ODPOWIEDZ
27 y/o
For good luck!
166 cm
właścicielka kwiaciarnio-kawiarni "Seasons"
Awatar użytkownika
been there, done that, messed around.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

she pulls you in her deadly embrace
like a wilted flower


Szum drzew, zgiełk ulicy, zapach kwiatów wypełniający nozdrza..to był jeden z tych poranków, dla których August aż chciało się żyć. Świat wydawał się lżejszy, mniej wymagający, jakby na chwilę przymykał oko na wszystkie problemy. A ona? Ona od dawna nauczyła się z tej pobłażliwości korzystać. Nie brała życia zbyt serio. Nie dlatego, że było łatwe… wręcz przeciwnie. Po prostu wiedziała, że jeśli zacznie analizować każdy krok, każde potknięcie i każdą bliznę, to ugrzęźnie. A ona nie chciała stać w miejscu. Wolała się śmiać, nawet jeśli czasem było to trochę na przekór wszystkiemu.

A dziś miała na to powód!

Za tydzień wielkie otwarcie jej kwiaciarniokawiarni „Seasonal”. Wsunęła słuchawki w uszy, przeciągając się lekko, jakby zaraz miała wejść na scenę. Klik - i już pierwsze dźwięki Rascal Flatts - Life Is a Highway rozlały się w jej głowie. I to był ten moment. Zamiast po prostu zacząć sprzątać, August pozwoliła, żeby muzyka przejęła kontrolę. Najpierw subtelne kołysanie biodrami. Potem krok w bok, obrót i miotła w jej dłoniach nagle stała się partnerem do tańca. Sunęła po podłodze, zamiatając kokardy i tasiemki. Obracała się wokół własnej osi, podśpiewując pod nosem, czasem nawet robiąc teatralny ukłon do… nikogo.
Zdarzało jej się potknąć… szczególnie kiedy za bardzo się zapędziła i biodro wraz z prawą nogą przypominało o sobie znajomym, ostrym bólem. Wtedy tylko syknęła cicho, zwolniła na moment… i zaraz wracała do swojego rytmu. Ostrożniej, ale dalej z tym samym błyskiem w oczach. Śruby w kościach nie definiowały jej ruchów. Były tylko dodatkiem. Po chwili podparła się biodrem o blat, wyciągając jedną słuchawkę z ucha i marszcząc lekko nos, gdy wpadła na coś według niej genialnego - Samplery! - mruknęła do siebie. - Ludzie przecież kochają darmowe rzeczy. - Nie zastanawiała się długo. Wcześniej upiekła malinowe brownie, więc teraz tylko pokroiła je na równe kawałki, zapakowała do małych pojemniczków i wrzuciła wszystko na tackę. Chwilę później stała już na zewnątrz, opierając ciężar ciała bardziej na zdrowej nodze, raz po raz uśmiechając się do przechodniów.- Hej, darmowe brownie? - rzucała co jakiś czas, unosząc lekko tackę z uśmiechem na twarzy.

Tyle że… nikt się nie zatrzymywał…

Jedna osoba przyspieszyła kroku. Druga nawet na nią nie spojrzała. Trzecia minęła ją tak, jakby nosiła ze sobą jakąś zaraze. August zmrużyła oczy, unosząc brew. Serio? - Wow. Tough crowd - mruknęła pod nosem, kręcąc głową z niedowierzaniem. Już miała wracać do środka, kiedy nagle jakiś typ pojawił się obok niej jak znikąd. - I WANT NOODLES, HYHYHY! - wrzasnął, zanim zdążyła zareagować. I po prostu… wyrwał jej tackę z rąk. - Ej!!! - urwała, patrząc za nim z niedowierzaniem. Sekundę później wkurwienie uderzyło ją z pełną siłą. - chyba sobie ze mnie żartujesz - rzuciła pod nosem, ruszając za nim biegiem.. Biegła za nim, ignorując lekkie ciągnięcie w nodze, krzycząc, żeby się zatrzymał. Adrenalina zrobiła swoje.. przez chwilę nawet nie czuła bólu,- Oddawaj to!!! - zawołała, oglądając się przez ramię, żeby sprawdzić, czy ktoś w ogóle reaguje. I to był błąd. Bo kiedy odwróciła głowę z powrotem, było już za późno. Wpadła na coś - a raczej na kogoś - z pełnym impetem. Krzyk wyrwał się z jej gardła, a świat na sekundę się rozmazał. Chwilę później leżała już na czyjejś klatce piersiowej, próbując złapać oddech i zrozumieć, co właśnie do cholery się stało. Chuchnęła w górę, odgarniając grzywkę z oczu, i spojrzała na twarz mężczyzny. Przez ułamek sekundy wyglądała na zdezorientowaną. A potem… się uśmiechnęła. Szeroko. Zupełnie bezwstydnie, jakby leżenie na czyichś klatkach było najzwyklejszą rzeczą w jej codzienności. Newsflash, nie było. Dopiero po chwili dotarło do niej, że w jednym uchu wciąż gra muzyka. Cholera, zgubiłam słuchawkę. I że… nadal na nim leży.. - Oh - podniosła się szybko, otrzepując ubranie. Bez większego zawahania wyciągnęła do niego rękę.- August Winters - powiedziała, z uśmiechem.- Jakiś żul ukradł mi brownies i zgubiłam słuchawkę…- Przechyliła lekko głowę, mrużąc oczy, teraz dopiero mu się dobrze przyglądając. No i fakt faktem.. było na co popatrzeć.

