#3
Wendy: 10% brokatu, 20% baraniny, 70% czystej kompromitacji.
Wendy może miała ponad trzydzieści lat, ale nie dogadywała się zbyt dobrze z dorosłością. W głowie kłębiły się jej chaotyczne myśli, odnośnie planów tu i teraz, ale i tych na później, a przy tym milion list
to do, z których większości rzeczy i tak nie zrealizuje. Pędząc przed siebie, ale donikąd przymierzała świat, zapominając przy tym, że upijanie się do porannych godzin nie należy do mądrych zachowań w każdym wieku, ale już tym bardziej po trzydziestce. Na miasto wyciągnęły ją jednak przedszkolanki i choć prawdopodobnie będzie tego dzisiaj żałować, to musiała przyznać, że widok tych kobiet na parkiecie to była istna petarda. Fakt, że wracając do domu natknęła się na Piotrka to czysty zbieg okoliczności, ale cieszyła się, że mogła opowiedzieć właśnie jemu o egzorcyzmach przedszkolanek podczas wyganiania demona stresu przy Rasputinie. To jeszcze jako tako pamiętała, później film nieco się urywał. Nagrywała głosówki na czacie, popijała kebaba małpką i zaproponowała przyjacielowi mieszkanie po sąsiedzku. Nie mogła sobie przypomnieć jak rozeszli się tamtej nocy, ale uznała, że to nie było widoczne tak ważne do zapamiętania, a nad ranem go już nie było, więc nie upodlili się do reszty razem w jej mieszkaniu. I bez tego czuła się okrutnie, ściśnięty żołądek sprawiał wrażenie wypełnionego po brzegi, a uczucie mdłości przyprawiało ją o gulę w gardle. Wesołą kumulację dopełniał pulsujący ból głowy, który przy każdym najdrobniejszym ruchu nasilał się kilkukrotnie.
Leżąc w kokonie z kołdry w poprzek łóżka, wciąż w jednej skarpetce i z resztkami brokatu na twarzy, starała się nie wykonywać gwałtownych ruchów, ale kiedy jej telefon zaświecił się jeden… drugi… trzeci raz, to stwierdziła, ze nie może dłużej ignorować przeklętej elektroniki i to już najwyższa pora prześledzić cyfrowe dowody swojego upadku.
„Piotruuuniem”. „Swjfie”. „Pizga zlem”.
Jęknęła żałośnie.
„Odholuje do bazy”?
Wychrypiała z trudem. Schowała twarz w poduszkę jakby chciała się nią udusić, albo chociaż zdusić w sobie moralnego kaca. Słuchanie własnych pijackich głosówek powinno być zakazane. Jej pijacki bełkot przyprawiał ją o ciary żenady.
…Wielkim hokeeista
Chryste.
Wysłała niepewnie wiadomość na grupę, która żyła własnym życiem, kiedy ona ucichła. Godność znajdowała się właśnie na poziomie krytycznym, blisko wejścia na wartości ujemne. Próbowała przypomnieć sobie jak zakończyło się jej
„odholowanie do bazy”, bo nie wiedząc czemu czuła w związku z tym jakiś niepokój. Niestety dziury w jej pamięci były porównywalne do tych w szwajcarskim serze. Cóż, będzie musiała napisać do Piotrka, ale to nie teraz.
Teraz liczyło się to, że jej osobiste zbawienie postanowiło przybyć do niej na ratunek. Nie chcąc wyglądać tak jak wyglądała — czyli obraz nędzy i rozpaczy — poszła pod prysznic i umyła nawet włosy, przebrała się, zgarnęła z lodówki puszkę schłodzone cocacoli i zasiadla pod kocem na kanapie odpalając bridgertonów, czekając aż Zaylee do niej dolaczy. Nie przypuszczała, że dźwięk dzwonka do drzwi będzie w stanie porównać do dźwięków odpalonej piły mechanicznej, ale tak się czuła właśnie teraz, kiedy wybudzona została z setnej mikrodrzemki przerywanej urywkami bridgertonów, z których i tak niewiele dzisiaj wiedziała.
— Idę, już idę — mruknęła bardziej do siebie i poczłapała do drzwi, by otworzyć przyjaciółce. Czy w dalszym ciągu czuła się jakby chodziła po statku w trakcie sztormu? Coraz mniej, a to znak, że jej błędnik już się nieco uspokoił. Kiedy otwarła drzwi ku jej zaskoczeniu do mieszkania wparował też chłopiec. Jeśli przyjaciółka ja uprzedzała, to najwyraźniej to wyparła, choć była przekonana, że wzięła ja z zaskoczenia
— Cześć Sammy — posłała mu uśmiech starając się wyglądać normalnie jednocześnie ręką wykonując jakiś dziwny i nieporadny gest który miał go doprowadzić do kuchni i jednocześnie przekonać do samoobsługi. Co dziwniejsze chyba się zrozumieli.
— Cześć Zaylee — powtórzyła przytulając sie do niej z ciężkim westchnieniem —
Jak się czuje? — powtórzyła, zakańczając pytanie dziwnym jęknięciem. —
Czuje sie jakby w mojej głowie ktoś sobie urządził poligon wojskowy i rozpoczął intensywne ćwiczenia… — wyjaśniła, a mina świadczyła o tym, że jest wyraźnie niepocieszona słowami przyjaciółki. —
No wiesz co… Ja tu toczę walkę o przetrwanie, mój organizm to obecnie głównie toksyny i żal za grzechy, a ty mi tu wyjeżdżasz z jakąś dziwaczną uczciwością? — pokiwała głową z dezaprobatą. Niezadowolona zamknęła drzwi za przyjaciółką i pokierowała się do salonu opadając na kanapę bez sił. —
Wygodne… pf — przekręciła oczami, co nie było zbyt dobrym pomysłem, ponieważ nasilało pulsujący ból głowy. —
Kroplówka to nie wygoda, to humanitarny obowiązek! — wyjaśniła jeszcze swój punkt widzenia na temat tego, jak wielkim błędem był brak kroplówki, jednocześnie pauzując serial i spoglądając na przyjaciółkę jak totalnie zagubione, przetyrane przez życie szczenię. Jej oczy wołały:
litości.
zaylee miller