ODPOWIEDZ
36 y/o
For good luck!
169 cm
dziennikarka kryminalna, podcasterka w 'Evidence Room B'
Awatar użytkownika
Muscle to muscle and toe to toe, the fear has gripped me but here I go, my heart sinks as I jump up, your hand grips hand as my eyes shut
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

jeden
Na żywo wygląda inaczej. Nie lepiej, nie gorzej - po prostu inaczej. Zmęczone oblicze, powieki przymknięte po kilku drinkach, które wlał w siebie w ciągu ostatnich czterdziestu minut. Łokcie oparte o barowy blat, nieco zgarbione plecy i dłoń, która co rusz pociera zmarszczone czoło.
To obraz wyczerpanego człowieka - myśli, kiedy przesiada się od stolika i zajmuje miejsce tuż obok, zostawiając niewinne dwa krzesełka przerwy między nimi. Przez sekundę czy dwie zerka na Mavericka, a następnie kiwa podbródkiem w stronę barmana i nie zamawia nic konkretnego; prosi, aby ją zaskoczył. Krótki uśmiech - kąciki pełnych, dziś pomalowanych na bordowo ust wędrują ku górze.
Cormier jest żywym dowodem na to, że można zmienić nazwisko, ale nie da się zrobić tego samego z genami. Jest do niego cholernie podobny. Chłodny błękit tęczówek, kształt szczęki, kolor i struktura włosów. Przystojna, w jej opinii, twarz i muskularna sylwetka. Wie to, bo po otrzymaniu tajemniczego listu kilka tygodni temu, spędziła wiele godzin na studiowaniu zdjęć Dusiciela z Vancouver i jego syna. Sprawdziła życiorys Cormiera, czym się zajmuje, czy ma rodzinę i jak można się z nim skontaktować. Zebrała tonę informacji, wiedziała, jakim typem samolotu najczęściej lata i kim są jego klienci. Wiedziała, że jeździ konno w niewielkiej stadninie pod Toronto. I wiedziała też, że research jest w tym przypadku banalnie prostą sprawą, szczególnie z jej doświadczeniem dziennikarskim. Schody zaczęły się, kiedy musiała wymyślić, w jaki sposób się do niego zbliżyć.
Trzy dni temu zadzwoniła do siedzimy firmy przewozowej, dla której między innymi świadczy usługi i zapytała, kiedy będzie dostępny stacjonarnie w biurze. Pod fałszywym nazwiskiem umówiła się na spotkanie, na którym nigdy się nie pojawiła. Stała po drugiej stronie wyjątkowo ruchliwej i głośnej ulicy, kiedy dostrzegła jego sylwetkę wychodzącą z wieżowca przez obrotowe drzwi. Szła za nim aż do baru w Distillery District, a przynajmniej tak podpowiadał jej Google Maps.
Teraz, siedząc tak blisko niego, wie, że nie chce zrobić mu krzywdy i karać go za błędy ojca, na które nie miał wpływu. Nie przyleciała tu z Montrealu po to, aby zniszczyć mu życie; przywołać mroczne demony przeszłości, które najpewniej wciąż go prześladują. Domyśla się, że bycie dzieckiem seryjnego mordercy to obciążenie, którego nie pozbędziesz się nawet z najlepszym terapeutą. Zwłaszcza, kiedy interesują się tobą media. Nie ma jednak wyjścia - warunki, które zaproponował Andrew, były jasne i klarowne. A ona m u s i odnaleźć Abigail, jeżeli nie dla własnego spokoju, to dla spokoju jej rodziców, którzy nigdy do końca nie pogodzili się z odejściem córki i tym, że nie byli w stanie zorganizować jej godnego pochówku.
Czy to robi z niej złego człowieka?
Jaz obraca się powoli na stołku i zakłada nogę na nogę. Roztacza wokół siebie zapach bergamotki. Uśmiecha się nieznacznie, kiedy delikatnie przechyla głowę w prawo i zawiesza spojrzenie na swoim przyszłym towarzyszu, który jeszcze nie wie, że spędzi z nią wieczór.
- Trudny dzień? - pyta i przysuwa bliżej siebie niespodziankę, którą barman właśnie przed nią położył.