jakiś wielki typek
32 y/o
Mark your calendar for Canada Day
197 cm
robi dyplom pomiędzy pracami
Awatar użytkownika
come as you are
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkija?
typ narracjitrzecia osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Za dużo do zrobienia, za mało czasu; zawsze ten sam problem, okay? Jego zawód nie pozostawiał zbyt wiele czasu wolnego, a jak do tego dodać personalne zobowiązania, nadgorliwą matkę (na starość jej się zachciało pamiętać o istnieniu syna, typowo), najlepszego przyjaciela, jego głupie pomysły i ślub pod wielkim znakiem zapytania, jego nie-dziewczynę, która coraz częściej sprawiała, że zastanawiał się, czy to wszystko miało sens... A to był dopiero początek. I on się dziwił, że tracił głowę?
Spacer zwykle pomagał. Nie ważne, czy ze słuchawkami w uszach, czy bez, ale była to jedna z jego ulubionych form medytacji. Był sam ze sobą, co w sumie całkiem lubił, nikt nie zawracał mu głowy, co naprawdę bardzo lubił i do tego trzymał swoje ciało w ruchu, co było absolutnie jego ulubioną częścią bycia żywym. Bez sensu. Ah, cholera, wszystko wydawało mu się bez sensu i nawet na tym spacerze miał wrażenie, że nic nie jest na swoim miejscu. Jakoś tak.. Z tyłu głowy ciągle pojawiała się myśl, że o czymś zapomina, że miał coś zrobić, ale teraz już było za późno i.. Oddychaj. Czasami zapominał. Czasami irracjonalny strach czy nerwowość przejmowały jego ciało, zaciskając wokół klatki pasek, drżeniem dłoni odbierając mu możliwość działania.
Nienawidził tego. Nienawidził się tak czuć, bez możliwości skupienia myśli, z paraliżem zabraniającym podejmowania decyzji i, co najgorsze, akcji. Więc szedł do przodu. Gdzie nogi poniosą, przekraczając ulice tam, gdzie akurat było zielone i pozwalając losowi podejmować decyzje za niego. Zdecydowanie był to jakiś rodzaj medytacji, prawda?
Nagły ruch, podnoszący jego wewnętrzny alert, zapalający ostrzegawcze światełko z tyłu głowy. Zignorował je. Jakiś człowiek bez domu śmignął obok i, wydawało mu się, że śmiał się jak opętany? Aż przystanął, obracając się za nim, marszcząc brwi, przez moment rozważał, czy powinien pytać, ale nie, to nie był dzień na akcję najwyraźniej. Odwrócił się, łapiąc głębszy oddech i już miał wzmóc swój mały medytacyjny spacerek, kiedy coś uderzyło go w klatkę. Mocno. Na tyle mocno, że stracił równowagę, runął w tył płasko na dupę z głuchym, ciężkim westchnieniem względnie łapiąc się na przedramionach z tyłu. Ouch. - ..helvete. - wymamrotał pod nosem, w dodatku nadal czując na sobie ciężar i kiedy spojrzał w dół, zobaczył tylko burzę czekoladowych w kolorze włosów. Okay, absolutnie nic z tego wszystkiego nie rozumiał.
Usiadł, gdy nieznajome stworzenie się z niego podniosło, potrząsnął głową, jakby chcąc z siebie zrzucić resztki impetu. Jeez. Z wciąż zmarszczonymi brwiami podniósł spojrzenie na nieznajomą - kobietę, z tego co wywnioskował po głosie, mimo męskiego imienia. Oh. Zamrugał szybko, rysy twarzy straciły swoją srogość natychmiastowo, kiedy przyglądał się nieznajomej absolutnie bez cienia zrozumienia. Serce zatłukło się boleśnie w jego klatce, spojrzenie przesunęło po jej rysach i, drogi boże, nigdy nie widział piękniejszej istoty.
Siedział na dupie na chodniku i gapił się na nią jak ciele w malowane wrota, prawdopodobnie błyszczącymi w zachwycie ślepiami. Halo? Oh. Tak. Powinien się ogarnąć. Pozbierał się szybciutko do pionu, otrzepując pobieżnie, ani na moment nie przerywając kontaktu wzrokowego z nieznajomą. Z August. - Hey, Theo.. czekaj, co? - podał jej dłoń, krótki przeskok elektryczności posłał przyjemny impuls gdzieś w głąb jego klatki piersiowej. Zamiast się na tym skupiać, zerknął w stronę, w którą pobiegł pan żul, nadal trzymając jej dłoń i.. Parsknął śmiechem, spojrzenie znów wylądowało na jej twarzy. - Ze słodyczami możesz się pożegnać chyba.. Ale mogę ci pomóc szukać słuchawki? - zaproponował pogodnie, spisując na straty te babeczki, bo nawet jeśli byłby w stanie dogonić tamtego faceta, wątpił, żeby były zdatne do spożycia. Nie ryzykowałby.

promyczek?
LemonSpice
none
27 y/o
For good luck!
166 cm
właścicielka kwiaciarnio-kawiarni "Seasons"
Awatar użytkownika
been there, done that, messed around.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

To zdecydowanie nie był dzień na błędy. Na żadne przystanki, żadne rozkojarzenia. Miała przecież plan - co prawda wymyślony jakieś pół godziny wcześniej, ale jednak plan - i zamierzała go doprowadzić do końca. A tymczasem jakiś świr nie dość, że podjumal jej ciasto, które tak dzielnie piekła rano, to jeszcze gdzieś zapodziała słuchawkę. Na dodatek wylądowała na klacie jakiegoś kolesia, który - gdyby tylko chciał - mógłby ją bez problemu owinąć ramionami i tak o, tyle by ją było widać. Naburmuszyła się na moment, wyraźnie niezadowolona z własnego pecha - choć, patrząc z innej strony, może i odrobiny szczęścia. Chwilę później jednak uniosła brew i ścisnęła jego dłoń na powitanie.

Theo. Czyli tak miał na imię. Drzewo, na którym mogłaby zawisnąć jak koala. Noted. I chyba właśnie w tej jednej, absurdalnej chwili uznała, że los ma do niej wyjątkowo przewrotne poczucie humoru. -Theo, tak? Od Theodore? Czy tak po prostu Theo? - uśmiechnęła się delikatnie, po czym zerknęła gdzieś w oddali, gdzie jakiś typ bezczelnie wcinał jej ciasto. - Ugh, co za świństwo - mruknęła pod nosem, zaraz wracając spojrzeniem do nowo poznanego chłopaka. - okej tak, słuchaj… pomoc jak najbardziej się przyda. Przebiegłam ooo stamtąd! - odwróciła się i wskazała palcem kierunek, z którego przybiegła. - Jeśli pomożesz mi znaleźć słuchawkę, poczęstuję cię ciachem i dobrą kawką - uśmiechnęła się szeroko. - Nie przyjmuję odmowy. A i nie będziesz żałował - spróbujesz wszystkiego jeszcze przed samym otwarciem “seasonal”- Zatrzymała się na moment, przypominając sobie najważniejszy punkt śniadaniowy. - Mojej kwiaciarniokawiarni! - dodała z dumą, zerkając na niego i wlepiając w jego posturę oraz cholernie niebieskie oczy swoje uważne spojrzenie. Musiała zadzierać głowę naprawdę wysoko, żeby dobrze mu się przyjrzeć. Sama miała metr sześćdziesiąt sześć i mogłaby przysiąc, że jeśli jeszcze chwilę tak postoi, to szyja jej po prostu odpadnie, ale coś jej mówiło, że dla takiego widoku warto było zaryzykować nawet lekkie zakwasy.

