-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie wiedziała, czy pozwoli jej wykonać pierwszy krok. Jak dobrze przewidywała - zbył ją milczeniem, dlatego w tej chwili nie rozgrywała we własnym umyśle kilku potencjalnych rozmów z Veronicą Masters, by przygotować się na każdą ewentualność i nie pozwolić, aby kobieta czymś ją zaskoczyła.
Claire Mercer nauczyła swoją córkę ważnej rzeczy, jeśli chciałeś, żeby ktoś się przed tobą otworzył - musiałeś sprawić, że ci zaufa. Oni nie mieli czasu, aby dziergać tę cienką nić porozumienia. Gdy Margo wstąpiła do policji i zaliczyła kilka spektakularnych porażek, matka, ceniony psycholog, dała jej ważną lekcję: po pierwsze uśmiech, po drugie spokój, po trzecie empatia, po czwarte wsparcie. To było proste, wystarczyło naprawdę niewiele wysiłku, by utorować sobie łatwiejszą drogę do zakładanego celu.
Ich celem była prawda. Tylko czy szukali jej pod odpowiednim adresem?
W bogatej dzielnicy jednorodzinnych domów panował niezmącony spokój. Na podjeździe obok którego Madden zatrzymał auto, stał czarny SUV, a okna były w połowie zasłonięte zewnętrznymi roletami. Gdy tylko wysiedli, po przeciwnej stronie ulicy otworzyły się drzwi i z dużą dozą nieufności przyglądały im się dwie pary oczu należące do osób dawno będących emerytami. - To chyba twój widok ich niepokoi - wyminęła go z krzywym uśmiechem na ustach i w trzech szybkich podskokach znalazła się tuż przed drzwiami, dźwięcznie w nie uderzając. - Pozwól mi spróbować. Naprawdę potrafię rozmawiać z ludźmi, a niestety ciebie nie posądzam o wysoko rozwinięte umiejętności interpersonalne... zwłaszcza jeśli chodzi o kontakt z kobietą - zapukała raz jeszcze; z wewnątrz nie było słychać żadnych dźwięków, jakby dom był pusty. Wdowie przekazano, aby pozostała dostępna pod wskazanym adresem, bo na pewno ktoś przyjedzie z nią porozmawiać.
Robiąc dwa kroki w prawo, wspięła się na palcach i zerknęła przez nie do końca zasłonięte okno. - W głębi domu świeci się światło - trzeci raz, zdecydowanie mocniej zapukała w drewniane obicie. - Pani Masters, policja - zawołała, rozejrzawszy się dookoła. Nie przyszło jej do głowy, aby podejmować radykalne działania, mimo, że naciśnięta bez uprzedzenia klamka nadal nie wpuściła ich magicznie do środka. - Próbujesz? - zapytała, odsuwając się na bezpieczną odległość jednego metra. Rozwiązań było kilka - mogli wrócić tutaj później, mogli spróbować do niej zadzwonić, mogli wezwać patrol, który wpuści ich do środka w cywilizowany sposób, mogli też otworzyć zamek niekoniecznie legalnie albo użyć siły mięśni Maddena, który spożytkowałby swoje rosnące napięcie na coś pożytecznego.
Rhys Madden
-
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Dni w komisariacie zwykle mu się dłużyły, upływając na papierkowej robocie i zabijaniu kolejnych godzin nim będzie mógł opuścić znajome, cztery ściany. Zdecydowanie bardziej wolał działania w terenie, podczas których niekiedy potrafił mrugnąć, a z poranka robiło się południe, a później wieczór.
W tym wypadku zatęsknił za papierkową robotą.
Nie będę twoją kulą u nogi, zapewniała jeszcze kilka godzin wcześniej podchodząc do jego biurka. Nawet mnie nie zauważysz, potwierdzała zbierając swoją kurtkę i ruszając do wyjścia wraz z nim. Jak na razie powierzchowna uprzejmość Mercer zniknęła, dając miejsce schowanej pod spodem prawdzie - jej bystry język służył przede wszystkim do kłamstwa.
