ODPOWIEDZ
36 y/o
For good luck!
168 cm
work it faster, make it better at nilsinger's.
Awatar użytkownika
brain yoga, baby, namaste
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitoster/wanna
typ narracjitrzecioosobowy narrator omniscjentny
czas narracjiprzeszły, czasem teraźniejszy
postać
autor

5.

Silnik Genesis ucichł dopiero za drugim przekręceniem kluczyka.
Inari przez chwilę siedziała nieruchomo z dłońmi opartymi o kierownicę. Tempo dnia, który dawno wymknął się spod kontroli, jeszcze spoczywało na jej barkach i wywoływało zmęczenie pod oczami. Zegar na desce rozdzielczej nie pozostawiał złudzeń — trzydzieści siedem minut spóźnienia. Spotkanie w biurze Nilsinger's przeciągnęło się. Oczywiście.
Thomas Greene pozwolił sobie na elaborowanie, od którego głowa bolała. Choć był zadowolony, że nikomu nic się nie stało prawie tydzień temu na jego piętrze, miał manierę wbijania szpilek wpisaną w rasową uprzejmość znaną Brytyjczykom. Tym pochodzenia kanadyjskiego również. W efekcie Inari poczuła, że straciła tylko dwie godziny z życia na spotkanie, które mogło zostać rozwiązane dwoma mailami. Najwidoczniej Greene uznał to za adekwatną „naganę” — czas to pieniądz. Gdyby mogła, Inari rzuciłaby ten koncept w cholerę, ale w grę wchodziło dobre imię biura.
Nilsinger oparła się o zagłówek i odetchnęła głęboko. Uniosła wzrok.
Dom Kilroy nie próbował się ukrywać.
Rozciągał się nisko i szeroko, niemal równolegle do linii terenu — chłodna, współczesna interwencja w miejscu, które przez dekady opierało się takim decyzjom. Przeszklone fasady odbijały wieczorny ton, beton trzymał formę, a wysunięta bryła górnej kondygnacji balansowała na granicy demonstracji i wyliczenia. Za dużo szkła. Za mało pokory.
Pokiwała głową z uznaniem. Ale spójne. Jej spojrzenie przesunęło się dalej — poza sam budynek, na drzewa stare, wysokie i rozłożyste. Klony oraz dęby, które pamiętały więcej niż ten dom i większość ludzi w tej dzielnicy. Ulice w tej części nigdy nie były projektowane pod ekspozycję, tylko zgodnie z rytmem życia — kręte, miękkie, prowadzące od A do B.
Pięćdziesiąt lat temu to miejsce wyglądało inaczej. Nie w sensie drzew, bo te pozostały. Architektura The Kingsway była grzeczniejsza. Domy z cegły, które udawał Anglię przeniesioną za ocean. Tudor, Arts and Crafts, wykusze, połacie dachów łamane tak, żeby wyglądały na starsze, niż były. Wszystko zatwierdzane, kontrolowane, wpisane w wizję jednego człowieka, który chciał tu stworzyć „kawałek Anglii” w Kanadzie. Żadnych eksperymentów, żadnych kondygnacji bryłowatych, żadnego szkła, które wystawia wnętrze na widok, jak produkt w galerii. To miała być dzielnica, która zatrzymała epokę. I przez długi czas to nawet działało.
Inari wysiadła. Drzwi zamknęły się cicho, niemal bez echa. Powietrze było chłodne, wieczór wygładzał ostre krawędzie brył i odbić. Światło z domu Kilroy rozlewało się po ogrodzie i wracało do niej w tafli basenu na tyłach. Nowa architektura zawsze zdradzała się nocą. Za dnia można było ją jeszcze wpisać w kontekst okolicy, ale wieczorem — świeciła.