pan drzewo
32 y/o
Mark your calendar for Canada Day
197 cm
robi dyplom pomiędzy pracami
Awatar użytkownika
come as you are
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkija?
typ narracjitrzecia osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

- Blisko. - rzucił, wzruszając lekko ramionami, gdy celowała w imiona, które wydawały się racjonalnymi strzałami.. Jeśli byłby Kanadyjczykiem. Nope, dziki mix narodowości. - Zwykle mówię Theo, bo łatwiej wypowiedzieć niż moje pełne imię? Matheo Arvid Bachmann. - pozwolił, żeby obcy akcent wkradł się do jego głosu, kiedy wypowiadał swoje legalne imię, rozbawione iskierki zatańczyły w zimnych oczach, które.. W sumie tylko z koloru były zimne. Spojrzenie miał ciepłe, nijak nie byłby w stanie ukryć, że wielkość serca odpowiadała reszcie gabarytów. - Więc.. Theo. - rozłożył ramiona finalnie w niewinnym geście. Bawił go sposób w jaki Kanadyjczycy wymawiali jego.. wszystko. Imię, nazwisko, chociaż do tego drugiego to już się przyzwyczaił, słyszał każdą możliwą wersję.
- Mmm, tak, masz moją uwagę na "ciastko". - był absolutną suką na słodycze i nie, nie było mu wcale wstyd z tej racji. Gdyby nie to, że absolutnie nie potrafił usiedzieć na miejscu i potrzebował ćwiczeń, żeby nie zwariować, pewnie nie mieściłby się w drzwiach. Theo-kula. - Kawa może mnie posłać do spania, więc wezmę drugie ciastko w zamian, deal? - za wcześnie było, żeby cierpieć na energetyczny zjazd, zwłaszcza, że później chciał wpaść do restauracji i poprzeszkadzać trochę przy zamknięciu... Albo przynajmniej pójść na siłownie, jak już normalni ludzie pójdą spać.
Przyglądnął się jej z czymś, co musiałby nazwać rozczulonym rozbawieniem, gdy tak mu trajkotała, o.. wszystkim. Swoim biznesie, co, swoją drogą, było całkiem imponujące. Założył, że była młodsza od niego, ale może się mylił? - Muszę powiedzieć matce, zwariuje na punkcie tego połączenia. - rzucił żartobliwie, chociaż prawda była taka, że jego rodzicielkę trochę popierdoliło na punkcie zieleni. Zielono w domu, zielono w ogrodzie i, co z tego, że miała szmal na ogrodnika, skoro synowi się wiecznie "nudziło" i nie posiadał własnej rodziny, więc miał zawsze wolne, prawda? Położył jej na moment dłoń płasko, wysoko na plecach, by nie wpadła komuś pod nogi przypadkiem. Miał wrażenie, że jej świadomość przestrzenna pozostawiała wiele do życzenia, ale z jakiegoś powodu uważał to w tym konkretnym przypadku za absolutnie urocze. Pociągnął ją dalej, niespiesznym spacerem w dół ulicy, odnotowując, by uważać zarówno na siebie, jak i na nią; ludzie czasami nie patrzyli jak łażą, huh.
- Ah, got it. - mruknął, wypatrując biedną, porzuconą słuchaweczkę, zanim przykucnął, by ją podnieść. Zaraz wyciągnął do niej dłoń, wciąż na kuckach. - ..oddaj je do czyszczenia, czy coś, albo może to ja jestem pedantem. - być może był, wcale by się nie zdziwił; posłał jej łagodny uśmiech tak czy siak. Koniec końców to co wkładała sobie w uszy czy gdziekolwiek indziej, nie było jego sprawą, nie?

ok szefowo
LemonSpice
none
27 y/o
For good luck!
166 cm
właścicielka kwiaciarnio-kawiarni "Seasons"
Awatar użytkownika
been there, done that, messed around.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

trigger warning
wspomnienie o nowotworze
Najdalej, gdzie August kiedykolwiek była w swoim życiu, byli lekarze, operacje i cudowny trunek, który powolutku cię wyżera od środka - chemia. W pewnym momencie swojego życia, jeszcze jako nastolatka, żartowała, że powinna wpisać sobie amerykańską narodowość tylko dlatego, że bywała częściej w szpitalu Hopkinsa niż w domu w Toronto. Na szczęście jej ojciec był wysoko postawionym sierżantem w wojsku, amerykańskim obywatelem, a matka Kanadyjką. Udało im się kupić dom w Toronto jeszcze w latach dziewięćdziesiątych. Ojciec musiał podróżować do Stanów albo innych krajów na redeployment, ale August mogła zostawać z matką w domu. No, chyba że akurat - tak jak wtedy - praktycznie mieszkała w szpitalu. Dzięki znajomościom ojca jakoś udało im się oplacic całe to leczenie. Poza tym? Nie zajrzała nigdzie dalej. Nie z arogancji. Mimo tego całego carefree życia, które próbowała prowadzić, gdzieś głęboko siedział w niej strach, że ten wielki C-fucker wróci. A gdyby tak się stało, to miała w kącie mieszkania rękawice, gotowa walczyć jeszcze raz.