Tkwiąc w korkach skupił się na zerkaniu na telefon, odbieraniu wiadomości i nowych tropów spływających w miarę, gdy zespół analizował zebrane z mieszkania Mastersa próbki - ignorując przy tym ten nieznośny zapach Chanel no. 5, który powoli osadzał się we wnętrzu jego auta niezależnie od uchylonego okna.
- Przyszła toksykologia. Miał we krwi trochę alkoholu, ale jak dla mnie za mało na przypadkowe wypadanie z balkonów - mruknął na którymś skrzyżowaniu, odruchowo dzieląc się tą informacją, choć wcześniej poprzysięgał sobie brak współpracy. Powoli dojrzał jednak do tego, czego Margo była świadoma - im szybciej to odbębnią, tym szybciej będą mogli obijać się przy biurkach z dala od siebie, ignorując swoją egzystencję.
Kolejna informacja przybyła wraz z krótkim telefonem, którego nie odebrał na głośnomówiącym - ponieważ nigdy nie wiedział kto do niego zadzwoni.
- Pani Veronica Masters nie stawiła się na swój samolot na Ibizę siedem dni temu - podsumował krótko, parkując samochód przy ulicy upstrzonej jednorodzinnymi, eleganckimi domkami. Odwrócił głowę, obrzucając kobietę spojrzeniem. - Jest motyw i nie ma alibi.
Drgnięcie jego ramion było jedynym rozwinięciem tego krótkiego zdania, którego sensu mogła się domyślić - mieli podstawę do zabrania ją na posterunek.
Stanął przed wyjściem na ganek, widząc, w jaki sposób Mercer wystrzeliła naprzód. Pokręcił głową widząc jej zaangażowanie, jakby wręcz ścigała się z nim by upewnić, że będzie mogła porozmawiać z p o d e j r z a n ą. Bo chyba to umykało drugiej detektyw przede wszystkim - może i była kobietą, może i sprawa posiadała drugie dno, ale jak na razie wszystko na tym świecie wskazywało im, że ich celem była Veronica Masters.
Rozłożył ręce, w milczeniu pozwalając jej na przejęcie pałeczki. Skoro czuła potrzebę udowodnienia sobie i jemu, że jest kompetentnym detektywem, który wyciągnie podejrzaną polubownie z wnętrza jej bezpiecznej przystani, kimże był, by jej w tym przeszkadzać? Słuchanie, jak nawołuje ignorującą ją kobietę i wspina się na palce by zerknąć przez okno do środka było dla niego odrobiną rozrywki.
- Skończyłaś? - odpowiedział pytaniem na pytanie, z wyrazem rozbawienia tańczącym na ustach. - Nie przejmuj się. Ja bym wyszedł - mruknął z udawaną troską, gdy minęli się na schodkach prowadzących do drzwi.
Sięgnął dłonią, zwijając ją w pięść i uderzył trzykrotnie, waląc w drewniane drzwi, które zatrzęsły się pod wpływem uderzenia - nie wyglądały na trudne do wyważenia z zawiasów.
- Veronico Masters, detektyw Madden, policja - krzyknął przez drzwi w formie ostatniego ostrzeżenie. - Wpuści nas pani do środka lub wejdziemy sami.
Słowa były zbędne - zaledwie element protokołu, który podkreślony znajdzie się w jego raporcie uzasadniając następujące czyny. Madden cofnął się, nie czekając zbyt długo na odpowiedź. Jego mięśnie napięły się w antycypacji gdy wystrzelił do przodu, barkiem uderzając w zdobne drzwi, spodziewając się napotkania oporu skomplikowanego zamka.
I go nie znajdując.
Drzwi przeleciały na drugą stronę, jakby nie były zamknięte na zamek, a jedynie zablokowane od środka. Mężczyzna zatrzymał się w progu przedpokoju, z którego odchodziła następna para drzwi. Wszystkie lampy paliły się mimo światła dziennego wciąż wkradającego przez okna do środka. Rozejrzał się wokół, a jego wzrok zatrzymał się na białym dywanie.
