoby odstraszyć ich cel. Oczywiście usłyszała w odpowiedzi słowa protestu, bo już sam nadinspektor czuł się niekomfortowo pozostając w znacznej odległości od miejsca przebywania Swanson, ale zdawał sobie sprawę, że miała w tej kwestii rację. Nie mogli pozwolić sobie na żadne wpadki.
Nie rozstawała się z bronią na krok. Zawsze miała ją przy sobie. Nawet jeśli spała to musiała ją mieć tuż obok siebie. Zresztą trudno było to nazwać snem. Bardziej było to przestawienie w stan czuwania i drzemki, które pozwalały na zregenerowanie sił. Wiedziała, że wiecznie ten stan nie może się utrzymywać, bo w końcu oszaleje od wytężania zmysłów na każdy najmniejszy bodziec dochodzący z zewnątrz.
Jak do tej pory wszelkie alarmujące dźwięki były sprawką dzikich zwierząt, które próbowały dostać się do środka w poszukiwaniu prowiantu lub schronienia przed zimnem. Często nawet nie zgłaszała tego stacjonującym, aby nie wzbudzać niepotrzebnej paniki. Starała się nie utrzymywać z nimi większego kontaktu na wypadek, gdyby Blythe ją obserwował i zauważył jakąś podejrzaną aktywność. Starała się zachowywać dosyć naturalnie. Tak jakby znajdowała się na faktycznym wygnaniu, wpędzona w paranoję, a nie analizująca szczegóły zasadzki.
Siedziała w ciszy. Właśnie kończyła konserwację starego sztucera, którego jej dziadek używał do polowań. Nie dość, że znalazła dla siebie jakieś zajęcie, aby pozbyć się nudy to dodatkowo jeszcze mogła zdobyć kolejną sztukę broni, która mogłaby jej posłużyć w przypadku ataku Blythe'a. Dwie pieczenie na jednym ogniu.
Zamek szczęknął cicho, gdy dokonywała finalnej inspekcji i zaraz po tym zamarła na chwilę. Coś wyraźnie jej nie pasowało... Instynktownie wyczuła jakąś zmianę w atmosferze. Miała wrażenie jakby przed chwilą od strony tylnych drzwi dobiegło jakieś stuknięcie. Powoli podniosła się z fotela. Wzięła ze sobą sztucer i powolnym krokiem ruszyła do niewielkiej kuchni, która znajdowała się w chatce. Przytknęła już broń do ramienia i powoli rozejrzała się po pomieszczeniu. Drzwi były otwarte. Zimny podmuch powietrza musiał ją zaalarmować.
Zbliżyła się do nich, a wtedy w kącie poruszył się jakiś cień. Niestety zanim zdołała w pełni zareagować, poczuła mocne uderzenie w głowę, od którego aż ją zamroczyło. Sztucer wyślizgnął jej się z rąk. Z nosa z kolei buchnął potok gorącej krwi, gdy zatoczyła się do tyłu otrzymawszy cios łomem prosto w twarz.
- Detektyw Swanson... Jak dobrze cię widzieć - oświadczył chropowaty głos, a wtem w nikłym świetle padającym z centralnej części chatki ukazała się wykrzywiona w upiornym uśmiechu twarz Anthony'ego Blythe'a.

zaylee miller
Ari
Nie lubię narzucania mojej postaci reakcji i zachowania oraz dopisywania do jej rzeczy czy sterowania nią w jakikolwiek sposób bez konsultacji.
34 y/o
REKRUTER
171 cm
koronerka w toronto police service
Awatar użytkownika
bozia dała piękną gębę - nie moja wina,
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

041.
Niepotrzebnie dała się przekonać Barney'owi Smithowi, żeby wracała do domu, gdy Evina zamknęła się w chatce pośrodku lasu. Ta myśl wracała do niej uparcie, za każdym razem boleśniejsza. Przez pierwsze dwa dni nic się nie wydarzyło. Przynajmniej nic, o czym nadinspektor nie informował jej na bieżąco. Każdy telefon od niego powodował, że serce na moment zamierało, a potem ruszało z ulgą. Był to jeden z tych nielicznych momentów, kiedy praktycznie nie rozstawała się z komórką. Spała z nim pod poduszką, nosiła go ze sobą z pokoju do kuchni i z kuchni do łazienki w obawie, że wystarczy chwila nieuwagi, żeby przegapić coś istotnego.
Po raz pierwszy w życiu wzięła urlop na żądanie. Paradoksalnie praca, którą zwykle uznawała za bezpieczną przystań, stała się niemożliwa do zniesienia. Nie potrafiła skupić się na autopsjach, mając świadomość, że narzeczonej grozi śmiertelne niebezpieczeństwo.
Miller miała nieodparte wrażenie, że zostawiając Swanson samą, popełniła błąd. Ta myśl nie dawała jej spokoju. Dlatego z samego rana zerwała się z łóżka, założyła na siebie cokolwiek, co miała pod ręką, wsiadła w samochód i ruszyła w miejsce, gdzie Smith koczował w bezpiecznej odległości od chatki. Po drodze kupiła dwie kawy, a potem sama zaparowała dużo dalej. Nie chciała wzbudzać podejrzeń. Resztę drogi przeszła pieszo, pokonując zaspy śniegu, aż w końcu dopadła do terenówki nadinspektora.
Jezu, Miller — Barney wzdrygnął się po tym, jak Zaylee zastukała w szybę. — Chcesz, żebym pierdolnął na zawał? — mruknął, sprzątając papiery z fotela pasażera, które przerzucił do tyłu, żeby koronerka mogła zająć miejsce.
Nie wiem, może? — wzruszyła ramionami, pakując się do samochodu. Potarła rękę o rękę i poluźniła szalik.
Wtedy nad rzeką nie byłaś taka pyskata — zauważył z lekkim prychnięciem.
Spierdalaj — odparła, a gdy Smith wyciągnął rękę po kawę, a ona odsunęła kubek poza zasięg jego dłoni.