Czas start.

Maverick Cormier
Ostatnio zmieniony pt sty 16, 2026 7:19 pm przez Jasmine Brooks, łącznie zmieniany 1 raz.
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
pisania z AI i nadmiernego kierowania moją postacią
40 y/o
For good luck!
190 cm
pilot w randze kapitana | loty VIP
Awatar użytkownika
some memories never leave your bones. like salt in the sea; they become a part of you.

- and you carry them.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Kostki lodu dźwięcznie odbiły się od ścianek szklanki, kołysząc się łagodnie pod wpływem nagłego ruchu; palce wprawnym gestem zacisnęły się na szkle i poprowadziły naczynie prostą ścieżką wprost do ust. Pierwszy łyk palił gardło znajomą, słodko-gorzką symfonią smaku; drugi wszedł już łatwiej, trzeci zakończył sprawę – szło wylądowało na blacie, a barman, będący człowiekiem doświadczonym pracą, polał ponownie bez zbędnych pytań.
A potem jeszcze raz.
I kolejny.
Whisky przyjemnym ciepłem rozeszła się po krwioobiegu, pozbawiając ciało napięcia, które towarzyszyło Maverickowi od momentu przekroczenia progu baru; spięte ramiona rozluźniły się znacznie, a rosła sylwetka nieco bardziej pochyliła się w stronę kontuaru w geście niemej kapitulacji. Dla postronnego obserwatora musiał wyglądać jak człowiek pogodzony z wyjątkowo parszywym losem; jak ktoś, kto poddał się, nim nawet podjął rękawicę. Gdy ta myśl nawiedziła umysł zaprzątnięty chaosem myśli, kąciki ust mężczyzny drgnęły w ponurym uśmiechu, nie mającym zbyt wiele wspólnego z rozbawieniem.
Uciekał długo; trzydzieści lat to szmat czasu.
I był tak kurewsko zmęczony.
Wizja utraty wszystkiego, na co tak ciężko pracował – kariery, pieniędzy, statusu społecznego, zaufania klientów, i – o Boże – żony i dzieci – ponownie przygniotła jego barki ciężarem okrutnego poczucia winy. Czasem w najczarniejszych scenariuszach zakładał, że ojciec był w stanie go odnaleźć, bo – jeśli miał być ze sobą szczery (a kiedy jest lepsza okazja na użalanie się nad sobą niż samotne picie?), to niespecjalnie krył się z własną tożsamością. W latach młodości niezwykle pilnował prywatności, później także; od czasu zmiany pracy na bardziej prestiżowe zajęcie stał się bardzo rozpoznawalny. Latał dla polityków, celebrytów, influencerów; słynął z nienagannej prezencji i dyskrecji, która zwykle gwarantowała kilka dodatkowych zer do wypłaty. Musiał przyznać, że pozwolił sobie na niedbałość – a potem jeden telefon, jedno połączenie wykonane na jego numer zaledwie kilka dni temu, i całożyciowy dorobek stał pod okrutnie wielkim znakiem zapytania.