Na którym dostrzegł szkarłatne plamy krwi.
Wcześniejsze rozbawienie natychmiast z niego wyparowało gdy sięgnął do paska, wydobywając z kabury broń. Zerknął przez ramię, napotykając spojrzenie Mercer i kiwnięciem głowy upewniając się, że jest gotowa wejść do środka.
margo mercer
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Stała się cieniem.
Tymczasem grała w grę, którą Madden zaczął. Czy to jej wina, że poruszała się po planszy całkiem sprawnie? Pozostając krok w tyle miała naprawdę dobry widok na kolejny który powinna wykonać. Odpowiadała czynem na prowokację. Wyzwalał w niej uśpione zazwyczaj instynkty, każące udowadniać, że zasługiwała na miejsce, w którym się znalazła. Był sobie winien.
Nie odwróciła się, choć czuła na plecach jego spojrzenie. Znała ten rodzaj milczącej obserwacji; ocenę ukrytą pod pozorną obojętnością. Nie zamierzała dawać mu satysfakcji. Robiła wszystko według znanego sobie schematu - sprawdzała, bez naruszania czyjejś własności dopóki nie było konieczności głębokiej interwencji. Mógł uznać jej poczynania za stratę czasu, ale była niemalże pewna, że gdyby postąpiła w inny sposób, gdyby zignorowała to co oczywiste, odpuściła to, co powinni zrobić w pierwszej kolejności, nie omieszkałby jej tego wypomnieć. W tej samej chwili albo przy pierwszej okazji.
Odpuściwszy, ustąpiła miejsca, wiedząc, że jego wieloletnie doświadczenie pozwoli poprowadzić mu to spotkanie lepiej, przynajmniej na tym etapie, gdzie utknęli. Jednak po dwóch minutach bezowocnych starań, westchnęła. - Brawo, p a r t n e r z e - szepnęła, stając zdecydowanie zbyt blisko niego, tuż za plecami, gdy robił dokładnie to samo co ona. Uderzył w drzwi, nawoływał i wyszedł na przeciw tej samej ciszy, która odpowiedziała jej wcześniej, a której z kpiącym uśmieszkiem swobodnie się przyglądał. - Idzie ci świetnie. Nie przejmuj się - parafrazowała. - ja bym na pewno odpowiedziała - dokończyła tylko, klepiąc go dwukrotnie otwartą dłonią po plecach. Lekko. Ledwie wyczuwalnie. Racząc takim samym uśmiechem, którym obdarował ją on.
Odsunęła się wraz z krótkim rozbiegiem mężczyzny, stanowiącym element niemałego zaskoczenia wypełniającego przestrzeń wokół. Nim zdążyła pomyśleć o potencjalnych rozwiązaniach, Rhys podjął działania - doświadczenia w kontrze z protokołem. Wchodząc do środka od razu zauważyła, jak mimika twarzy Maddena się zmienia; jak znika pozoranctwo, ironia i rozbawienie. Nie musiał powtarzać drugi raz - sięgnęła do kabury płynnie, bez gwałtownego ruchu. Broń pewnie leżała w jej dłoni, skierowana lufą pod odpowiednim, acz bezpiecznym kątem.
Czuła jak serce zaczyna bić szybciej, a oddech zwolnił z kolejnym krokiem, gdy zbliżali się do zamkniętych drzwi łazienki. Na podłodze szkarłat krwi mieszał się z wodą, zalewając drogą posadzkę z wyszukanego kamienia. Unosząc lekko dłoń zaciskającą się na zimnej rękojeści, kiwnęła głową na znak, że on powinien otworzyć, a ona będzie go ubezpieczać. Widok był paskudny. I wyjaśniał dlaczego Veronica Masters nie zamierzała otworzyć drzwi. Ani jej, ani jemu. - Sprawdzę górę - poinformowała, by po kilkudziesięciu sekundach krzyknąć: - Czysto - zabezpieczając broń, wróciła na dół, rozglądając się po pomieszczeniu tonącym we krwi, rozbitym szklanym lustrze i śladach walki w mijanym salonie.