No hej! Przepraszam, okej?
Dopiero po tych słowach wręczyła mu papierowy kubek i sama złapała łyk mocnej, ale nieco już ostygniętej lury. Spojrzała przez przednią szybę, lustrując wzrokiem przysłoniętą zaśnieżonymi gałęziami chatkę.
Nadal nic? — zapytała, nawet nie starając się ukryć w głosie niepokoju.
Nic.
Przez dobrą godzinę siedzieli w milczeniu. Zaylee spaliła chyba pół paczki papierosów, gdy zarośla niedaleko nieoświetlonej chatki poruszyły się, a potem przemknął zarys zakapturzonej postaci. Miller drgnęła i wymieniła ze Smithem szybkie spojrzenia.
Zostań tu — zadecydował nadinspektor, a dostrzegłszy, że koronerka nacisnął na klamkę. — Swanson mnie zabije, jeśli cokolwiek ci się stanie. Pozwól mi to sprawdzić — odbezpieczył broń i wysiadł z samochodu, ruszając w stronę drewnianego budynku.
Zaylee obserwowała, jak Barney w połowie drogi przykucnął, a będąc już na miejscu, przywarł plecami do mokrych desek, a potem ostrożnie wspiął się po schodach, żeby nie narobić hałasu. Chwilę później zniknął za uchylonymi drzwiami. Miała ochotę za nim pobiec i upewnić się, czy z Eviną wszystko w porządku, ale wiedziała, że swoją obecnością bardziej tam zaszkodzi niż pomoże. Miller nie miała broni, nie licząc skalpela, który znajdował się w wewnętrznej kieszeni czarnego płaszcza.

Evina J. Swanson
bubek
nie lubię postów o niczym i jak stoimy bezsensownie w miejscu. i chcę grać z tobą, a nie z czatem gpt!
48 y/o
CHRISTMASSY
168 cm
detektywka wydziału zabójstw w Toronto Police Service
Awatar użytkownika
She was sweet like honey
But all I can taste is
The blood in my mouth
And the bitterness in goodbyе
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zdawała sobie sprawę, że sytuacja nie była najłatwiejsza również dla Zaylee, która musiała żyć w ciągłej niepewności. Wymogła jednak na Barneyu, aby dbał również o koronerkę i nie pozwalał jej wiecznie koczować w pobliżu chatki. Musiała chociaż starać się wieść normalne życie i zachować pozory normalności... Nawet jeśli sytuacja była poważna, a ich codzienność była ze sobą nierozerwalnie związana. W zasadzie Swanson nie pamiętała kiedy ostatni raz spędziły bez siebie więcej niż 24h. W końcu widywały się zarówno w domu jak i w pracy.
Evina właściwie co jakiś czas uciekała myślami do narzeczonej. Jeśli oczywiście nie była zajęta aktywnym nasłuchiwaniem oraz obserwacją otoczenia czy układaniem w głowie kolejnych scenariuszy. Być może właśnie to nerwowe oczekiwanie wykończyło ją na tyle, że nie znajdowała się w stanie najwyższej gotowości. Nie było możliwe to, aby znajdować się u szczytu swojej formy przez cały czas.
Teraz jednak zbierało to swoje żniwa. Blythe zdobył przewagę zaskoczenia. On nie musiał jej wyczekiwać. Działał tak jak chciał i na razie wszystko szło po jego myśli.
Czuła na języku smak krwi, która spływała swobodnie po wargach z roztrzaskanego nosa. Sięgnęła dłonią do obecnego przy biodrze glocka, ale wtedy mężczyzna rzucił się w jej kierunku raz jeszcze. Spodziewała się tego ruchu i mogła uchylić się przed ciosem. Ledwie jednak udało jej się wyciągnąć broń z kabury to mężczyzna wykonał zamaszysty zamach łomem, który uderzył w pistolet i sprawił, że wystrzelony przez Evinę pocisk trafił w pobliski słój na ciasteczka, który znajdował się na jednej z półek. Jednocześnie Blythe wymierzył jej też mocnego kopniaka w zranione wcześniej udo.
Nie mogła powstrzymać się od krzyku, gdy tylko poczuła jak pod wpływem uderzenia szwy zaczynają się rozchodzić, a pod materiałem jeansów powoli wykwita krwawa plama.
Na chwilę straciła równowagę. Łom uderzył ją pod żebra z taką siłą, że na moment zabrakło jej tchu. Kolejny wystrzał z broni rozbrzmiał głośnym hukiem w pomieszczeniu, ale zaraz po nim nastąpiło wściekłe warknięcie Blythe'a, któremu pocisk drasnął ramię. Dało jej to przynajmniej czas na to, aby wywinąć się kolejnej szarży i postarać się docisnąć mężczyznę do najbliższej powierzchni.
Sama straciła już rozeznanie w tym, co się działo. Wszystko było jednym wielkim chaosem, gdzie jeden ruch był determinowany przez to, co chwilę wcześniej zrobił przeciwnik. Działali napędzani czystym instynktem oraz adrenaliną. W którymś momencie straciła glocka, ale dała radę rozbroić Blythe'a z łomu, którym jeszcze chwilę temu tak ochoczo ją okładał.
- Zadziornaś... - stwierdził ochryple i splunął krwią na podłogę. - Jak szczur zapędzony w kąt. Zrobi wszystko, żeby przeżyć. Powiedz mi... jak bardzo się bałaś?
Nie odpowiedziała. Nie widziała w tym sensu. Wiedziała jedynie tyle, że w tym momencie to wszystko ma się finalnie rozstrzygnąć i całkiem możliwe, że jedno z nich skończy martwe...

zaylee miller
Ari
Nie lubię narzucania mojej postaci reakcji i zachowania oraz dopisywania do jej rzeczy czy sterowania nią w jakikolwiek sposób bez konsultacji.