Nie potrafił zrozumieć czego Andrew chciał; co więcej, czego konkretnie oczekiwał po tym, jak zamienił życie własnej rodziny – i kilku(nastu?) innych w piekło.
Lojalny barman bez słowa postawił butelkę przed Maverickiem i ulotnił się w stronę pozostałych bywalców przybytku; Cormier bez dalszej zachęty dolał szczodrze whisky i upił pospieszny łyk, zerkając mimowolnie na telefon leżący na blacie. Niecałą godzinę temu ślęczał w biurze jak idiota i czekał na potencjalną, nową klientkę; kobieta wyraźnie nalegała na szybkie spotkanie i koniecznie chciała omówić współpracę właśnie z Maverickiem. On sam, niedawno wróciwszy z Dubaju, nie zamierzał nazbyt prędko wracać do pracy; poprzedniego wieczoru wypił o kilka kieliszków za dużo i obudził się z potwornym kacem. Cecilii nie było; spędzała kilka dni u rodziny, a dzieci – stojące już u progu dorosłości – miały własne sprawy najwyższej wagi i również nie zawitały w progi domu. Uznał to za szczęśliwe zrządzenie losu, bo chociaż kłamstwo przychodziło mu bardzo łatwo, co zawdzięczał głównie latami praktyki – nie zamierzał wzbudzać niczyjego niepokoju. Gdy siedział w gabinecie i sięgnął po szklankę wody, zauważył podejrzliwe spojrzenie sekretarki; dostrzegła jak bardzo drżała mu ręka.
Wiedział, że alkohol nie był rozwiązaniem, i wiedział, że przesadzał – a mimo to nie potrafił przestać.
Procenty skutecznie zdążyły już stępić myśli; Cormier odetchnął głębiej i zrobił sobie przerwę, chwyciwszy za telefon i otwierając przeglądarkę. Od czasu telefonu z więzienia coraz mocniej walczył z pokusą, by wpisać nazwisko ojca i przeczytać cokolwiek na jego temat; w przeciągu ostatnich trzydziestu lat unikał jego tematu jak ognia i nie wiedział nic. Serce zabiło mu mocniej, gdy zaczął wpisywać pierwsze litery w wyszukiwarkę Google: Dusiciel z…
A potem ją usłyszał.
Dwa słowa, wypowiedziane wyjątkowo miękkim, przyjemnie brzmiącym głosem; spojrzenie niebieskich tęczówek oderwało się od ekranu i podążyło za dźwiękiem, zatrzymując się na twarzy kobiety. Początkowo sądził, że być może zagadała do kogoś innego, ale przy kontuarze siedzieli zupełnie sami.
- Aż tak widać? – odparł niemalże natychmiast, poświęcając tej myśli sekundę czasu: czy faktycznie tak się prezentował? On – wielki pan pilot, bogacz, idealny mąż i ojciec? Jakże nisko upadł, i to w bardzo krótkim odstępie czasu. - Z góry przepraszam, nie chcę wyjść na gbura, ale dzisiaj raczej marny ze mnie towarzysz do rozmów.
Zwykle nie miał problemów w prostej grze słów i poznawaniu nowych osób; dzisiaj jednak był to kolejny dzień, gdy wszystko szło nie tak, i nie chciał wywierać złego wrażenia na Bogu ducha winnej kobiecie, która z pewnością liczyła na miłą rozmowę i rozrywkowe towarzystwo.