- List z kancelarii zdaje się nie mieć już żadnej wartości - pochyliła się nad wanną, w której leżała naga kobieta z dwoma nieprecyzyjnymi nacięciami na lewym nadgarstku. - Nie nazwałabym tego niefortunnym zbiegiem okoliczności - spojrzała na nieco bladego Maddena, nie zawracając sobie głowy jego milczeniem.
Rhys Madden
-
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Krew i odłamki potłuczonego szkła natychmiast przełączyły jego ciało w zupełnie inny t r y b. Ten, w którym resztki rozbawienia i sarkazmu uleciały z jego mimiki, a usta zwarły się w wąską linię pozwalając ciszy na wypełnienie przestrzeni między nimi. Mercer natychmiast z udręki, z którą musiał się mierzyć, przeistoczyła się w rolę, do której została przydzielona - partnera, którego obecność z tyłu ułatwiała mu wykonanie kroku dalej, ponieważ wiedział, że zabezpiecza przestrzeń za nimi.
Wnętrze domu było ciche, głuche. Dywan tłumił odgłosy ich kroków gdy ruszyli wgłąb, rozglądając się wokół. Zimny dotyk broni w jego dłoni dawał mu otuchy nawet, jeśli pozostawała zabezpieczona, a jej lufa wycelowana w podłogę. Nie wiedział do kogo należała krew, której ślady broczyły podłogę, wytyczając im szlak do poruszania się.
W salonie panował nieporządek. Dekoracyjne poduszki leżały porozrzucane na podłodze, na stole leżała otwarta butelka wina i jeden kieliszek, w którym nadal tkwiła odrobina szkarłatnego napoju. Z aneksu kuchennego wydobywał się smród pozostawionego jedzenia, które na przestrzeni ostatnich dni zaczęło już gnić. Z początku podejrzewał, że Veronici tutaj nie było - choć nie na wakacjach, wybyła ze swojego domu w pośpiechu, udając się w inne miejsce. Ale na powierzchniach półek brakowało kurzu, który zgromadziłby się przez dwa tygodnie jej nieobecności, a zaschnięta krew musiała do kogoś należeć.
- Pani Masters? - zapytał głośno, ponownie, gdy jasnym stało się, że w domu panowała głucha cisza. Podążając śladem na podłodze, dostrzegł, że dywan przy samych drzwiach do łazienki był zamoknięty, a spod uchylonych drzwi błyszczała na posadzce woda.
Uniósł broń, z palcem czekającym na dźwigni zabezpieczenia. Drugą dłonią sięgnął do klamki, ostrożnym ruchem ciągnąc za uchylone drzwi.
Wprost do innego miejsca, innego czasu.
Zamarł, stając w przejściu zalanej wodą łazienki. Różowa, rozwodniona warstwa cieczy pokrywała białe płytki, w znajomy sposób zabarwiony krwią. Podczas gdy jego ciało owładnął trans, wzrok z trwogą przesuwał się po skomplikowanym wzorze ceramiki, docierając do podstawy białej, zdobionej wanny.
Do jej czarnych włosów, spływających wzdłuż nieskazitelnie białej armatury. Do nagich ramion, na których wyschły już kropelki wody. Twarzy odchylonej w stronę sufitu, niegdyś mokrej od łez, teraz ciemnej od rozmazanego tuszu do rzęs. Oczu spoglądających w górę, pustych, pozbawionych wyrazu, jakby nieświadomych tego, że duszy schowanej w tym ciele już nie było, że nikt nie mógł z nich korzystać by widzieć.
Głos Mercer dotarł do niego jak przez gęstą barierę, zniekształcony, pozbawiony znaczenia. Odnotował kątem oka, że kobieta wyszła, ruszając by sprawdzić resztę domu, podczas gdy on po prostu tam s t a ł. Tkwił w miejscu, mrugnięciem powiek usiłując rozgonić obraz, który uparcie tkwił przed jego oczami, który zaciskał szpony na jego sercu, targając nim uparcie, ciągnąc go w t y ł.
