Silnik w końcu ucichł, ale Nyx przez dłuższą chwilę wcale nie zamykał maski.Stał nad samochodem z rękami opartymi o rant, pochylony, z karkiem zesztywniałym od całego dnia i myślami, które nie chciały zwolnić. Ten egzemplarz był jednym z tych, które doprowadzają do szału – skomplikowany, kapryśny, pełen rozwiązań zaprojektowanych tak, jakby ktoś nigdy nie zamierzał ich potem naprawiać. Elektronika gryzła się z mechaniką, czujniki wysyłały sprzeczne sygnały, a błąd pojawiał się tylko wtedy, gdy wszystko inne zdawało się działać idealnie. Kilka dni spędzonych praktycznie bez wychodzenia z warsztatu, kawa za kawą, dłonie permanentnie brudne od smaru, mózg pracujący na wysokich obrotach nawet wtedy, gdy ciało domagało się przerwy. Doprowadził to auto do porządku. Oczywiście że doprowadził. Zawsze doprowadzał rzeczy do końca. Ale satysfakcji nie było. Tylko to znajome, niebezpieczne uczucie, że jeśli zaraz się stąd nie wyniesie, coś w nim pęknie. Coś, co już kilka dni wcześniej znalazło ujście.
Bo to on spuścił łomot.
Kilka dni temu nie było warsztatu, narzędzi ani silników, które można naprawić. Był facet, który za dużo mówił, za bardzo poczuł się bezkarny, za mocno nacisnął dokładnie te guziki, których nie powinien. Nyx pamiętał moment, w którym przestał słuchać słów, a zaczął słyszeć tylko szum we własnej głowie. Pamiętał ciężar własnych pięści. Pamiętał, że nie przestał, gdy tamten już leżał. Ktoś musiał go odciągnąć. Facet trafił do szpitala. Nie pamiętał nic. I to powinno wystarczyć. A jednak nie wystarczało.
Najgorsze było to, że stojąc teraz nad tym cholernym samochodem, Nyx naprawdę przez moment rozważał coś innego.Najchętniej rozwaliłby to auto na kawałki. Wyciągnąć silnik, rozebrać go bez litości, elektronikę rozerwać, powyrywać wiązki, połamać to, co jeszcze przed chwilą próbował ratować. Potem upozorować włamanie – wybite okno, wyłamany zamek, kilka śladów, które znał aż za dobrze. Sprzedać części na lewo, puścić samochód w obieg jak setki innych, które „zniknęły” w mieście bez śladu. W głowie miał gotowy schemat. Wiedział, komu sprzedać. Wiedział, ile by na tym zarobił.
I właśnie to było najbardziej niepokojące.
Nie gniew.
Nie impuls.
Tylko to, jak logiczna była ta myśl.
Zacisnął szczękę i z hukiem zamknął maskę. Metal zadźwięczał głucho w ciszy warsztatu. To był moment, w którym zrozumiał, że musi stąd wyjść. Teraz. Bo jeszcze chwila, a przestanie tylko myśleć.
Zamknął warsztat później niż zwykle. Sprawdził światła, narzędzia, drzwi. Ten mechaniczny rytuał pomagał mu wrócić do teraźniejszości. Potem wsiadł do auta i zamiast jechać prosto, skręcił do sklepu.
Market był jasny, niemal sterylny. Chodził między półkami wolno, bez telefonu w ręku. Wiedział dokładnie, co chce zrobić. Tourtière – ciężka, mięsna tarta, domowe jedzenie prosto z Toronto, takie, które syci i zostaje w pamięci. Jedzenie bez udawania. Mięso, przyprawy, ciasto robione od zera. Coś, co wymaga czasu i skupienia. Do koszyka trafiały kolejne rzeczy: mielona wołowina i wieprzowina, cebule, czosnek, ziemniaki, masło, mąka, bulion, przyprawy. Tak, praktycznie nikt nie wiedział, że Nyx potrafił nie spalić kuchni i coś ugotować. Dorzucił kilka zimnych piw. Jedno na gotowanie. Reszta… zobaczy się. Miał klucze. To wciąż było nowe uczucie. Wiedział, że Rae jeszcze nie ma w domu. Idealnie. Wszedł cicho, zostawił zakupy w kuchni i od razu poszedł pod prysznic. Gorąca woda spływała po jego karku, ramionach, plecach, po tatuażach, zmywając z niego zapach warsztatu i napięcie. Stał tam dłużej, oparty dłońmi o kafelki, pozwalając myślom przejść i odpłynąć. Przynajmniej na chwilę.
Wyszedł owinięty tylko ręcznikiem nisko na biodrach. Włosy miał mokre, krople wody spływały po skórze. Kuchnia była cicha, spokojna. Otworzył jedno z piw, wziął krótki łyk i zabrał się do gotowania.
Ruchy miał pewne, spokojne. Mąka na blacie, masło krojone na kawałki, palce zagniatające ciasto z precyzją kogoś, kto lubi wiedzieć, ile siły używa. Mięśnie ramion i pleców pracowały przy każdym ruchu, tatuaże poruszały się wraz z nimi. Ciasto trafiło do lodówki. Na patelni wylądowała cebula, potem czosnek. Zapach wypełnił mieszkanie niemal natychmiast. Mięso syczało, przyprawy były dodawane na pamięć. Goździki. Cynamon. Pieprz.Gotowanie go uspokajało. Było czymś, co mógł zrobić dobrze, od początku do końca. Bez skrótów. Bez przemocy.
Piekarnik pracował już równym szumem, gdy jego telefon zawibrował na blacie.
Nyx spojrzał na ekran i coś w nim zesztywniało. Nazwa, której nie powinno tu być. Nie odebrał od razu. Dopiero po chwili przeciągnął palcem.
— …No.
Odwrócił się plecami do kuchni, oparł biodro o blat. Z głośnika dobiegał przytłumiony, pewny siebie głos. Nyx mówił cicho.
— Nie.
Pauza.
— Mówię serio. Nie wchodzę w to.
Zmarszczył brwi, przykładając palce do skroni, rozmasowując głowę w tym miejscu.
— Poza Toronto? — parsknął krótko. — To już nie mój problem.
Chwila ciszy. Nyx przesunął dłonią po karku.
— Ja już swoje zrobiłem. Nie interesuje mnie, kto zawalił.
Zapach z piekarnika uderzył mocniej.
— Mam teraz swoje sprawy — dodał nisko. — Znajdź kogoś innego.
Rozłączył się bez pożegnania i odłożył telefon ekranem do dołu. Stał chwilę nieruchomo, wsłuchując się w szum piekarnika, na moment odcięty od świata. Miał to być jeden z normalniejszych dni i wystarczył jeden telefon, by wszystko się spieprzyło, a w jego głowie trwała bitwa. Bitwa o to, czy znowu dać się wciągnąć w gówno. Z jednego wyszedł rok temu, w drugie wszedł niedawno i wyszedł z niego cudem. Tak jakby był skazany na porażkę. Czy za trzecim razem też mu się uda, czy znowu coś się zepsuje i będzie musiał ponieść konsekwencje swoich czynów. Pokręciło głową niedowierzający, dobry humor poszedł się....
Raelyn Richards