Szła w stronę wejścia spokojnie, niski obcas eleganckich półbutów uderzał o nawierzchnię równym rytmem. Ten dom nie próbował się dopasować. Nie udawał, że jest częścią ciągłości, tylko był manifestem albo prowokacją i Inari uznała, że to świetnie pasuje do tak pretensjonalnej osoby, jak Niamh Kilroy. Zatrzymała się przed drzwiami. Gładka tafla. Brak klasycznej klamki. Minimalistyczne przesunięcia płaszczyzn, które miały sugerować kontrolę nad detalem. Demonstracja. Jej odbicie w szkle było ostre. Poprawiła mankiet skórzanego płaszcza, wygładziła niewidzialne zagięcie. Twarz miała już taką, jaką powinna. Ścisnęła mocniej rączkę eleganckiej aktówki. Sięgnęła do dzwonka i nacisnęła przycisk. Solidny, krótki sygnał, nie urokliwa melodyjka. Zamek odpowiedział natychmiast szczękiem. Drzwi uchyliły się płynnie.
W progu stanęła dziewczyna. Zgrabnie zaczesała blond włosy za ucho i obrzuciła Inari pytającym spojrzeniem, co w kontraście do domowych dresów oscylujących na granicy różu a fuksji wyglądało, jakby urwała się z domu dla lalek. Za młoda, żeby pamiętać, jak wyglądała ta dzielnica, zanim zaczęła się zmieniać. Za bardzo do niej pasująca, żeby była przypadkiem.
No, nareszcie — wypaliła dziewczyna i otworzyła szerzej drzwi. — Dłużej się nie dało? Nawet nie wiesz, jak bardzo mama jest wściekła.
Nilsinger uniosła brwi.
Słucham?
Raptem totem odpaliła wino i zaszyła się w kuchni. — Zmarszczyła nos i pomachała dłonią przed twarzą, jakby odganiała dym. — To, co z niej dochodzi, śmierdzi mi voodoo na milę.
Voodoo…?
Mamie nie każe się czekać.— podkreśliła poważnie, kręcąc głową z pożałowaniem. — Przechlapane, pani Nilsinger. — Na chwilę zapadła cisza, ale dziewczyna zaraz rozpromieniła się: — Szczęście, że jestem w domu! Uratuję cię przed paskudnym losem.
Tak? — Kąciki ust lekko drgnęły. — Moja wybawicielka ma jakoś na imię?
Corinne. Ale coś mi mówi, że jesteś spoko, więc mów mi Ronnie. — Energicznie wyciągnęła rękę i uścisnęła dłoń Nilsinger. — Fajnie w końcu poznać źródło inspiracji niecenzuralnych tekstów w naszym domu.
Na to nie mogła zareagować inaczej, jak rozbawionym parsknięciem.
Kiedyś mama wydrukowała twoje zdjęcie i rzucała w nie rzutkami w salonie.
Inari zmilczała.
Żartuję! To było zdjęcie jakiegoś brzydkiego babsztyla. Chyba z rady miejskiej. Wygooglowałam cię, kiedy kazała mi posprzątać chatę na błysk. — Wskazała ruchem właściwym prezenterom telewizyjnym przedsionek domu a po chwili dość pretensjonalnie (jak matka), wciągnęła Inari do środka. Drzwi trzasnęły za nimi. — Cały czas marudziła, że jest za dużo kurzu — szepnęła konspiracyjnym tonem. — To spytałam: królowa Anglii nas ma odwiedzić? Poderwałaś jakiegoś landlorda w okolicy? Przystojniak od ogrodu na wieżowcu zaprosił cię w końcu na randkę? Dlatego tak się stroisz? — Ronnie cmoknęła pretensjonalnie. — Cały dom jest w jej perfumach... bleh. — Wzdrygnęła się, jakby paraliż węchu odpuścił i silna woń znów uderzyła ze zdwojoną siłą. Wraz jednak zmierzyła Inari od góry do dołu i uśmiechnęła się tajemniczo. — Ty nie jesteś brzydka. I nosisz tegorocznego YSL! Jeśli cię zabije w afekcie, mogę dostać twój płaszcz?
Jesteś bardzo wygadana i masz oko do... adidasa. Zostań przy nim, co?
Wiadomo! Trzy pasy, dowód klasy! — Śmiech Ronnie poniósł się po posadzce. Inari nie mogła odpędzić się od myśli, że brzmiał wyjątkowo przyjemnie dla ucha. — Ale serio. Umówisz się z nią? Faceci w dzisiejszych czasach to utrapienie a ja chętnie miałabym dom wolny dla siebie w następny weekend.


Niamh R. Kilroy
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Anonim's Gal
pierwsza osoba, absurdalne przecinki i jeśli za dużo się dzieje bez ładu i składu
ODPOWIEDZ

Wróć do „#5”