34 y/o
REKRUTER
171 cm
koronerka w toronto police service
Awatar użytkownika
bozia dała piękną gębę - nie moja wina,
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Barney Smith właśnie przekraczał próg chatki, kiedy rozległ się strzał. Jego ciało natychmiast zareagowała spięciem mięśni i nagłym przypływem adrenaliny. Zamarł na ułamek sekundy, instynktownie zwiększają uścisk na broni.
Cholera — mruknął pod nosem, wsłuchując się w chaos dochodzący z głębi pomieszczenia.
Nie widział jeszcze nic, ale słyszał wystarczająco dużo. Ciężkie oddechy, szuranie butów po podłodze i głuchy łomot ciała uderzającego o ścianę. Ruszył powoli tak, żeby nie zdradzić swojej pozycji. W półmroku dostrzegł przewrócony stół, rozsypane przedmioty i dwie sylwetki splątane ze sobą jak w jakimś wynaturzonym tańcu. Jego szczęka zacisnęła się mocniej, gdy zobaczył Blythe’a.
Barney poczuł spokój rozlewający się po kręgosłupie. Stan, który przychodził tylko w najgorszych momentach i kiedy wszystko zwężało się do jednego celu.
Nie krzyknął, ale też nie rzucił się bezmyślnie do przodu. Uniósł broń i wycelował, śledząc każdy ruch Blythe'a,
Cofnij się od niej — powiedział w końcu, a potem wszystko potoczyło się już bardzo szybko.
Mężczyzna puścił Swanson i przejechał na kolanach, dosięgając pistoletu, który chwilę wcześniej wytrącił detektywce z ręki.
Wymierzył w Smitha i nacisnął na spust. Dokładnie w tym samym czasie, co nadinspektor. Jednocześnie padły dwa strzały. Jeden po drugim.
I te dwa, nakładające się na siebie strzały sprawiły, że Zaylee nie była w stanie dłużej czekać. Zanim jednak wysiadła z samochodu, powiadomiła o wszystkim Sloana, który kazał jej trzymać się od tego wszystkiego z daleka. Ale Miller nie słuchała. Nie mogła siedzieć bezczynnie, mając świadomość, że Evina dalej była w chatce i zagrażało jej śmiertelne niebezpieczeństwo.
Wyskoczyła z terenówki Smitha i pędem ruszyła w stronę drewnianego budynku. Mróz natychmiast wgryzł się w płuca, ale nie zwolniła. Z wewnętrznej kieszeni płaszcza wyciągnęła skalpel. To była jej jedyna broń. Następnym razem powinni ją lepiej zaopatrzyć, skoro i tak wiedzieli, że się uprze i postawi na swoim. Zawsze tak było. Powinna mieć przynajmniej pistolet. Już kilkakrotnie udowodniła, że potrafi strzelać i to wcale nie gorzej niż niejeden funkcjonariusz. Ojciec od dziecka zabierał ją na polowania, a w rodzinnym domu Millerów, tuż przy drzwiach, wciąż wisiała strzelba. Ta sama, której Otto używał dziś już tylko rekreacyjnie, jak lubił to nazywać. Myśl o tym była groteskowa w obliczu tego, co miało się zaraz wydarzyć.
Zanim przedarła się przez wysokie zaspy i dotarła do schodów prowadzących na ganek, dopadła ją zadyszka. Bieganie nigdy nie było jej najmocniejszą stroną, a gdy dochodziły do tego zdradliwe przeszkody w postaci śniegu sięgającego kolan, sytuacja stawała się wręcz karykaturalna. Zatrzymała się na ułamek sekundy, opierając dłoń o balustradę, próbując uspokoić oddech. Serce waliło jej w piersi jak oszalałe, a w uszach dudniła krew.

Evina J. Swanson
bubek
nie lubię postów o niczym i jak stoimy bezsensownie w miejscu. i chcę grać z tobą, a nie z czatem gpt!
48 y/o
CHRISTMASSY
168 cm
detektywka wydziału zabójstw w Toronto Police Service
Awatar użytkownika
She was sweet like honey
But all I can taste is
The blood in my mouth
And the bitterness in goodbyе
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Swanson nie miała pojęcia o nadchodzącym wsparciu. Sama nie miała kiedy zaalarmować Smitha o tym, że coś się wydarzyło chociaż powinna zgłosić uprzednio swoje podejrzenia i chęć sprawdzenia ich. W ten sposób mężczyzna wiedziałby, że coś jest nie tak w momencie, gdy nie otrzymałby od niej kolejnej wiadomości. Nie spodziewała się jednak niczego innego poza kolejnym fałszywym alarmem... Tym razem niesłusznie.
Blythe był w niezwykle dobrej formie jak na przeszło pięćdziesięcioletniego mężczyznę. Evina rzekłaby nawet, że być może pobyt w więzieniu mu służył i pozwolił na zachowanie odpowiedniej formy. Zapewne przez cały ten czas nie tylko obmyślał plan swojej zemsty, ale też dbał o utrzymanie kondycji, która pozwoliłaby mu na jego realizację.
Oboje byli już znacznie poobijani. Detektywka nie była w stanie stwierdzić, co zadziało się na przestrzeni ostatnich kilku minut. Odezwał się w niej czysty instynkt przetrwania, który w tej sytuacji nakazywał podjęcie walki bez względu na koszty. Wiedziała, że ucieczka nie ma sensu. Starała się cały czas znaleźć okazję do tego, aby zadać kolejny trafny cios. Szukała otwarcia w jego postawie, a także skanowała otoczenie w poszukiwaniu elementów, które mogłaby wykorzystać.
Rozcięła sobie dłoń, sięgając po sporych rozmiarów odłamek stłuczonej wazy, która stłukła się po tym jak przewrócili stojący w salonie lekki stół, przy którym obecnie się kotłowali. Wykorzystała to, że Blythe się odsłonił i postanowiła wbić mu zaostrzony kawałek szkła między żebra. Tylko, że mężczyzna cały czas się wiercił, a wyprowadzonemu przez nią ciosowi brakowało siły i precyzji. Natrafiła nim na kość. Nie przebiła się tak jak planowała, improwizowane ostrze gdzieś uciekło i nie wbiło się tak głęboko jak by tego chciała. Mężczyzna jedynie wydał z siebie krótki ryk bólu i przycisnął kolanem jej ramię do podłogi.