Jasmine Brooks
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
drama llama
Kopiarstwa i używania AI, o reszcie będę informować w razie potrzeby
36 y/o
For good luck!
169 cm
dziennikarka kryminalna, podcasterka w 'Evidence Room B'
Awatar użytkownika
Muscle to muscle and toe to toe, the fear has gripped me but here I go, my heart sinks as I jump up, your hand grips hand as my eyes shut
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Drink Jasmine okazuje się być czymś na bazie ginu i bzu – unosi kryształową szklaneczkę do warg, a cierpki alkohol przyjemnie drapie jej gardło. Pracownicy baru przygaszają światła w lokalu, który powoli wypełnia się większą liczbą klientów - ich jedynym marzeniem jest zapomnienie i trochę dobrej zabawy. Z głośników leci leniwy jazz, który doskonale wpasowuje się w panującą w przybytku atmosferę.
- Trochę - odpowiada szczerze. Gdyby tylko wiedział, że zna źródło jego zmartwień. - Marni towarzysze zwykle opowiadają najciekawsze historie - mówi, niby bezwiednie, niby od niechcenia, choć jej serce zaczyna bić nieco szybciej. Czy na tym zakończy się ich spotkanie? Czy cały wysiłek, który włożyła w odnalezienie Mavericka i przyjazd do Toronto pójdzie na marne? Jest dziennikarką i pozbawienie go prawa do prawdy nie sprawia jej żadnej przyjemności, szczególnie że w swojej pracy bazuje na f a k t a c h.
Jednak nie ma wyjścia. Andrew Reed manipuluje nią tak samo, jak robił to z ofiarami, które zwabiał do swojego zielonego vana. Jest okrutny, bezwzględny i wie, w który czuły punkt nacisnąć, aby uzyskać to, co chce. Zaskakujące, co da się zrobić zza więziennych krat.
Myślami wraca do wydarzeń z kwietnia ‘96. Była pierwsza w nocy, ale jej rodzice nie spali. Miesiąc temu przeszli w stan bezustannego czuwania i resztkami sił powstrzymywali ciężko opadające powieki. Matka siedziała przy telefonie, ojciec bliżej drzwi. Jasmine pamięta, jak ze snu wybudziły ją kolorowe światła; niebo za oknem mieniło się na czerwono i niebiesko. Temu pokazowi nie towarzyszyły żadne dźwięki. Dopiero po kilku chwilach ciszę przerwał ryk matki.
Nie znaleźli jej, ale przyznał się do winy. Bardzo nam przykro.
Powiedział, że zabił Abigail.
Nie pamięta, gdzie ją pochował. Twierdzi, że był to jakiś las. Zrobimy, co w naszej mocy, aby ją odnaleźć i pociągnąć go do odpowiedzialności.
Dla Dusiciela z Vancouver przyznanie się do winy było suchym komunikatem - dla niej słowami które na zawsze odmieniły życie ich rodziny. To te słowa skazały Jasmine na dorastanie z apatyczną matką i ojcem, który kilka razy w tygodniu zamykał się w garażu z butelką wódki. To te słowa sprawiły, że choć nie pamięta swojej siostry zbyt dobrze, przez co trudno jest jej za nią tęsknić, nigdy nie zapomni cierpienia rodziców.
Któregoś dnia Jaz zorientowała się, że wcześniej nie zastanawiała się nad losami jego rodziny. Kim byli? Co zrobili po tym, jak prawda wyszła na jaw? Czy w ogóle miał jakichkolwiek bliskich? Czy byli obecni na sali rozpraw podczas jednego z najgłośniejszych procesów lat 90? Więcej słyszało się tylko o OJ Simpsonie i jego słynnej ucieczce białym Bronco. Sama siedziała wpatrzona w telewizor i wzrokiem szukała swoich rodziców wśród kilkudziesięciu osób, które reprezentowali ofiary. Ciotka, która miała ją pod swoją opieką, przynosiła jej świeżo zrobione gofry z bitą śmietaną i owocami, które popijała mlekiem. Czy dzieci Dusiciela robiły to samo?
Wiele lat później zna już odpowiedź na swoje pytania. Ba, jedna z odpowiedzi siedzi tuż obok niej i twierdzi, że jest marnym towarzyszem do rozmowy, a ona nie może pozwolić sobie na to, aby zwyczajnie pójść w drugą stronę. Dlatego przysuwa się nieznacznie; barowy hoker przez sekundę szura po drewnianej podłodze i wydaje z siebie okropne dźwięki. Nie chce go spłoszyć, dlatego wciąż zachowuje między nimi bezpieczną przestrzeń. Jest jednak na tyle blisko, że czuje zapach drogiej wody kolońskiej - Maverick pachnie tak, jak powinien pachnieć dobrze sytuowany pilot. Zakłada pasmo ciemnych włosów za ucho i unosi prawą brew ku górze, jakby chciała rzucić mu nieme wyzwanie.
- Więc może dzisiaj będziemy marnymi towarzyszami dla siebie nawzajem? - dodaje w końcu. - Jasmine - wyciąga w jego stronę smukłą, przyozdobioną kilkoma pierścionkami dłoń. - Przyleciałam do Toronto na konferencję, która okazała się być koszmarnie nudna - recytuje bajkę, którą wcześniej wielokrotnie przećwiczyła.

Maverick Cormier
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
pisania z AI i nadmiernego kierowania moją postacią
ODPOWIEDZ

Wróć do „Spirit of York Distillery Co.”