Uniosła brew, słuchając Theo, i uśmiechnęła się szeroko, gdy jego akcent nagle się zmienił. -Woah - wydusiła z siebie, a chwilę później spróbowała powtórzyć to, co powiedział, niemal na bezdechu, kompletnie mieszając jego drugie imię z nazwiskiem, po czym wybuchnęła śmiechem. - Zostanę przy Theo. - Uśmiechnęła się do niego. - Matheo tylko wtedy, jeśli sobie u mnie nagrabisz. - Rozejrzała się szybko, próbując ogarnąć, z którego właściwie kierunku przybiegła, bo August miała cholernie słabą orientację w terenie. Musiała koniecznie zrobić z nim jakiś deal w kwestii ratunku, więc kiedy zobaczyła jego reakcję na propozycję, uśmiechnęła się i przewróciła oczami. - Słuchaj, moja kawa tylko stawia na nogi, ale dobra, w tym przypadku dwa ciacha on the house. Jeszcze będziesz wracał po więcej, uprzedzam. - Puściła mu oczko. - Jakby mamie się nudziło, to zapraszam na warsztaty z latte art i układania różnych kwiaciarskich kombinacji. Za tydzień, w sobotę!- Uśmiechnęła się, po czym szybko się wzdrygnęła, gdy jakiś rowerzysta przejechał obok w niepokojącym tempie. Już miała coś powiedzieć, ale poczuła jego dłoń na plecach, stabilizującą ją.-Dzięki, jesteś jak moja prywatna ściana ochronna - zaśmiała się.

Kiedy szli dalej i po chwili zauważył jej słuchawkę, podskoczyła z ekscytacji, niemal od razu tego żałując, bo zdecydowanie przeceniła swoje możliwości, a śrubki znów zaczęły dawać o sobie znać. Skrzywiła nos i spojrzała na niego, zmuszajac sie do usmiechu, ktory de facto dalej byl szczery. - Yay! - odebrała od niego słuchawkę, wyjęła drugą z ucha i wsunęła ją do kieszeni spodenek. - Dobra, teraz ciacho. Idziemy tam, o! - Szli coraz bliżej, aż chwilę później ukazała się jej kwiaciarnia. Weszli do środka, a ona od razu przeszła za ladę. - Excuse the mess - rzuciła, otwierając gablotkę. Wyjęła jedno owsiane ciacho z owocami i drugie - triple chip cookie z jej własnej receptury. Położyła je na talerzykach, po czym podeszła do niego i uniosła jeden w jego stronę.-Proszę przyjąć te dary w ramach podziękowania i proszę dać mi znać, które jest lepsze. I czy trzymać oba w menu, czy jedno wyjebać. - Zmarszczyła nos. - Proszę o totalną szczerość.

gigant
32 y/o
Mark your calendar for Canada Day
197 cm
robi dyplom pomiędzy pracami
Awatar użytkownika
come as you are
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkija?
typ narracjitrzecia osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Niewiele wiedział o świecie leczenia nowotworów, mimo że w rodzinie miał panią onkolog.. Wiedział tylko, że rak ssał i generalnie jebać raka. Jedyna chemia, jaką rzeczywiście mógł całkiem zrozumieć, to ta międzyludzka i.. Nie, doświadczenie jej tego dnia nie było na jego bingo-karcie. Jej uśmiech go zarażał. Był pewny, że w śmiechu już się zakochał, a w oczach mógł roztopić. Idiotyczne, prawda? Nie wiedział o niej nic oprócz tego, że miała zabawne imię, posiadała kawiarnię i chyba miała coś z błędnikiem, albo przynajmniej z orientacją w terenie. Wydawała się mówić więcej od niego i jeśli kiedykolwiek spotkał osobę, która mogła mu dotrzymać kroku w szybkim toku myślenia i akcji, to chyba właśnie ją poznał. Był.. Urzeczony? To chyba było najbardziej odpowiednie słowo.
- Hyggelig å møte deg. - powstrzymał szeroki uśmiech na moment, gdy kłaniał się jej dwornie w pół; pozwolił sobie wyszczerzyć w uśmiechu, kiedy znów się wyprostował. Dobra, zwykłe "hyggelig" byłoby bardziej... realne? W tym kontekście, gdzie dwójka nieznajomych spotykała się na ulicy; kolokwialnie, nie formalnie, luźno i bez zbędnych upiększaczy.. Ale może chciał się popisać. Wolał też norweski niż niemiecki, był mu bliższy sercu, podobnie jak kraj sam w sobie.
Jego serce znów zatrzepotało skrzydłami, kiedy.. puściła mu oczko? Robiła to też w tak niewinny i lekki sposób, że nie mógł się nie uśmiechnąć.
- Uważaj, bo jak się uzależnię, to będę tu codziennie. - dobra, może przesadzał, bo nawet nie wiedział gdzie go nogi poniosły tego konkretnego dnia i czy miałby czas, żeby rzeczywiście zatrzymywać się w okolicy częściej.. Mógłby ten czas znaleźć. Był całkiem uparty, jeśli chciał i, może nawet użyłby matki jako wymówki, by pojawiać się w tym miejscu częściej? - Tak, zdecydowanie brzmi jak coś, czym chętnie by się zajęła. - i przy okazji zatrudniła go jako szofera, bo przecież nie będzie jej się chciało prowadzić, prawda? Nie pamiętał, kiedy ostatnim razem widział swoją mamę za kółkiem i, w sumie to nie mógł jej winić, podróż przez miasto nie miała w sobie nic przyjemnego, zwłaszcza, jeśli porównać miał to z norweskimi widoczkami. Skinął głową w jej stronę, gdy podziękowała za ogarnianie tłumu za nią, ale nie odpowiedział; opiekuńczy był z natury, często lądował w pozycji opiekuna, bodyguarda czy innej mięsistej ściany do łapania uderzeń.. Życie, nie?
Masz się dobrze? Przygrzmociłaś we mnie całkiem nieźle. - zagadnął po drodze do jej kawiarenki i, nie, nie umknął mu jej mały grymas. Nie przyznałby się, ale gapił się na nią może trochę bardziej, niż zwykle miał to w zwyczaju. Nie mógł nic poradzić. Naprawdę podobała mu się jej twarz, okay? To była dobra twarz.
- Widzę czekoladę. Już ci mogę powiedzieć bez próbowania, które będzie lepsze dla mnie, ale.. Jestem dziwką na czekoladę. - oparł się o któryś z blatów, zamiast usiąść na dupie jak człowiek, sięgając po swojego domniemanego faworyta. Tripple choc come to papa. - Ładnie się urządziłaś, mam nadzieję, że to będzie dobre otwarcie.. Kiedy otwierasz? Jestem kucharzem, mam dużo znajomych uzależnionych od kofeiny i wiesz, zawsze dobrze wspomóc innych ludzi w gastro-życiu. - nie, żeby potrzebowała jego znajomych i pantoflowej reklamy, oczywiście, ale.. No, chciał się przydać. Lubił się przydawać i, jeśli ciastko będzie smakowało tak dobrze jak wyglądało, to zdecydowanie pośpiewa trochę jej pochwał w swoim gronie. - Tylko totalna szczerość. - na dobre i na złe, nie potrafił inaczej i winił bycie neuro-spicy za to.
Na co komu łyżeczki? Palce były świetnymi sztućcami. Jego matka byłaby absolutnie zdegustowana i strwożona manierami swojego jedynego syna, dobrze, że już się dawno przyzwyczaił. Odgryzł sporego dziaba podarowanego czekoladowego ciacha, przeżuł raz i.. momentalnie przymknął oczy, wydając z siebie niski, absolutnie zadowolony sex-noise. - Mmmh, to twoje rękodzieło? Jeśli tak to.. Masz jakieś plany na niedziele i może chciałabyś coś u mnie upiec? - rzucił jak już przeżuł, połknął i wyszczerzył się do niej. Tak, to była bardzo do przodu propozycja, której ani trochę nie składał każdemu, ale właściwie to żartował..? To znaczy.. No, lepszy taki żart niż "wyjdź za mnie", nie? To też przeszło mu przez myśl, ale bądźmy racjonalni. Pochłonął resztę swojego ciacha, mając to gdzieś, że pewnie po drodze upieprzył się czekoladą. Zostanie na później.