Smith pojawił się mniej więcej w momencie, gdy Blythe pozbył się tkwiącego w jego ciele odłamka i odrzucił go na bok. Przez moment Evina starała się zmienić swoje ułożenie i kopnąć przeciwnika, ale aktualnie znajdowała się zdecydowanie w dużo gorszej pozycji.
Przez moment wyczuła pewne napięcie w pomieszczeniu. Wiedziała już, że Anthony robił teraz dokładnie to co ona. Analizował. Kalkulował przez ułamek sekundy jakie działanie najbardziej mu się opłaca w tej chwili. Przez moment mogło się wydawać, że odpuścił, ale Swanson widziała napięcie w jego ciele. Wiedziała, że to była jedynie zmyłka, ale nim zdołała ostrzec Barneya padły strzały.
Obaj trafili. Z tym, że nadinspektor w przeciwieństwie do Blythe'a nie strzelał aby zabić. Udało mu się uszkodzić ramię mordercy, którego postrzelił w na wysokości barku, ale ten w zamian trafił go w korpus i sprawił, że funkcjonariusz zatoczył się lekko w szoku.
Raz jeszcze to Anthony był górą. Spojrzał w kierunku Swanson z miną człowieka, który w końcu był o krok od otrzymania wymarzonej nagrody. Wciąż w lekko drżącej dłoni dzierżył służbowego glocka detektywki.
- Nie strzelisz - powiedziała pewnym siebie głosem, podciągając się lekko na łokciach, aby zacząć podnosić się z podłogi. - To byłoby za szybkie, a ty chcesz się tym napawać... Mieć swój monolog złoczyńcy czy coś podobnego.
Nawet w tym momencie trzymał jej się sarkazm, a może głównie dlatego, że sytuacja wyglądała tak tragicznie. Zanim jednak powiedziała coś jeszcze ciszę raz jeszcze przerwał huk wystrzału. Krzyknęła mimowolnie. Blythe przestrzelił jej lewe kolano. Poczuła jak coś chrupnęło w nim, gdy kula przechodziła przez staw, a jej ciało momentalnie pomimo krążącej w żyłach adrenalinie przeszyła fala niewyobrażalnego bólu.
- Mylisz się - poprawił ją Blythe z triumfalnym uśmieszkiem. - Ale masz rację. Nie zabiję cię w ten sposób... Zbyt długo na to czekałem. Przeszło dwadzieścia lat na to, aby odegrać się za to, że zrujnowałaś mi życie.
- Sam to zrobiłeś - odparowała, starając się jakoś opanować rozszalałe serce i skupić na czymś innym niż nowym źródle intensywnego bólu. - Zrobiłeś to w tym momencie, gdy postanowiłeś zabić tamtą dziewczynę... Ja tylko robiłam swoje. Przyniosłam konsekwencje, które sam na siebie sprowadziłeś. Cóż, dildo konsekwencji rzadko przychodzi z lubrykantem.
Wciąż starała się żartować, ale miała świadomość tego, że z każdą chwilą coraz bardziej jest na straconej pozycji. Na domiar złego Smith wykrwawiał się niecałe trzy metry dalej. Przez moment zacisnęła mocno powieki, modląc się tylko o to, aby nie było z nim Zaylee. Nie chciała, aby ta również ucierpiała przez to, że musiała interweniować...
- Konsekwencje, mówisz? - powtórzył za nią Blythe. - Potraktuj to zatem jako konsekwencje wyboru ścieżki zawodowej. Zarżnięcie cię będzie rozkoszą...
Evina zacisnęła mocno szczękę. Poruszyła się nieznacznie, czując ból starający się ją sparaliżować. Czuła, że to faktycznie może być jej koniec jeśli tylko czegoś nie wymyśli.

zaylee miller
Ari
Nie lubię narzucania mojej postaci reakcji i zachowania oraz dopisywania do jej rzeczy czy sterowania nią w jakikolwiek sposób bez konsultacji.
34 y/o
REKRUTER
171 cm
koronerka w toronto police service
Awatar użytkownika
bozia dała piękną gębę - nie moja wina,
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zanim zdążył zareagować, poczuł szarpnięcie i ból w klatce piersiowej, który odbierał oddech i równowagę. Instynktownie wykonał chwiejny krok w tył, próbując się czegoś przytrzymać. Złapał się krawędzi blatu, strącając z niego półmisek i zatoczył się na ścianę. Przycisnął dłoń w miejsce, w którym utkwiła kula, a ciepła krew spłynęła pomiędzy palcami. W pierwszej chwili otworzył w zdumieniu usta, nawet wyglądał tak, jakby chciał coś powiedzieć, ale zraz bezwładnie osunął się na podłogę, ocierając plecami o drewno. Jedyne, co mógł zrobić, to wsłuchiwać się w głos Blythe'a i patrzeć, jak ten znów naciska na spust, tym razem trafiając w kolano Swanson.
Wbrew modłom narzeczonej, Zaylee była już na miejscu. Przekraczała po cichu próg chatki, kiedy rozległ się kolejny strzał. Huk rozdzierający powietrze sparaliżował ją, ale tylko na krótką chwilę. Musiała zebrać się w sobie, żeby bezszelestnie wpełznąć do środka. Jej wzrok zatrzymał się na leżącym w kałuży krwi nadinspektorze, który posłał jej mętne, na wpół przytomne spojrzenie. Odwróciła głowę i wtedy dostrzegła Evinę. Ich spojrzenia również spotkały się na moment.
