-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Nienawidził tego święta. Może dlatego, że nie znosił w swoim życiu obłudy i fałszu. Nigdy nie rozumiał podejścia, w którym ludzie w tym jednym, magicznym dniu okazywali sobie miłość, zapominając o niej przez resztę roku. Jego relacja z June wyglądała całkowicie inaczej. Devon, który zawsze przypominał typa spod ciemnej gwiazdy, w ukryciu przed wszystkimi nie potrzebował specjalnego dnia, by rozpieszczać swoją partnerkę słodkościami czy przyjemnościami. Ten dzień był dla niego jedynie miłym dodatkiem , który chciał spędzić ze swoją miłością, by później nie musiała ze smutkiem wysłuchiwać opowieści koleżanek o ich randkach i spotkaniach właśnie w tym jednym… magicznym dniu.
Sam nie wiedział dlaczego, ale przy June zachowywał się inaczej niż zazwyczaj. Na studiach był tym podziwianym, uwielbianym, a czasem nawet chwalonym przez wielu studentem który sprzeciwiał się obecnemu systemowi nauczania, wchodzącym w konflikty nie tylko z wykładowcami, ale również z rektorami czy dziekanem. Nigdy nie ukrywał swojego podejścia, a ludzie, których ostatnio poznał, tylko utwierdzali go w jego przekonaniach. Nie zależało mu na sławie, zwłaszcza że większość studentów wydawała mu się osobami zmuszonymi do studiowania przez rodziców albo prymusami wierzącymi, że suche fakty i reguły pozwolą im zostać idealnymi prawnikami. I choć może to Devon źle myślał, bo jego podejście wyglądało jak z jakiegoś taniego serialu, tak od samego początku wiedział, kim chce zostać i jak do tego dojdzie, nawet kosztem możliwego wyrzucenia z listy studentów.
Ale…
Dzisiaj czuł się dziwnie. Został poproszony przez znajomych, by jeszcze został po zajęciach, ponieważ chcieli, żeby pomógł im przy wywiadzie do uniwersyteckiego wydania gazety, by przedstawił swoje zdanie na temat miłości. Problem polegał na tym, że June, z którą był umówiony, miała zaraz zjawić się pod uniwersytetem, skąd miał ją zawieźć do miejsca, w którym zaplanował dzisiejszą randkę. Nie wywodził się z bogatej rodziny, ale pieniądze zarabiane na boku pozwoliły mu nie tylko na zakup drogiej biżuterii, lecz także na rezerwację w restauracji, w której miejsca na walentynki należało rezerwować z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Denerwował się, ponieważ nie było mu na rękę, by ludzie którym wmawiał, że nie potrzebuje w swoim życiu miłości, zobaczyli go u boku kobiety, dla której kompletnie oszalał. Prawdą było, że jego największą słabością była partnerka , dla której był gotów zrezygnować ze wszystkiego, byle tylko ją uszczęśliwić…
Tylko że… nie miał pojęcia, że June już tu była.
June Harrison
-
you don't own me, i'm not just one of your many toys.nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Lubiła Walentynki, bo… czego tu nie lubić? Do tej pory mogła tylko pomarzyć o tym, by spędzić ten dzień z kimś wyjątkowym i ważnym dla niej. Randkowała wcześniej, owszem, ale nigdy nie było to nic poważnego - ot, szczeniackie relacje z niedojrzałymi chłoptasiami. Teraz sama się sobie dziwiła, że marnowała wtedy na nich czas.
Devon był inny. Był pierwszym mężczyzną, z którym stworzyła poważny związek i w którym tak prawdziwie i mocno się zakochała. Był starszy, dojrzalszy niż dotychczasowi chłopcy, z którymi się spotykała. Od początku traktował ją jak księżniczkę i doskonale wiedział jak o nią zadbać. Dla June było to coś nowego i ekscytującego. Zupełnie straciła dla niego głowę i to w bardzo krótkim czasie zdołał owinąć ją sobie wokół palca. Brzmi toksycznie? Ależ nie! Nie dla niej. Postrzegała to jako coś pozytywnego, ale tylko dlatego, że dobrze wiedziała, że działało to w obie strony. Oboje nie widzieli świata poza sobą.
Zdawała sobie sprawę, że Święto Zakochanych mogło wzbudzać w ludziach sprzeczne emocje. Dla jednych - w tym dla niej - była to idealna okazja ku temu, by sprawić radość drugiej połówce. Dla reszty świata natomiast, Walentynki były dniem jak każdy inny, no może z tą różnicą, że stanowiły doskonały chwyt marketingowy.
Zdaniem Harrison celebrowanie miłości nigdy nie powinno być niczym złym. June należała do grona romantycznych dusz, dla których to wspólne świętowanie było niezwykle ważne. Oczywiście, podobnie jak jej partner, wierzyła, że ludzie powinni dbać o swoich wybranków i okazywać im uczucia przez cały rok, a nie tylko czternastego lutego. Devon był w jej oczach ideałem, starał się nie tylko od święta - każdy wspólnie spędzony z nim dzień był zawsze pełen miłości. Uszczęśliwiał ją, jak nikt nigdy przedtem. Był czuły, troskliwy i nie szczędził jej romantycznych gestów. Nie miała pojęcia, że ktoś taki jak on wręcz wstydzi się pokazać przed światem to, że był zakochany i jak bardzo pragnął bliskości.
Byli oczywiście umówieni na ten wieczór. Harrison nie znała wszystkich szczegółów ich randki, ale mogła przypuszczać, że mężczyzna zaplanował coś wspaniałego - zdradził jej wcześniej tylko tyle, że na pewno pójdą coś zjeść. Uprzedził też, że będą mogli spotkać się dopiero późnym popołudniem, po skończonych zajęciach na uczelni. Harrison, by nie tracić więcej czasu, który mogli spędzić razem, zaproponowała, że przyjedzie pod budynek uniwersytetu i tam będzie na niego czekać.
Tak też zrobiła, ale niestety w całej tej ekscytacji, opuściła mieszkanie zdecydowanie za wcześnie. Na miejsce dotarła na długo przed czasem i dopiero wtedy dostała wiadomość od Devona z informacją, że musi zostać chwilę po zajęciach. Kobieta zaczęła krążyć po chodniku w tę i we w tę, jako że zdążyła już porządnie zmarznąć. Szczelnie otulała się grubym, czarnym płaszczem, co pomagało niestety tylko w niewielkim stopniu, bo miała wrażenie, że nogi - okryte tylko cieniutkimi rajstopami i w szpilkach - zupełnie już skostniały z zimna. W końcu, stwierdzając że dłużej nie wytrzyma, weszła do środka. Zamiast jednak poczekać tuż przy wejściu, postanowiła się rozejrzeć.
— Och, skarbie! Tutaj jesteś — odezwała się radośnie, gdy tylko znalazł się w zasięgu jej wzroku i podeszła bliżej. Nie był sam, ale to jej w ogóle nie powstrzymało. Ucałowała go w policzek na powitanie i od razu złapała za jego dłoń — Możemy już iść, Misiu? — spytała, nie mogąc się już doczekać, ale mężczyzna zastygł w miejscu. Dopiero wtedy zauważyła, że jego towarzysze dziwnie się im przyglądają, za plecami usłyszała nawet ciche parsknięcie. A może się jej tylko wydawało?
Ostrożnie się odsunęła i spojrzała po twarzach zebranych, nie mogąc znieść ciszy, która nagle wokół nich zapadła. — Nie przedstawisz mnie? Ja… przepraszam. Przeszkodziłam w czymś, prawda?
Devon Koncecny