master of choc
LemonSpice
none
27 y/o
For good luck!
166 cm
właścicielka kwiaciarnio-kawiarni "Seasons"
Awatar użytkownika
been there, done that, messed around.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Wpatrywała się w niego z zaciekawieniem i błyskiem w oku, co jakiś czas chuchając w górę, żeby grzywka przestała wpadać jej do oczu. Słuchała uważnie, jak mówił coś do niej w swoim języku. Domyślała się znaczenia, ale nawet nie śmiała próbować tego po nim powtórzyć, bo nie chciała się ośmieszyć. Zamiast tego również się ukłoniła, niemal jak żywcem wyjęta z Bridgertona, i wyszczerzyła się szeroko, - Teraz będę oczekiwała zaproszenia na bal maskowy - rzuciła, odwracając się teatralnie i zaczynając wachlować dłonią, zanim ruszyli w kierunku jej dzieciątka. Była tak cholernie dumna z tego, że udało jej się otworzyć to miejsce. Fakt faktem nie zrobiła tego za własne pieniądze, a raczej przy pomocy rodziców, którzy chcieli, żeby w końcu zamieszkała z powrotem w rodzinnym mieście, ale to można było na razie pominąć. Wkład finansowy był od nich, jednak całą resztę włożyła już sama… pot, serce i łzy. Posłała mu cieply uśmiech. - Właśnie o to chodzi. Jak myślisz, dlaczego sprawiam tak dobre wrażenie, huh? Potrzebuję stałych klientów! - zaśmiała się pod nosem, spoglądając na niego, po chwili starając się zwrócić większą uwagę na to, gdzie idzie, żeby zaraz się nie potknąć. Przytaknęła. - W razie czego od dziewiątej rano otwarte. Mama może się na ciebie powołać, będę dawała jej VIP treatment - uśmiechnęła się szeroko, pokazując wszystkie ząbki.

August taka właśnie była - uwielbiała się uśmiechać, czasami aż za bardzo, przez co musiała sobie przypominać, że zbyt częste uśmiechanie się może wyglądać wręcz przerażająco, więc starała się pracować nad swoją mimiką. Jeszcze troszeczkę i mieli być na miejscu. Zerknęła na niego, kiedy zadał jej pytanie,- Oh? Tak, wszystko świetnie. Jestem tylko transformersem i czasami ciężko mi się chodzi -spojrzała na niego niewinnie.- Pokazałabym ci, o co mi chodzi, ale jak widzisz, mam spodnie, więc -musiałabym je całe ściągnąć, a znam cię dopiero piętnaście minut, Theo - poklepała go po ramieniu.- Hold your horses. Nie śpię z klientami, dopóki nie wypiją mojej kawy, nie zjedzą moich wypieków i nie zatańczą ze mną - puściła mu oczko, znowu prychając cicho śmiechem.

Kiedy weszli do kawiarni, puściła radio, żeby muzyka leciała im w tle. Podała mu ciasteczka i przyglądała się, jak je degustuje, a raczej pochłania.- Dobrze. Nie ufam nikomu, kto nie lubi czekolady - nie mogła przestać się uśmiechać. Szczerze mówiąc, bardzo podobało jej się to, że tak smakowały mu jej wypieki.- Otwieram za tydzień, w sobotę. Mam nadzieję, że wszystko się uda. Jakbyś mógł szepnąć słówko tu i tam, byłabym wdzięczna - uśmiechnęła się szeroko. Na jego pytanie o niedzielę uniosła brew i prychnęła śmiechem. - Hm, pomyślę nad niedzielą… -Chwilę później z radia poleciało Breathless The Corrs.- Oooo, uwielbiam ten kawałek… musimy do tego zatańczyć! - rzuciła podekscytowana, podbiegając do vintage’owego radyjka. Chwyciła za regulator głośności i podkręciła muzykę, po czym wróciła do Theo, wysunęła mu ciastko z ręki i odłożyła je na bok. Zaraz potem chwyciła obie jego dłonie i pociągnęła go na środek kwiaciarni, unosząc jedną z jego dłoni tak, by mogła się pod nią obrócić.- Come on, leave me breathless - śpiewała, śmiejąc się pod nosem. Zbliżyła się do niego, bujając się lekko z nogi na nogę. Jej dłonie były drobniutkie w jego. - A więc, Theo - spojrzała mu prosto w oczy - masz kogoś i muszę przystopować z flirtowaniem z tobą? Jeżeli tak, to czy mogę chociaż poprosić o twój numer i tak całkiem koleżeńsko zaprosić cię do wymiany wiadomości i kibicowania przy otwarciu knajpki? - August po prostu lubiła wiedzieć na czym stała