Miller nie miała czasu na analizowanie sytuacji ani planowanie kolejnych ruchów. Musiała działać. Jej palce zacisnęły się mocniej na metalowym trzonie skalpela. Serce biło jej w piersi jak młot, ale z każdą sekundą zyskiwała pewność siebie, napędzona strachem i adrenaliną.
Zrobiła krok do przodu. Potem kolejny. Deski pod jej stopami skrzypnęły głośno, a Blythe, który do tej pory skupiał się na swoim celu, zerknął przez ramię. Właśnie wtedy Zaylee rzuciła się naprzód. Oczy mordercy błysnęły zaskoczeniem, kiedy poczuł ruch przy swojej szyi. Pomimo swojej drobnej postury, Miller zdołała wbić skalpel dokładnie tam, gdzie pulsowała tętnica, nie pozostawiając mu czasu na reakcję. Ostrze zagłębiło się bez oporu. Blythe zdążył jedynie zacharczeć. Miller wyrwała skalpel i odskoczyła, obserwując, jak ten wypuszcza pistolet z ręki, który odbił się echem po drewnianej podłodze. Przyłożył obie dłonie do szyi, próbując zatrzymać tryskającą, szkarłatną ciecz. W końcu runął na kolana, dławiąc się własną krwią.
W pomieszczeniu zapanowała cisza, przerywana ciężkim oddechami i majaczącym w oddali głosem Smitha, który wyrwał Zaylee z transu.
To był ten twój genialny plan, co? — Zaylee przyklękła obok narzeczonej i ściągnęła z siebie płaszcz. Zmusiła Swanson do wyprostowania nogi, którą na razie owinęła odzieniem wierzchnim. Nie miała przy sobie nic innego. — Nigdy więcej tego nie rób, rozumiesz? — głos jej zadrżał, kiedy ujmowała jej twarz w swoje dłonie, aby lepiej przyjrzeć się obrażeniom.
Kątem oka dostrzegła jak ręka Blythe'a drgnęła. Próbował dosięgnąć broni, jednak Miller była szybsza — wyciągnęła się na podłodze i pochwyciła pistolet, którym wycelowała w mordercę. Zacisnęła zęby tak mocno, że aż rozbolała ją szczęka. Mogła strzelić. Mogła rozpierdolić mu czaszkę, jego mózg rozprysnąłby się po pokoju, a technicy długo zdrapywaliby fragmenty tkanek ze ścian. Powinna strzelić. I chociaż istniało duże prawdopodobieństwo, że i tak wykrwawiłby się od przeciętnej tętnicy, nacisnęła na spust.
Huk był krótki. I suchy. Trochę jak pęknięcie deski w zamkniętym pomieszczeniu. Odrzut szarpnął jej nadgarstkiem, a echo strzału odbiło się od ścian, wracając z opóźnieniem. Głowa Blythe'a odskoczyła w bok. Przez ułamek sekundy jego ciało jeszcze nie wiedziało, że to faktyczny koniec. Ręka drgnęła gwałtownie, jakby ktoś pociągał za nią od środka, palce zacisnęły się i puściły w ostatnim odruchu układu nerwowego.

Evina J. Swanson
bubek
nie lubię postów o niczym i jak stoimy bezsensownie w miejscu. i chcę grać z tobą, a nie z czatem gpt!
48 y/o
CHRISTMASSY
168 cm
detektywka wydziału zabójstw w Toronto Police Service
Awatar użytkownika
She was sweet like honey
But all I can taste is
The blood in my mouth
And the bitterness in goodbyе
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Z tej odległości i pod tym kątem Swanson nie widziała dokładnie tego jak wyglądała rana, którą Blythe zadał nadinspektorowi. Mogła jedynie przypuszczać, że musiało być źle skoro mężczyzna osunął się na podłogę. Nie chciała, aby to się tak skończyło, dla któregokolwiek z nich. Zwłaszcza dla Barneya, który jednak nie miał z całą tą sprawą żadnego związku poza tym, że przełożony kazał mu robić za niańkę dla niepokornej detektywki.
- Jeśli przez ostatnie dwadzieścia lat żyłeś jedynie myślą o zemście to miło mi, że mogłam być czyimś sensem życia - rzuciła sarkastycznie, co zdecydowanie nie spodobało się Blythe'owi.
Ledwo bowiem ten komentarz opuścił jej usta, a już poczuła uderzenie rękojeścią pistoletu prosto w skroń. Warknęła krótko i skorzystała z okazji do tego, aby raz jeszcze rozejrzeć się po swoim otoczeniu. Dalej szukała sposobności do tego, aby odwrócić sytuację na swoją korzyść i wyrwać się ze swojego beznadziejnego położenia.
- Zawrzyj pysk - zagrzmiał Anthony. - Zawsze taka byłaś, nie? Zawsze musiałaś mieć ostatnie słowo i okazać się mądrzejsza...
Kusiło ją, aby coś odpowiedzieć i tym samym udowodnić, że mężczyzna miał rację, ale wtedy ją dostrzegła. Evina zawsze byłaby w stanie dostrzec koronerkę. Niezależnie od tego gdzie by się znajdowały. Teraz widziała ją jednak zakradającą się powoli do pomieszczenia. Domyślała się tego, co pewnie chodziło jej po głowie. Nie mogła jednak nic powiedzieć. Jakiekolwiek słowo, które wydobyłaby z siebie mogłoby zdradzić położenie Miller. Jej wzrok jednak mówił wyraźnie: Nie. Nie rób tego.
Tylko, że Zaylee nie słuchała jej bezgłośnej prośby. Zamiast tego po prostu rzuciła się w kierunku Blythe'a. Swanson mogła domyślić się tego, gdzie celowała narzeczona, ale do końca nie była pewna tego czy jej cios sięgnął celu tak jak planowała. W końcu nie był leżącymi w bezruchu zwłokami, które jedynie czekały na to aż ktoś je łaskawie pokroi. Tutaj miała do czynienia z żywym przeciwnikiem, który mógł się zawsze odwinąć i uniemożliwić jej bezbłędną egzekucję zamiarów.