Zmusił swoje nogi do wykonania kroku, patrząc, jak jego buty zaburzają płaską taflę wody, rozchodząc się kręgami po morzu przeźroczystego różu. Musiał wiedzieć, musiał z o b a c z y ć w jej twarzy kogoś obcego, kogoś, kogo nie widział nigdy wcześniej, by wyrwać się z tego transu, w który wepchnęły go odmęty własnych wspomnień.
Pojawienie się Mercer odnotował z trudem, zawieszony nad kobietą zatopioną we własnej krwi.
- Nie, chyba nie - wychrypiał w odpowiedzi, zmuszając się by odwrócić wzrok, przenosząc go na kogoś ż y w e g o. - Wezwij resztę.
margo mercer
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Obserwowała go też, gdy wróciła na dół, początkowo nie zawracając sobie głowy wyraźną zmianą nastroju, gdy dalej stał nieruchomo, jakby przestrzeń przed nim przestała być miejscem zbrodni. Jakby była dla niego czymś, przed czym usilnie starał się uciec. Widział to przecież niejednokrotnie, miał za sobą wiele rozwiązanych spraw, co więc tak bardzo go poruszyło? Gdy kilka godzin wcześniej weszli na miejsce pierwszej zbrodni, zachowywał się zwyczajnie, tak jakby wszystko co działo się wokół mu spowszedniało.
Teraz coś kliknęło. W nieodpowiednim kierunku. - Potrzebujesz chwili na zewnątrz? - słowa Margo nie były podszyte żadną dozą ironii. Wyłapywała te subtelne momenty, w których nie należało żartować, czując, że przekraczanie granicy niosłoby za sobą niemiłe konsekwencje. Jej partner balansował na cienkiej granicy, a ona nie znając go prawie w ogóle, nie chciała znaleźć się po jej drugiej stronie.
Rejestrując szczegóły, odepchnęła od siebie emocje, sprawdzając to co najważniejsze. Temperaturę wody. Poziom zalania. Pozycja ciała. Nadgarstki. Kąt ułożenia głowy. Zaschnięte plamy. Inne ślady na ciele. Wszystko wpisywało się w schemat, który znała z akt i szkoleń, ale który nigdy nie wyglądał tak samo na żywo. - Tu Mercer - odezwała się, gdy po dwóch sygnałach z drugiej strony usłyszała głos dyżurnego. - W domu Mastersów znaleźliśmy zwłoki jego żony Veronici. Przyślijcie techników, patrol do zabezpieczenia terenu i medyków - podała też dokładny adres, nie wdając się w zbędną polemikę. Wszystko wskazywało na samobójstwo - zrozpaczona zdradą męża żona nie wytrzymała presji, nie udźwignęła psychicznie ciężaru bycia oszukiwaną. Wypiła o dwie lampki wina za dużo, wpadła w szał i zniszczyła piękny wazon w salonie, w gniewie rzucając poduszkami na oślep, a później zapłakana, stojąc przed łazienkowym lustrem, rozbiła je dłonią nienawidząc obrazu, który przedstawiał. Stamtąd droga do ostatecznego odcinka była już prosta - nalała do wanny gorącej wody i bawiąc się odłamkiem popękanego szkła, przesuwała po sinych żyłach na nadgarstkach. Stąd pierwsze, szarpane i nieprecyzyjne cięcie. Druga próba była udana.
Tak mogłoby to wyglądać, gdyby nie mieli drugiego trupa kilka kilometrów stąd i tak niefortunnie się składając - ten był jej mężem. Dwa samobójstwa w nieodległym czasie? Ten sam pomysł jako rozwiązanie piętrzących się problemów w życiu osobistym? Śmierdziało na kilometr.