wielkolud
32 y/o
Mark your calendar for Canada Day
197 cm
robi dyplom pomiędzy pracami
Awatar użytkownika
come as you are
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkija?
typ narracjitrzecia osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Bal maskowy brzmiał jak zajebista zabawa, nawet jeśli nie miał bladego pojęcia jak tańczyć i uważał, że był zrobiony z bardzo sztywnego drewna (HAH). Ale gdyby rzeczywiście żyli w czasach/realiach, gdzie było to częściej spotykane, mógłby po prostu dbać o to, by jego partnerce nie zabrakło lemoniady, prawda? A gdyby tańce, hulańce, swawola okazały się niezbyt skomplikowane, może mógłby się nawet nauczyć. Czego to się nie robi dla uroczych małych skrzatów o osobowości zdecydowanie zbyt dużej na ich małe ciałka...? Mógł sobie wyobrazić, że mógł zrobić całkiem wiele.
- Oh, nie, nie zachęcaj jej. Jest tym typem matki, która po pięciu minutach próbowałaby cię ze mną zeswatać. Absolutnie bezlitośnie, bezpośrednio i generalnie mam szczęście, jeśli nie stoję wtedy obok, bo ona zupełnie się tym nie przejmuje. - odpowiedział z niekrytym rozbawieniem. Kochał swoją mamę, serio, ale czasami przesadzała? Pomijając już fakt, że absolutnie ignorowała jego obecność, mówiąc o nim tak, jakby nie mógł jej słyszeć; miał po niej bezczelną szczerość i granie w absolutnie otwarte karty. Nie było niczego do ukrycia, faux pas nie istniało, a jeśli ktoś uznawał ich za zbyt do przodu to, cóż, jego strata, prawda? Prowadziło to czasami do krótkich spięć, jeśli jego osobowość ścierała się mocno z osobowością drugiej osoby; trzymanie języka za zębami było dla niego wyjątkowo ciężkie i był pierwszą osobą, która wytykała dziury w rozumowaniu, zaprzeczaniu samemu sobie czy zapętlaniu się.. Bywał ciężki, tak przynajmniej słyszał.
Okay, może spotkał osobę która była tak samo bezpośrednia, jak on; w żartach, czy na poważnie, to już nie miało żadnego znaczenia. Roześmiał się, boleśnie świadomy, że na bladej, zimowej cerze rumieniec odbił się naprawdę wyraźnie. Nie ważne. - Okay, brzmi sensownie; jedzenie wypieków już zaplanowane, na kawę też się mogę skupić, jeśli pozwolisz mi ją kupić, ale z tańcem może być ciężej, bo widzisz.. Moje długie odnóża są wyjątkowo sztywne. - parsknął w odpowiedzi, przyglądając jej się może odrobinę dłużej, niż wypadało. Transformer, czyli... Nie sądził, żeby miała protezę, poruszała się zbyt pewnie mimo wszystko, by dać mu taką teorię, więc to musiało być coś innego? Sztuczne biodro? Kolano? Hm. Teraz był przede wszystkim ciekawy, nawet pomijając kuszące wyobrażenie nowej znajomej bez spodni.. Ogarnij się. Głowa z rynsztoku. Okay.
- Mhm, bez problemu. Mam kilku znajomych którzy mają własne małe knajpy czy tam hipsterskie restauracje inne foodtrucki, poślę dobre słowo. - nie znał się na social media, nie istniał na social media, zwyczajnie nie mając na to czasu w swoim zabieganym życiu, więc nie wypowiadał się na ten temat.. ale wiedział, ze pantoflowy marketing też sprawiał się całkiem nieźle? No i był darmowy. Theo miał wielu znajomych w gastronomicznych kręgach i, jeśli czegokolwiek się nauczył w swojej kulinarnej szkole, a później z doświadczenia w pracy to to, że współpraca pomiędzy gastro-punktami i małe przyjaźnie były całkiem popularne. Rączka rączkę myje, prawda? Od zniżek dla swoich pracowników, po wspólne eventy, goszczenie się nawzajem... Było dużo opcji do rozważenia.
Już miał jej powiedzieć, że ten tekst o pieczeniu u niego w mieszkaniu w niedziele to był taki żarcik w sumie, ale nie zdążył; wulkan energii pognał do radyjka i.. najwyraźniej z listy miał odhaczyć tańczenie, co? Pokręcił głową, wydał z siebie cichy sprzeciw, kiedy próbowała mu zabrać jedzenie i zamiast sobie na to pozwolić, po prostu pochłonął resztę swojego kawałka. Pozwolił jej pociągnąć się na środek kawiarni, wyraźnie rozbawiony; mogła go prowadzić, bo naprawdę nie wiedział co ma niby ze sobą robić. Uniósł posłusznie ramię, przyglądając się jej ciekawie, gdy robiła swój piruecik, oczy zabłysnęły szczerą fascynacją. Oparł dłoń w jej talii, zerkając na nią pytająco, nie do końca wiedząc, czy tak to właśnie działało, ale tak mu się wydawało.. A potem z braku laku dołączył do niej w bujaniu się z boku na bok? Easy enough.
Oh, absolutnie uwielbiał jej bezpośredniość. Poczuł, jak jego własna twarz znów robi się ciepła od rumieńca, ale znów postanowił to zignorować. I tak nie mógł z tym nic zrobić, nie? Przypadłość bladych dup. - Tak. To znaczy.. Tak, dam ci swój numer i, tak, będę kibicował przy otwarciu. I.. Nie, nie mam nikogo. Flirt away. - wyszczerzył się w szerokim uśmiechu, podświadomie pochylając się nieco w jej stronę. Hah, jeszcze kilka tygodni wstecz odpowiedź byłaby inna, ale.. No, właśnie, ale, które już w tym momencie nie było istotne. I to przecież nie tak, że wskakiwał jej już teraz zaraz do łóżka, prawda? Przyjemna chemia, niewymuszona figlarność i lekkość interakcji.. Flirt jeszcze nikogo nie zabił.

słoneczko
LemonSpice
none
27 y/o
For good luck!
166 cm
właścicielka kwiaciarnio-kawiarni "Seasons"
Awatar użytkownika
been there, done that, messed around.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Parsknęła śmiechem niemal od razu, gdy wspomniał o swojej mamie. Już sam sposób, w jaki o niej mówił, wystarczył, żeby w jej głowie natychmiast pojawił się bardzo konkretny obraz… kobiety z którą by się przednio dogadała.- O nie, Theo, to już za późno, właśnie zachęciłeś mnie jeszcze bardziej - oznajmiła z błyskiem w oku, zadzierając lekko brodę. - Teraz absolutnie będę chciała ją poznać. Kobieta, która po pięciu minutach próbuje mnie z tobą zeswatać? Brzmi jak ktoś, z kim mogłabym się wyjątkowo dobrze dogadywać. - Wyszczerzyła się szeroko, a po chwili dodała już odrobinę ciszej, bardziej zaczepnie, - Poza tym doceniam poziom ostrzeżenia. To bardzo szarmanckie z twojej strony. Dostajesz dwie dodatkowe gwiazzdki obok swojego imienia. - zaśmiala sie pod nosem.