Sądząc jednak po tym jak jej niedoszły zabójca runął na ziemię i fakt, że spomiędzy zaciśniętych na szyi palców sączyła się sporym strumieniem krew mogła założyć, że Miller jednak dosięgła jednych z ważniejszych naczyń krwionośnych.
- Spierdalaj - prychnęła krótko, gdy tylko narzeczona uklękła tuż obok. - Barney oberwał. Zajmij się nim pierwszym.
Wciąż jeszcze jej spojrzenie kierowało się do postaci Blythe'a, aby się upewnić czy na pewno nie stanowił zagrożenia. Zdawała sobie sprawę, że Smith przyjął na siebie coś, co mogło być śmiertelnym postrzałem. Sama oberwała jedynie w kolano. Cholernie bolało. Zwłaszcza, gdy Miller zmusiła ją do wyprostowania kończyny, ale na pewno będzie jeszcze żyła. W tym momencie przede wszystkim należało pomóc nadinspektorowi.
Moment, w którym Zaylee ujęła jej twarz w dłonie na chwilę wytrącił ją z tego pragmatycznego i pełnego logiki trybu. Był to jednak jedynie ułamek sekundy. Nie mogła się poddać temu pełnemu emocji momentowi. Nie teraz, gdy były dużo ważniejsze kwestie.
- Ratuj Barneya - powtórzyła i wyciągnęła rękę po pistolet, ale wtedy zadziało się coś na co nie byłą gotowa.
Blythe drgnął, a koronerka oderwała się od niej. Widziała tę determinację na jej twarzy. Domyślała się tego o czym w tej chwili marzyła narzeczona. Raz jeszcze spróbowała sięgnąć po glocka, ale wtedy Miller pociągnęła za spust.
Wraz z hukiem wystrzału, który odbił się w pomieszczeniu coś eksplodowało wewnątrz Swanson. Poczuła nagle ogromny żal oraz nieopisaną furię. Zdawało się, że całe jej ciało drżało od środka, a jej oczy z wściekłością wlepione były w martwą postać Blythe'a.
Jak śmiała?
To była sprawa między nimi. Już wcześniej była zła na to w jaki sposób koronerka zainterweniowała, ale to przelało czarę goryczy. Dobiła go tak bezceremonialnie. Nie zaoferowała. Nie pozwoliła na to, aby Evina samodzielnie doprowadziła wszystko do końca. Pozbawiła ją bezpowrotnie podobnej możliwości. Mało tego czuła jeszcze większą gorycz ze względu na to, że Zaylee dokonała właśnie tego, czego sama nie mogła dla niej zrobić. W końcu Amanda Morton zdążyła popełnić samobójstwo zanim pocisk Swanson odebrał jej życie, a później nie miała też okazji na zabicie Caleba Fostera, bo Barney wtrącił się w to jak traktowała kata narzeczonej. To było dla niej zbyt wiele...
- Kurwa! Smith umiera! - wrzasnęła raz jeszcze na koronerkę, aby pospieszyć ją do działania.
Sama nie była najlepiej zaznajomiona z medycyną. Poza tym mogła co najwyżej doczołgać się do rannego funkcjonariusza. Zanim jednak by to zrobiła ten z pewnością zdążyłby już wyzionąć ducha. Butnie próbowała nawet się podnieść, szukając rękoma jakiegoś punktu podparcia, aby się podciągnąć na nogi, ale to wszystko zdało się na nic. W ten czy inny sposób czuła przeszywający całe ciało ból, a na domiar złego zaczęło kręcić się jej w głowie, a żołądek był targany przez fale nudności.

zaylee miller
Ari
Nie lubię narzucania mojej postaci reakcji i zachowania oraz dopisywania do jej rzeczy czy sterowania nią w jakikolwiek sposób bez konsultacji.
34 y/o
REKRUTER
171 cm
koronerka w toronto police service
Awatar użytkownika
bozia dała piękną gębę - nie moja wina,
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Przez chwilę klęczała w bezruchu, wpatrując się w ciało Blythe'a. Teraz miała już pewność, że był martwy. Zwłoki miały to do siebie, że potrafiły wprowadzać w błąd przez złudzenie obecności. Oczy, nawet zasnute mleczną mgłą, sprawiały wrażenie czujnych. Nieważne, z której strony stanęła, miała poczucie, że jej spojrzenie spotyka się z jego spojrzeniem, a jego martwe gałki śledziły każdy jej krok. To była kwestia perspektywy, ułożenia głowy i kąta padania światła, a jednak efekt zawsze pozostawał ten sam.
Zaylee znała to aż za dobrze. Jako koronerką widziała setki ciał, w różnych stadiach rozkładu, w najdziwniejszych pozycjach, jakie potrafiła wymyślić śmierć. Pamiętała pierwsze ciało, przy którym pracowała i to jak długo nie mogła zmusić się, żeby podejść bliżej, bo wydawało jej się, że denat wie, że ona tam jest. Z czasem nauczyła się oddzielać emocje od faktów, a w zwłokach widziała w już tylko materiał dowodowy i zbiór objawów pośmiertnych. A jednak nawet po latach doświadczenia niektóre rzeczy pozostawały niezmienne. To wrażenie bycia obserwowaną było jedną z nich.
Głos Eviny sprawił, że wzdrygnęła się, ale oprzytomniała. Wytarła ostrze skalpela i odwróciła się do narzeczonej, zupełnie nie rozumiejąc jej wkurwienia. Przecież Miller właśnie uratowała jej życie. A właściwie ich życie, do którego Blythe nieproszony wpakował się buciorami, zakłócając ich spokój.
Och, pierdol się — warknęła tylko i poderwała się, żeby podejść do Smitha. Zimowe obuwie ujechało na drewnianych, zbroczonych krwią deskach, ale Zaylee zdołała utrzymać równowagę.
