Wsiadam do metra i chociaż w oczy rzuca mi się kilka wolnych miejsc, to ustawiam się pod jednym z okien i opieram o nie ciężko. To był męczący dzień pełen wszechwiedzących klientów, którzy nie wiem po chuj wynajmują prawnika, skoro i tak wiedzą lepiej? Szczerze to marzę tylko o tym żeby dotrzeć wreszcie do domu, a potem, jeśli Peach jest w mieszkaniu, to usiąść z nią przy kolacji plotkując o sąsiadach, znajomych oraz tym co nas dzisiaj spotkało. Zerkam na zegarek - przy dobrych wiatrach powinienem być tam w przeciągu pół godziny i chociaż wolałbym przesiąść się już na rower, to wciąż jeszcze było za zimno na takie wyprawy. Wzdycham ciężko kiedy pociąg rusza z peronu, po czym wyjmuję czytnik i zanurzam się w świecie dramatów Szekspira, we własnej głowie odgrywając role Romea i Julii. Tylko z tego zamyślenia wyrywa mnie mocny, zachrypnięty głos jakiegoś faceta -
Gdzie jedziesz kwiatuszku? - unoszę spojrzenie znad ekranu, wlepiając ślepia w scenę, która rozgrywa się właściwie tuż przede mną bo oto na przeciw siedzi jakaś młoda dziewczyna, a obok niej stary, obleśny żul, szczerzący się do niej w szczerbatym uśmiechu. Mimowolnie się krzywię. Woń przetrawionego alkoholu jest tak silna, że dociera nawet do mojego nosa. Rzucam okiem naokoło - w wagonie jest tylko kilka osób, w większości kobiety, które skutecznie odwracają spojrzenia za każdym razem czy szum jadącego metra przecinają kolejne słowa tamtego faceta. Na dłużej zawieszam wzrok na blondynce i nie trzeba być nawet średnio spostrzegawczym żeby widzieć jak bardzo niekomfortowe jest to dla niej spotkanie -
No, powiedz, kwiatuszku, odprowadzę cię - menel próbuje dalej i tak, mógłbym olać i nie mieszać się w nie swoje sprawy, ale nie umiałem tak po prostu udawać, że nic się nie dzieje. Wywracam oczami, po czym wciskam czytnik do aktówki, którą mam ze sobą i podchodzę bliżej -
Tu wolne? - pytam, wskazując ruchem głowy miejsce między nimi, ale nie czekam na odpowiedź tylko wciskam się na nie. Robi się strasznie ciasno. Chrząkam głośno i zakładam nogę na nogę, dłonie składam na kolanach, mocno zaciskając palce na uchu od swojej teczki. Facet odwraca się w drugim kierunku i przez chwilę jedziemy w ciszy, nawet jeśli do moich uszu docierają ciche narzekania z jego strony. Olewam. Mijamy kolejną stację, a w myślach odliczam już przystanki do mojego, kiedy żul odzywa się znowu, pochylając nade mną tak mocno, że prawie łapie mnie za kolana -
Umówisz się ze mną, kwiatuszku? - reaguję momentalnie, zanim
jego kwiatuszek zdąży w ogóle dojść do słowa -
Słucham? Nie, kurwa, nie umowię się z tobą i nie mów do mnie kwiatuszku - rzucam ostro. Ja wiem, że nie zwraca się do mnie, ale rżnę głupa, a jego mina? Bezcenna. Wbija mętne spojrzenie w moją twarz i otwiera usta, ale zanim zdąży cokolwiek powiedzieć to dodaję -
Wysiadasz - mój ton jest tak stanowczy, a brwi ściągnięte w wyrazie niemego wkurwienia, że łączy wargi, po czym faktycznie wstaje i odchodzi kawałek dalej, zajmując miejsce przy oknie. Jeszcze przez chwilę pierdoli coś do siebie pod nosem, ale szum jadącego wagonu skutecznie go zagłusza. Zresztą wyjebane, ma szczęście, że ja jestem raczej spokojnym człowiekiem, który unika rozwiązań siłowych. Dopiero teraz odwracam twarz w kierunku dziewczyny -
W porządku? - pytam i kiedy przyglądam jej się uważniej to uderza mnie myśl, że wygląda zupełnie jak ktoś kogo znam. Albo raczej kogo znałem kiedyś, w dalekiej przeszłości. Tylko, że to było niemożliwe, bo ta siedząca obok mnie dziewczyna wydawała się bardzo młoda, może ledwie wychodząca z wieku nastoletniego. Zawieszam na niej oko na dłużej, znacznie dłużej i znacznie intensywniej. Minę mam taką jakbym dostał czymś ciężkim w łeb, albo jakbym się naćpał i miał przedziwne halucynacje.
Mia Harrington