Kiedy wspomniał, że może puścić dobre słowo dalej, jej twarz momentalnie zmiękła. Tym razem nie było w niej tylko rozbawienia… pojawiło się coś naprawdę ciepłego, wdzięcznego. Otworzenie tego miejsca kosztowało ją więcej, niż chciała przyznawać na głos, więc każda szczera chęć pomocy trafiała prosto pod żebra. - Serio? - zapytała, a potem uśmiechnęła się szerzej, już bez cienia udawania. - To naprawdę dużo dla mnie znaczy. Dzięki. - Na moment ścisnęła lekko jego dłoń, jakby ten drobny gest miał powiedzieć za nią resztę, zanim muzyka i jej własny temperament porwały ją dalej. Kiedy próbowała zabrać mu ciastko, a on po prostu pochłonął resztę, wydała z siebie oburzone, teatralne westchnięcie, pokroju Oh jak śmiałeś?! - a jak już te momentalne oburzenie jej przeszło, pociiągnęła go na środek, rozbawiona tym jego lekkim zagubieniem i tym, że mimo wszystko dał się prowadzić.

Gdy uniósł rękę, żeby mogła się pod nią obrócić, zrobiła to z przesadną dumą, kiedy zaś poczuła jego dłoń na talii, zadarła lekko głowę i posłała mu krótkie, zadowolone spojrzenie, - O, proszę, świetnie ci idzie - mruknęła. Kołysała się z nim jeszcze przez chwilę, śmiejąc się cicho, aż w końcu padło to jego nie mam nikogo i to jeszcze wypowiedziane w tensposób, z tym uśmiechem, z tym ewidentnym przyzwoleniem, które praktycznie samo pchało ją do zrobienia czegoś głupio uroczego. August aż rozpromieniła się na jego odpowiedź. To krótkie, bezpośrednie flirt away weszło jej pod skórę zdecydowanie szybciej, niż powinna przyznać, ale też nie zamierzała z tym walczyć. Było w nim coś tak lekkiego i swobodnego, że aż chciało się wejść w to głębiej, pobawić się tą chemią i zobaczyć, jak jeszcze mocno potrafi wyciągnąć z niego te śliczne rumieńce, które oczywiście zauważyła pomimo kilometrowej różnicy wzrostu! - Flirt away? - powtórzyła z udawaną niewinnością, unosząc lekko brwi. - Phi! Theo, ty naprawdę nie wiesz, jak niebezpieczne rzeczy mówisz takiej dziewczynie jak ja. - Parsknęła śmiechem, po czym nagle puściła jego rękę, Jej spojrzenie od razu poleciało w stronę gablotki. - Czekaj. Zrobimy to porządnie i po mojemu. - Pobiegła do gablotki, przy której leżał marker, chwyciła go bez wahania i otworzyła zębami. Chwilę później wróciła do niego szybkim krokiem, - rączka, pięknie proszę - zarządziła, wyciągając dłoń. Gdy tylko ją dostała, chwyciła jego rękę pewnie i pochyliła się nad nią, zaczynając pisać numer telefonu na jego skórze. Powoli, starannie, z pełnym skupieniem, gdzie dopisała prawie wszystko. Prawie. Zatrzymała się przy dwóch ostatnich cyfrach, celowo zostawiając pustkę.

Cofnęła marker, obejrzała swoje dzieło i uśmiechnęła się cholernie szeroko, - Masz - powiedziała, unosząc jego dłoń trochę wyżej, żeby mógł spojrzeć. - Jak bardzo będziesz chciał się ze mną znowu zobaczyć albo pogadać, to się pomęczysz troszkę. - Wyszczerzyła się jeszcze szerzej niczym goblin. - Lubię sprawdzać determinację. To bardzo ważna cecha charakteru, wiesz??? Poza tym nie mogę ci tak od razu oddać całej siebie na tacy, gdzie tu dramaturgia, hmm? - Zamknęła marker i wsunęła go sobie do kieszeni spodni, po czym znowu chwyciła jego dłonie, wracając do ich małego tańca w miejscu... Kołysała się z nim lekko jeszcze przez moment, trochę bliżej niż wcześniej, aż w końcu westchnęła z udawanym żalem, kiedy rzeczywistość w końcu zaczęła dobijać się do jej głowy. - Kurczę... wiesz co? Niedługo będę musiała się zbierać - przyznała, robiąc lekko skruszoną minę. - Mam jeszcze robotę papierkową do ogarnięcia, kilka rzeczy do dopięcia.. - Spojrzała na niego - Ale mogę ci zapakować trochę ciastek na wynos - zaproponowała. - W ramach łapówki, żebyś mnie nie zapomniał, zanim rozszyfrujesz brakujące cyferki.