Barney był nieprzytomny. Ułożyła go na podłodze, przykładając palce do szyi. Puls ledwo wyczuwalny, ale żył. Rozpięła mu kurtkę, ale bluzę i koszulkę musiała rozciąć skalpelem.
Kurwa mać — wyrwało jej się, widząc obrażenia. Oberwał na wysokości serca. Odwróciła go, ale nigdzie na plecach nie dostrzegła rany wylotowej. — Nie mogę nic zrobić — oznajmiła drżącym głosem. Zwykła apteczka i bandaże tutaj nic nie zdziałają. — Pomoc jest w drodze. Musi jak najszybciej trafić na stół operacyjny — zawyrokowała, układając sobie głowę Smitha na kolanach. Odgarnęła mu z czoła, ciemne włosy. Jego blada twarz pozostawała niewzruszona. Trochę jakby spał. Policzki miał lodowate, ale Miller nie wiedziała, czy to faktycznie on, czy jej skostniałe od zimna dłonie. — Nie masz prawa się na mnie wkurwiać — zwróciła się do narzeczonej, spoglądając na nią w ciemnościach. — Zrobiłabyś dokładnie to samo — stwierdziła krótko.
To nie był pierwszy człowiek, którego Miller załatwiła skalpelem. To wydarzyło się już wcześniej, w podziemiach wspólnoty chrześcijańskiej. Wtedy też działała w obronie własnej. Być może teraz niepotrzebnie oddała strzał, bo Blythe wykrwawiłby się prędzej czy później, ale chęć zemsty była silniejsza. Instynkt wziął górę. Nie chciała niczego udowadniać, chciała po prostu uwolnić się z tego koszmaru, z którym borykały się od kilku miesięcy. Nie będą się licytować, czyja to była wojna. Nie tutaj i nie w tym momencie. Ten psychol napsuł im wystarczająco dużo krwi.

Evina J. Swanson
bubek
nie lubię postów o niczym i jak stoimy bezsensownie w miejscu. i chcę grać z tobą, a nie z czatem gpt!
48 y/o
CHRISTMASSY
168 cm
detektywka wydziału zabójstw w Toronto Police Service
Awatar użytkownika
She was sweet like honey
But all I can taste is
The blood in my mouth
And the bitterness in goodbyе
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

To nie był ich pierwszy trup.
Ich praca polegała na ciągłym obcowaniu z martwymi ludźmi. Był to dla nich na tyle powszechny widok, że zwykle nie wzbudzał w nich żadnej emocjonalnej reakcji. Nie licząc rzecz jasna żywego zainteresowania jeśli tylko trafiły na wyjątkowy przypadek. Tutaj jednak sprawa wyglądała z goła inaczej. To było osobiste i miało inny wymiar. Także przez to, że był to człowiek zgładzony ręką samej Miller.
Jedynym powodem, dla którego przeszkadzała jej obecność zwłok Blythe'a w pomieszczeniu był fakt, że nie przyczyniła się bezpośrednio do ich powstania. To nie ona wbiła mu skalpel w szyję. Nie ona pociągnęła za spust i dokonała dzieła. To wszystko była sprawka Zaylee. Swanson z kolei stoczyła z nim prawdziwy bój na śmierć i życie, a właściwie nic jej z tego nie przyszło. Nie doznała żadnej satysfakcji. Może i zakończyły koszmar, który ciągnął się dla nich miesiącami, ale Evina wciąż nie dostała takiego zakończenia jakiego by chciała. To nie był koniec jakiego pragnęła.
Miała prawo czuć się ograbiona. To ją łączyła przeszłość z Blythe'em. Był jej sprawą. Jej widmem. Powinna się z nim rozprawić osobiście, ale teraz nie mogła już nic na to poradzić. Zamiast tego miała przed sobą koronerkę, która postanowiła zająć się wymierzaniem samozwańczej sprawiedliwości zamiast ratować wykrwawiającego się towarzysza.
Nie miała nawet dla niej żadnej sarkastycznej odpowiedzi. Warknęła przez zęby z bólu, starając zmienić pozycję i dojrzeć nieco lepiej postrzelonego Barneya. W środku chaty panował prawdziwy chaos. Wnętrze było zdemolowane, deski podłogowe przesiąkały krwią, a Swanson przeklinała w duchu, bo nie tak miało to wszystko wyglądać.
Słowa narzeczonej ponadto nie brzmiały ani trochę pokrzepiająco. Zdawała sobie sprawę, że w każdej chwili mogą stracić Smitha. Nie zasługiwał na taki los. Wszystko przez to, że po prostu wykonywał swoją robotę. Chciał im pomóc, a zamiast tego jego żona i dzieci mogą już nigdy się nie doczekać jego powrotu z pracy...
Widziała to jak Zaylee starała się jakoś zminimalizować krwawienie. Sama przesunęła się bliżej kanapy, która mogła stanowić dla niej dobry punkt podparcia i postanowiła jeszcze raz spróbować się podnieść. Był to fatalny pomysł ze względu na to, że lewe kolano miała roztrzaskane przez wystrzelony z pistoletu pocisk, a na prawym udzie Blythe zdołał na nowo otworzyć ledwie kilkudniową ranę zszytą ręką Miller.
- Ale nie zrobiłam - przypomniała jej mrukliwym tonem, tłumiąc jęk bólu.
W jej głosie poza złością pobrzmiewała prawdziwa gorycz i żal. Zaylee zrobiła coś, czego sama nie była w stanie. Ona nigdy nie była w stanie wykończyć osób, które próbowały uśmiercić koronerkę, ale ta bez problemu wymierzyła za nią sprawiedliwość... Co zdaniem Eviny nie było uczciwe. Nie w momencie, gdy sama była na miejscu i mogła dokończyć swoje sprawy. To nie było działanie w jej imieniu. To było zwyczajne wtrącenie się i zabranie przysługującego jej prawa. To była ich walka. Dopóki Miller się nie wtrąciła i nie odmówiła jej wykonania ostatecznego ciosu.