- Madden - wyprostowała się. - Zabezpieczmy wejście, żeby nie przyciągać zainteresowania sąsiadów do czasu przyjazdu chłopaków - nadal wydawał się być nieobecny. Musiała lekko go pchnąć, bo zdawało jej się, że wypowiadane przez nią słowa rozbijały się w próżni. Raz jeszcze rozejrzała się po łazience, uznając, że mimo wszystko wanna wyglądała zbyt czysto, jak na tak krwawą imprezę.
- Uważam, że to nie przypadek. Nie weszła tam sama - zaopiniowała, gdy wycofali się na zewnątrz.
Rhys Madden
-
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Pytanie przedarło się przez panującą w pomieszczeniu ciszę z impetem wystrzału z broni, która wciąż tkwiła w jego rękach. Drgnął na dźwięk kobiecego głosu, przedzierającą się przez gęstą mgłę wypełniającą jego umysł. Samo jego brzmienie uświadomiło mu z powrotem, że nie był tutaj sam - ale też coś znacznie gorszego.
Że Mercer nie była ś l e p a.
Jego reakcja na znalezienie nieboszczyka była wysoce nieadekwatna do piastowanej przez niego pozycji i zdobytego doświadczenia. Zaklął pod nosem, natychmiast opuszczając dłoń, wsuwając pistolet do kabury w nadziei na to, że ten mechaniczny ruch pomoże mu wznieść z powrotem maskę, za którą chował wylewające się z niego emocje.
- Nie - zaprzeczył, sztywno, czując iskierkę irytacji - jakby w jej głosie wyczuł podszytą troskę, która z kolei kiełkowała na żyznym polu jego bujnej wyobraźni, szybko przekształcając się w litość. A nie potrzebował od niej litości.
Uniósł wzrok znad różowej powierzchni wody na czujne spojrzenie wbite w jego twarz. Odrobina odczuwanej przez niego irytacji stała się jego szalupą, której się chwycił, desperacko przekuwając ją w złość. Nie chciał, by patrzyła na niego w ten sposób. Czuł się odsłonięty, z własnymi słabościami wypełzającymi na powierzchnię zbyt szybko, by zdołał schować je z powrotem w zakamarkach jego zbrukanej duszy.
Złość pchnęła go do wyjścia z łazienki równie skutecznie co delikatny dotyk kobiecych palców na jego plecach. Wyszedł na zewnątrz, do salonu pozostawionego w nieładzie, do stłuczonej wazy i rozrzuconych poduszek. Widział w życiu wiele morderstw, wiele samobójstw, stał w miejscach takich jak ta i opuszczał pomieszczenia takie jak łazienka. Podeszwy jego butów nosiły ślady różowej wody, tak jak zmywał z nich wcześniej szkarłat innych, których odnajdywał w podobnym położeniu.
Ale coś w tym wydawało się znajome.
Albo to, albo wreszcie stanął na krawędzi szaleństwa, do którego doprowadziła go własna żałoba. Instynkt detektywa zaczynał mieszać się z paranoją osoby, która w podobnej łazience zostawiła skrawek swojego człowieczeństwa.
- Nie - powtórzył głucho, bardziej do siebie niż do niej, gdy z kakofonii dźwięków wydawanych przez jego partnerkę usłyszał wnioski, do których dotarła. - Nie weszła.
Ale przecież przeszłość miała zostać w przeszłości. Wiedział to, bo własnoręcznie wydusił z jej gardła iskrę życia. Osoba, która mogła to powtórzyć, tkwiła w nienazwanym grobie, którego lokacji nie chciał znać.
- Zaczekaj tu na nich sama - burknął, ruszając w kierunku wyjścia z mieszkania. Musiał się z niego wydostać. Musiał poczuć słońce na swojej skórze i zimne, ostre powietrze w płucach - powietrze pozbawione smrodu krwi. - Wrócę do biura i zacznę sprawdzać materiały, które nam przywieźli.