gigant
32 y/o
Mark your calendar for Canada Day
197 cm
robi dyplom pomiędzy pracami
Awatar użytkownika
come as you are
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkija?
typ narracjitrzecia osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Pojęcia nie miał dlaczego, ale kiedy wspomniała o tym jak prawdopodobnie świetnie by się dogadała z jego mamą, nie miał ani trochę wątpliwości, że miała rację. Pomijając to, jak żywą osobowością była; zarażała go uśmiechem i przywoływała kolor do twarzy, co było dla większości matek prawdopodobnie nawet ważniejsze.. I on też poczuł jak serce znów przeskoczyło uderzenie, a coś głęboko w nim, prymitywnego, na co nie miał wpływu, kazało mu spojrzeć na nią nawet bardziej przychylnie. Ugh, to dało się bardziej? Jesus take the wheel. - Oh? Na co mogę wymienić pozbierane gwiazdki? I jak mogę sprawdzić balans swoich zebranych gwiazdek? - przechylił głowę, szczerze ciekawy i równie szczerze rozbawiony małą grą, w którą próbowała go wciągnąć. Czy to jak kupony na darmową dziesiątą kawę? Czy bardziej jak punkty lojalnościowe na stacji paliw..? Tak czy siak, zbieranie czegokolwiek liczyło się z nagrodą; tak przynajmniej mówił mu jego mały, wiecznie goniący za dopaminą, mózg.
Widząc zmianę na jej twarzy, miękkość i coś szczerego, co wyglądało trochę jak wdzięczność, dotknęło czegoś głęboko w jego własnym ciele. Wszystko w nim chciało się postarać, żeby rzeczywiście ruszyć z całą kampanią marketingową dla tej dziewczyny z jednego, egoistycznego powodu; by znów na niego tak ciepło spojrzała. Wow, serio? Wyraźnie dowiadywał się o sobie samych nowych rzeczy tego konkretnego dnia.
Zupełnie na marginesie, miała szczęście, że nie odgryzł jej palców, okay? Słodyczy mu się nie zabierało, to była bardzo niebezpieczna gra, był zdecydowanie zbyt zachłanny na takie zagrywki. Nawet jeśli miała przyzwolenie nawet ciągnąć go do tańca, mimo że tańczyć nie potrafił.. - Mhm, szybko się uczę.. - ehe, albo po prostu się starał, żeby go polubiła? Gdyby zrobiła na nim mniejsze wrażenie, nawet by nie wszedł do tej kawiarni, niezainteresowany i jakoś tak, dziwnie by mu było iść za nieznajomą cholera wie gdzie, prawda? August wydawała mu się niewinnie beztroska, może odrobinę zbyt ufna, a przy tym rozbrajająco szczera. Działało na niego jak złoto, zdecydowanie. - Nie wiem czy zauważyłaś, słoneczko, ale jestem przynajmniej trzy razy od ciebie większy. - rzucił, rozbawiony, kiedy wspomniała o jakimś niebezpieczeństwie które niby miało przyjść z jej strony... Dobra, jeśli niebezpieczeństwem o którym mówiła było zadurzenie się w niej po uszy od progu znajomości, to jak najbardziej miała rację. W życiu by tego nie przyznał na głos, ale od samego momentu w którym jego spojrzenie na nią padło, poczuł ciągnący go do niej magnet. Do jej błyszczącej jasno osobowości, odbijającej się w oczach, uśmiechu, w energii wylewającej się na prawo i lewo. Pochłonęła go na dzień dobry i nie ani trochę nie czuł się z tego powodu zagrożony. Przeciwnie; trochę jakby wszechświat popchnął go w końcu do odpowiedniego miejsca. Miła odmiana.
Podążył za nią ciekawym wzrokiem, gdy znów uciekła mu z rąk, musiał się też skarcić w myślach, zawieszając spojrzenie na przyjemnym bujaniu bioder.. Głowa z rynsztoku, goddamn. Zawalczył z uśmiechem tylko przez moment, rozbawiony otwieraniem markera przy pomocy zębów. Cute. Grzecznie podał jej dłoń; pan nie-tykalski, chwalący sobie przestrzeń osobistą i zwykle uchodzący za stoicki posąg, przyglądający się jej z lekkim uśmiechem błądzącym po twarzy, błyszczącymi rozbawieniem oczami i tym samym zachwytem, z którego pewnie nawet nie zdawał sobie sprawy. Jakby znalazł przypadkiem banknot o najwyższym możliwym nominale. Ogarnął się, zerkając pokrótce na własne ramię, marszcząc lekko brwi. Czegoś tu brakowało... Co zaraz sama wyjaśniła. Ah. Czyli rzeczywiście lubiła się bawić. Bardzo mu to odpowiadało. Uśmiechnął się, jeden z kącików ust uniósł się wyżej niż drugi, spojrzenie przez moment błysnęło zacięciem. Oh, biedne słoneczko nie zdawało sobie sprawy z jego determinacji.
- Game on. - rzucił tylko, postanawiając jej nie oświecać... Że była właścicielem tej kawiarni, więc ten numer mógł z łatwością znaleźć przy pomocy magii Internetu, zwłaszcza, że znaczną część już miał, razem z pełnym imieniem, nazwą kawiarni i ulicą na której się znajdowała. To będzie najszybsze rozwiązanie zagadki ever. I dobrze! Niech myśli, że jest mądrzejszy, niż był naprawdę, czemu nie? Z przyjemnością chwycił znów jej dłonie, po raz kolejny pozwalając, by sobie z nim potańczyła. W sumie nie miał nic przeciwko, jeśli tylko nie wymagała od niego jakichś specjalnych umiejętności i była zadowolona tym prostym bujaniem się, trzymaniem blisko niego i niewinnym muśnięciom dłoni. Jemu się jak najbardziej podobało, hah.
Przechylił lekko głowę, gdy zaczęła mu mówić o tym, ile jeszcze ma do zrobienia; ah, oczywiście, że było mu za mało jej towarzystwa, ale też nie chciał się naprzykrzać, a tym bardziej nie chciał przeszkodzić w przygotowaniach.. - Nigdy nie odmawiam słodyczom.. Nawet jeśli i tak bym nie zapomniał. - uśmiechnął się szczerze, odsuwając pół kroku w tył. Ukłonił się, podnosząc jej dłoń do ust, by musnąć skórę na jej wierzchu wargami. Mama nie wychowała chama... A poza tym, to była dobra wymówka, żeby dotknąć wargami jej skóry, jakkolwiek creepy by to mogło nie zabrzmieć, okay? - Pewnie napiszę wieczorem. - pewność siebie nie była czymś, co często się w nim pojawiało, ale akurat w tym konkretnym przypadku, nie miał wątpliwości. Wiedział jak znaleźć jej numer i nie bał się grać brudno, bo.. Uwierzył właśnie w zauroczenie od pierwszego wejrzenia, a przyjemna chemia, która ich wyraźnie łączyła była zbyt ciekawa, by z niej zrezygnować. Będzie chciał więcej... A, cholera, może nawet zabierze matkę na kawę, jako dobrą wymówkę. Może. Świat się kończył wyraźnie.

koniec.

słoneczko
LemonSpice
none
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”