Naprężyła mięśnie. Uniosła się już z podłogi, ale poniosła sromotną porażkę gdy tylko spróbowała przenieść chociaż część ciężaru na uszkodzone nogi. Raz jeszcze mogła z siebie wydać jedynie tłumiony z trudem odgłos bólu nim opadła boleśnie na deski, tłukąc się jeszcze bardziej.
Dodatkowo nudności przybrały jedynie na sile. Zakręciło jej się w głowie. Podparła się dłońmi o parkiet i targana torsjami zwymiotowała niedaleko przewróconego stołu. Miała wrażenie jakby żołądek próbował jej się wywrócić na drugą stronę. Niekontrolowane skurcze żołądka wyrzuciły z niej niestrawione resztki ostatniego skromnego posiłku, które wymieszane ze śliną i żółcią zaczęły zdobić deski podłogowe i mieszać się z pokrywającą je świeżą krwią. Na chwilę pociemniało jej przed oczami... Chyba oberwała dużo gorzej niż pierwotnie sądziła. Na pewno jednak trzymała się wciąż o wiele lepiej niż Smith, który potrzebował interwencji chirurgicznej na cito.

zaylee miller
Ari
Nie lubię narzucania mojej postaci reakcji i zachowania oraz dopisywania do jej rzeczy czy sterowania nią w jakikolwiek sposób bez konsultacji.
34 y/o
REKRUTER
171 cm
koronerka w toronto police service
Awatar użytkownika
bozia dała piękną gębę - nie moja wina,
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wciąż podtrzymywała na kolanach głowę Smitha, jednocześnie próbując dociskać swój szalik do jego piersi, jednak krew przesiąkła już przez materiał i zaczęła przeciekać przez palce Miller. Ona z kolei starała się zachować spokój, nasłuchując syren zbliżających się służb. Ale te wcale nie nadjeżdżały. Czas dłużył się w nieskończoność, a Zaylee wiedziała, że zarówno Barney, jak i Evina powinni jak najszybciej trafić do szpitala.
Kompletnie nie rozumiała zachowania narzeczonej. Mogła wkurwiać się na niemoc i obrażenia, ale nie na to, że Miller postąpiła słusznie. Bo postąpiła. Im dłużej o tym myślała, tym nabierała pewności. Swanson mogła się pieklić, pluć jadem i żywić urazę, ale kiedyś w końcu też to zrozumie. Ona też miała pretensję, kiedy nie zabiła Fostera, chociaż miała ku temu doskonałą okazję. Tylko Zaylee nie wykończyła Blythe'a wyłącznie dlatego, że miała taki kaprys. To nie było żadne jej widzimisię. Chroniła ukochaną kobietę. Gdyby nie weszła do chatki dokładnie w tym momencie, Evina pewnie już by nie żyła. Ten strzał tylko postawił kropkę nad i, całość załatwił skalpel. Co ona sobie w ogóle wyobrażała? Że będzie stała w ukryciu i patrzyła, jak ją zabija? Idiotka.
To nie ma znaczenia — powiedziała stanowczo. Nawet, jeśli teraz Swanson wydawało się, że miało, to w rzeczywistości wcale tak nie było. Nie czas na osobiste powódki i gorycz, bo nie udało jej się doprowadzić sprawy do końca. Najważniejsze, że żyła. Ale jeśli to będzie przyczyną kolejnej kłótni, która znowu je poróżni, to Zaylee nie zamierzała dawać jej tej satysfakcji.
Drgnęła, dostrzegłszy, że Evina próbuje podnieść się z miejsca.
Nie wstawaj, bo... — urwała, bo w tym momencie ta z łoskotem upadła na podłogę. Cisnęło jej się na język no właśnie, ale zacisnęła szczękę, patrząc, jak narzeczoną wstrząsają torsje. Miała ochotę wstać i zająć się nią, ale nie mogła zostawić Smitha. Co z tego, że w żaden sposób nie potrafiła mu pomóc. Do przyjazdu karetki była kompletnie bezradna. — Oddychaj głęboko — poprosiła tylko i spojrzała na Barney'a.
Coś było nie tak. Pochyliła się nad nim, ale nie wyczuwała oddechu. Nie, kurwa, nie pozwoli mu tutaj umrzeć. Wysunęła się spod jego ciężaru i zaczęła uciskać klatkę piersiową, pewnie łamiąc mu przy tym żebra, ale to było nic w porównaniu z zatrzymaniem akcji serca.
No dalej, nie rób mi tego — mruknęła pod nosem. Trzydzieści uciśnięć, dwa wdechy. Poczuła posmak krwi na swoich ustach. Krwotok wewnętrzny. Tylko co krwawiło? Płuco? Duże naczynia w klatce piersiowej? Osierdzie? Ciężko stwierdzić.
Była tak zaabsorbowana resuscytacją, że z amoku wyrwały ją dopiero syreny, które zwiastowały przybyłą pomoc. Do chatki zaczęli wbiegać ratownicy i uzbrojeni policjanci. A za nimi sam Charles Sloan.
Miller, odsuń się od niego — nakazał, ale kiedy ta nie zareagowała, chwycił ją pod ramiona i odciągnął na bok. — Na litość boską, co tu się wydarzyło? — rozejrzał się po wnętrzu pomieszczenia. Najpierw spojrzał na leżącą na podłodze Swanson, a potem na zwłoki Blythe'a. — Jesteś cała? — zwrócił się do Zaylee, na co ta jedynie skinęła głową.
Ratownicy natychmiast przeszli do działania. Kiedy cały zespół próbował przywrócić Smithowi funkcje życiowe, dwaj pozostali stabilizowali nogę Swanson, żeby móc ułożyć ją na noszach.

Evina J. Swanson
bubek
nie lubię postów o niczym i jak stoimy bezsensownie w miejscu. i chcę grać z tobą, a nie z czatem gpt!
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”