Nie zamierzał tkwić w tym miejscu ani sekundy dłużej. Jedno spojrzenie na wannę wystarczyło, by jej szczegóły wyryły się w jego pamięci jak układanka, której niektóre elementy już znał.
margo mercer
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Irracjonalna troska, tak zgodna z jej naturą, kazała jej szybko reagować, dzieląc swoją uwagę jednocześnie pomiędzy sprawę, która powinna być priorytetem a obcego człowieka sprawiającego, że pierwszy dzień na nowym stanowisku był znacznie trudniejszy niż faktycznie powinien.
Pozwoliła mu odejść kilka metrów w głąb salonu, dając iluzję dystansu od otaczającej ich scenerii. Zapach krwi był tu słabszy, rozrzedzony zimowym powietrzem wpadającym przez uchylone drzwi, ale wciąż obecny, wgryzający się w gardło. - Kurwa - rzuciła do jego pleców, gdy w pośpiechu wychodził na zewnątrz, zostawiając ten syf na jej głowie. Tak po prostu. Wyszedł, wydał polecenia i zamierzał się ulotnić. Owszem, zza jego osobistego dramatu wyłaniała się jej szansa na wykazanie się już pierwszego dnia, ale...
Zawsze było jakieś ale. To był jej pierwszy dzień. Pieprzony p i e r w s z y dzień. Miała działać, ale we współpracy z nim. Miała go obserwować, uzupełniać, wspierać. Nie potrzebowała, by prowadził ją za rękę, ale to wszystko znała tylko z teorii. Aby przekuć wiedzę w praktykę musiała się uczyć, nie było miejsca na popełnienia błędów; nie w sprawie, w której mieli dwa trupy, a ich śmierć ktoś za wszelką cenę próbował upozorować na samobójstwo.
Słyszała jego kroki, szybkie, ciężkie, brzmiące jak ucieczka. Wyszła za nim na mroźny dwór, rozkładając ręce: - Jak to wrócisz do biura? - powtórzyła, jakby miało to sprawić, że wypowiedzenie tych słów na głos raz jeszcze, sprawi, że sam zrozumie ich absurdalność. I zaprzeczy. - Słuchaj, jesteś mi potrzebny. To mój pierwszy dzień, kurwa - rozłożyła ręce, zauważając, jak te same dwie pary oczu spoglądające na nich przed paroma minutami, znowu to robiły. Mieli ciekawską widownię pośród sąsiadów, już nie tylko tych jednych, bo dołączali do nich kolejni. - Jeśli widok tej kobiety w jakiś sposób...- urwała, nie znajdując odpowiednich słów. Przymknęła oczy, biorąc głęboki oddech: uśmiech, spokój, empatia i wsparcie - powtórzyła. - Możesz zająć się sprawdzeniem reszty domu, ja ogarnę ten bałagan w łazience i salonie - zaproponowała, słysząc w oddali dźwięk policyjnych syren. Ich wsparcie będzie tu lada chwila. - Nie zostawiaj mnie samej - to nie była prośba, duma nie pozwoliłaby jej tego wyartykułować. Jej głos nie drżał, nie zająknęła się, nie brzmiała na przestraszoną.
Potrzebowała wsparcia. Została sama. Słowa, jak wszystkie wcześniejsze, odbiły się w próżni. W chwili, gdy pod domem pojawiły się patrole, Madden bez słowa wsiadł do auta i odjechał. - Niewiarygodne - w jednej chwili odczuwana wcześniej troska - wyparowała. Zostawił ją samą, niech go szlag.
Potrzebowała dwóch minut, aby wejść w tryb zadaniowy, przekazać wszystkie niezbędne informacje przybyłym służbom i wrócić do środka. Dopiero teraz na spokojnie i z dokładnością przyglądała się salonowi. Na drzwiach i oknach nie było śladów włamania, poza stłuczoną wazą, na wpół opróżnionym kieliszkiem wina i poduszkami w nieładzie, dostrzegła na jasnym dywanie zabrudzenia od ziemi, które ktoś próbował rozetrzeć. Jeśli na podłodze znajdowały się jeszcze jakieś ślady - niestety zmyła je wdzierająca się do salonu woda zmieszana z krwią. - Mieli kamery, zabezpieczcie obraz - poprosiła młodego chłopaka, który ją mijał. - Przepytajcie też sąsiadów czy widzieli coś niepokojącego. Ci z naprzeciwka wydają się być bardzo zaciekawieni życiem innych, może będą coś dla nas mieć - wskazała na starsze małżeństwo, kierując się później do łazienki, w której pracowali koroner i technik.
- Nie żyje od co najmniej 72 godzin - przekazali. - I na pewno mogę powiedzieć, że to nie jest miejsce, w którym zmarła. Nienaturalna pozycja ciała, cięcie na nadgarstku jest szarpane i pod dziwnym kątem - wyjaśnili coś, co Mercer podejrzewała już po pierwszych oględzinach. - Mamy też ślady krwi za wanną - wskazała na miejsce obok toalety, gdzie przelewająca się woda nie zdołała dotrzeć, a ten kto pomógł Veronice się tu znaleźć - nie posprzątał.
17:47.
Spędziła na miejscu ponad dwie godziny zanim poprosiła, aby jeden z patroli odwiózł ją na komisariat.
Rhys Madden
-
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Ale najtrudniejsze nie czekało ich teraz, czekało ich właśnie w b i u r z e. Protokoły były niczym innym, jak tkwieniem w tym miejscu w roli jego strażnika, grzebaniem w rzeczach, które i tak zostaną zgarnięte przez innych policjantów. Prawdziwe wyzwania czekały na nich z powrotem w komisariacie, gdy będą musieli poskładać te klocki w jedną układankę - nie tutaj, gdzie zwyczajnie oni, lub ktokolwiek inny miał te klocki pozbierać.
Wypuścił powietrze z ust na dźwięk jej oburzenia. Stając przed domem, na zewnątrz, wracała do niego odrobina krytycznego myślenia i jakaś jego cząstka zastanawiała się nad tym, co mówiła do niego Margo. Mógł przecież zostać. Mógł ją wesprzeć, bardziej psychicznie niż w inny sposób, bo nie czekało ich nic trudnego do zrobienia.
Aż wreszcie dotarła do t e j kobiety.
Odwrócił się na pięcie w jej stronę, ze wściekłością migoczącą w zwykle oszczędnej mimice. Nie łudził się, że Mercer nie dostrzegła specyfiki jego reakcji na trupa, którego znaleźli w łazience. Ale czym innym był mieć tego świadomość, czym innym było to u s ł y s z e ć. Wywlec jego słabość na światło dzienne, wsadzić na piedestał jako powód, dla którego nie był w stanie dopełnić swoich obowiązków.
- Jesteś pieprzonym detektywem, Mercer - warknął ze złością, gdy samo wspomnienie leżącej w wannie kobiety przestawiło go z pasywnego trybu w ofensywny - ten, w którym czuł się najlepiej, który dawał mu u k o j e n i e. - Technicy zbiorą materiał dowodowy, reszta zabezpieczy miejsce zbrodni, koronerzy zajmą się trupem. Czego ode mnie oczekujesz? Że będę tkwił tu z tobą i trzymał cię za rękę?
Odsunął się, wsuwając dłonie do kieszeni kurtki. Broń, która znów znalazła się w kaburze, zaczynała mu ciążyć.
- Mamy dwa trupy i podejrzane okoliczności, nie zamierzam marnować tutaj czasu zaganiając emerytów do swoich domów kiedy mamy stos materiałów do przewalenia na komisariacie - prychnął, odwracając się w stronę zaparkowanego przy drodze auta. - Od tego mam ciebie, partnerze.
Żegnając ją tymi sarkastycznymi słowami ruszył do swojego samochodu pełen gniewu. Świadomość tego, że do całej listy powodów, dla których Mercer go nie znosiła, doszedł jeden więcej, nie ciążyła mu specjalnie na jego barkach - przy tej skali jeden więcej nie robił w końcu żadnej różnicy.